Logo Przewdonik Katolicki

W komitywie z Ojcem Świętym

Kamila Tobolska
Fot.

Zdarza się, że szukając rodzin, o których chciałabym napisać, podróżuję bardzo daleko, nie dostrzegając tego, co jest najbliżej. Czy nie tak samo było z Janem Pawłem II? Mieliśmy go tak blisko, a często nie umieliśmy tego docenić.

 

 

W Poznaniu, na piętnastym piętrze wieżowca stojącego naprzeciw redakcji „Przewodnika”, mieszka rodzina Pawelców. Kiedy z ich okien podziwiam panoramę miasta, ojciec rodziny, Janusz, pokazuje na znajomy budynek i mówi z uśmiechem: proszę spojrzeć, mamy was cały czas na oku.
 
Szkoda im było czasu
Mieszkanie Pawelców ma cztery pokoje. − Może jest trochę za ciasne na naszą rodzinę, ale chwalimy sobie jego położenie. Mamy blisko las, jezioro, a jednocześnie dobry dojazd do centrum miasta – wylicza mama Wiktoria, dla przyjaciół Tusia. Przyznaje, że nie zdecydowali się z mężem na budowę domu, mimo że on jest inżynierem budownictwa, bo szkoda im było na to czasu. – Żal nam życia na zabieganie o sprawy materialne. Uważamy, że lepiej prowadzić takie życie, które skupia się na rodzinie – dodaje Wiktoria. Sama dopiero pięć lat temu wróciła do wykonywanego zawodu. Po kilkunastu latach urlopów macierzyńskich i wychowawczych znów mogła zająć się ulubioną biomechaniką.
Nie sposób zastać wszystkich członków rodziny w domu. Najstarsza z córek, Basia, absolwentka polonistyki, jest w Ziemi Świętej. Zdecydowała się przez trzy miesiące być wolontariuszką w Domu Dziecka prowadzonym przez siostry elżbietanki na Górze Oliwnej. Zachęciła ją do tego o dwa lata młodsza siostra Marta, studentka V roku pedagogiki specjalnej. Jest zaangażowana w działalność Akademickiego Koła Misjologicznego, wraz z członkami którego przebywała latem ubiegłego roku na doświadczeniu misyjnym właśnie w Jerozolimie. Kolejna z dziewcząt, Ela, studiuje śpiew na I roku w Akademii Muzycznej. Natomiast Tomek, uczeń pierwszej klasy LO, to zapalony rowerzysta. Jest także niezwykle muzykalny. Podobnie zresztą jak o dwa lata młodszy Wojtek, urodzony w Roku Jubileuszowym Józef i najmłodszy, 8-letni Ignacy. Trzej młodsi chłopcy chodzą do szkoły muzycznej i uczą się grać na różnych instrumentach.
 
Wędrowali za papieżem
Wiktoria i Janusz od początku chcieli mieć dużo dzieci. − Kiedy urodziła się Basia, to pomyślałam, że to, co mogłabym jej dać najpiękniejszego, to właśnie rodzeństwo – przyznaje mama. W ich rodzinie zresztą zawsze było dużo dzieci, a wiadomość o pojawieniu się kolejnego była przyjmowana z radością. Ignaś jest zresztą 30. wnuczkiem rodziców Wiktorii.
W bliskości beatyfikacji Jana Pawła II nie sposób nie zapytać rodziny o ich spotkania z papieżem Polakiem. Okazuje się, że naprawdę wiele mają do opowiedzenia...
− Wszyscy, w pełnym składzie, z Ignasiem pod moim sercem, byliśmy w Krakowie na Błoniach podczas ostatniej pielgrzymki Ojca Świętego do Polski. Wcześniej wychodziliśmy papieżowi na spotkanie zawsze, gdy tylko był w Polsce, bo czuliśmy taką potrzebę. Rozumieliśmy, że jest to dla nas jakaś szansa – stwierdza mama. Pawelcowie więc, niezależnie od tego, w jakim wieku mieli dzieci, w któreś z miejsc odwiedzanych przez papieża wędrowali całą rodziną. W jedno lub dwa kolejne jechali już najczęściej sami małżonkowie. Byli więc na spotkaniach z Ojcem Świętym m.in. w Warszawie, Lublinie, Gdańsku, Koszalinie, Poznaniu, Niepokalanowie, Oświęcimiu, Bydgoszczy i we Wrocławiu.
 
Rocznica z Ojcem Świętym
Szczególnie wspominają jednak spotkanie z Janem Pawłem II w Starym Sączu 16 czerwca 1999 r. − To była 15. rocznica naszego ślubu. Świętowaliśmy ją razem z papieżem – żartuje Janusz. W przeddzień cała rodzina przyjechała do wsi Tylmanowa w Beskidzie Sądeckim. – Około północy wybraliśmy się samochodem do Starego Sącza, ale służby porządkowe zatrzymały nas w Gołkowicach i dalej musieliśmy iść piechotą. Szliśmy więc 15 km nocą, z dwoma wózkami, w tłumie ludzi – opowiada tata. − Ta wędrówka razem z innymi pielgrzymami była piękna, mimo że padał deszcz. Ludzie śpiewali i nieśli zapalone pochodnie i lampiony. Wyglądało to niesamowicie – dodaje mama. Na plac, na którym odprawiono Mszę św., Pawelcowie dotarli o 7 rano pełni niepokoju, czy Ojciec Święty się pojawi. Dzień wcześniej bowiem z powodu choroby papieża odwołano spotkanie w Gliwicach. − W pamięci i w sercach zapadły nam wypowiedziane wówczas w Starym Sączu przez Jana Pawła II słowa: „Nie lękajcie się być świętymi!”. Tym bardziej były one ważne, że papież potwierdzał je swoim życiem. A teraz cieszymy się, że mamy kolejnego orędownika w niebie, który dalej promieniuje na nas swoją świętością – wyznaje Marta.
 
Pod błyszczącą górą
Po uroczystościach w Starym Sączu rodzina wróciła do Tylmanowej. Wtedy po raz pierwszy nocowali w swojej własnej drewnianej chałupie, jeszcze na klepisku wyłożonym sianem. Kupili ją od górali i ustawili na łączce niedaleko Dunajca. – W tej naszej starej chałupie co roku spędzamy całe wakacje. Przyjeżdżają też przyjaciele, znajomi i rodzina. A górale dobrze nas przyjmują, bo dzięki naszej licznej gromadce dzieci uważają, że jesteśmy ulepieni z podobnej co oni gliny – przyznaje Janusz.
Ta okolica podobała się także Janowi Pawłowi II. − Nad Tylmanową wznosi się góra Błyszcz, po której Karol Wojtyła wędrował ze studentami. Nazywa się tak, bo ponoć papież powiedział, że ta góra błyszczy wśród innych pięknymi widokami i śpiewami oazowymi − tłumaczy Wiktoria. W czasie wakacji rodzina zawsze też uczestniczy we Mszy św. odprawianej na Błyszczu. Górale przy dźwiękach swoich kapel wspominają wówczas pobyt papieża.
 
Józef nam to „załatwił”
Najbardziej wyjątkowe spotkanie z Janem Pawłem II Pawelcowie przeżyli jednak dokładnie 25 września 2000 r. W Roku Jubileuszowym razem z czterema zaprzyjaźnionymi rodzinami postanowili wybrać się do Rzymu. − Razem było nas 30 osób, w tym 20 dzieci. Józio miał wtedy 8 miesięcy, ale sprawował się świetnie – mówi mama. Pielgrzymowali po Włoszech 2 tygodnie, z czego 4 dni spędzili w stolicy. − Naszym marzeniem było zobaczyć Rzym i przejść przez Świętą Bramę. Ale spełnieniem wszystkich oczekiwań było spotkanie z Ojcem Świętym – wyznaje tata. Będąc w Rzymie w polskim kościele na Mszy św., spotkali o. Konrada Hejmo OP. Obecne tam rodziny prosiły go wtedy o możliwość uczestniczenia w audiencji. − Kiedy podszedł do nas, zapytał, pokazując na Józia: Ten malutki też jest z wami? Odpowiedzieliśmy, że tak i że jest najmłodszym pielgrzymem w grupie. Na co o. Hejmo powiedział tajemniczo: „To zobaczymy, co się da zrobić...”. Kiedy po powrocie do kraju znajomi pytali nas, jak to się stało, że mogliśmy uczestniczyć w audiencji, mówiliśmy, że Józef nam to „załatwił” – opowiada Wiktoria.
Następnym dniem po spotkaniu z o. Hejmo był poniedziałek, kiedy zwyczajowo nie odbywają się audiencje. − Dla nas był to pierwszy dzień odpoczynku po trudach wędrówki. Wybraliśmy się więc z dziećmi nad morze. I wtedy dostaliśmy telefon, że za dwie godziny mamy być na Placu św. Piotra, bo właśnie zostaliśmy zaproszeni na prywatną audiencję do Ojca Świętego – wspomina Janusz. Znajdowali się wówczas 30 km od Rzymu, mieli więc niewiele czasu na powrót i przebranie się.
 
Czułam, że papież patrzy tylko na mnie
Gdy wraz z zaprzyjaźnionymi rodzinami dotarli na miejsce, na audiencję czekało już kilka grup. − Stanęliśmy więc wszyscy trzydzieścioro i zaczęliśmy modlić się na Różańcu, żeby jak najlepiej przygotować się na to spotkanie, które miało odbyć się w Sali Klementyńskiej – mówi Janusz. − Powiedziano nam, że po modlitwie z Ojcem Świętym mamy stanąć do zdjęcia i proszono, abyśmy nie przedłużali spotkania i o nic papieża nie pytali – dodaje Wiktoria. − Kiedy wszedł do sali oparty o laseczkę, było to niesamowite wrażenie. Po raz pierwszy widziałam Ojca Świętego takiego schorowanego i kruchego. Czułam jednak, jak promieniował Jezusem, tak naturalnie, ale w sposób bardzo szczególny – zauważa Marta, która miała wówczas 13 lat. Była godzina 21, więc najpierw wszyscy wspólnie odśpiewali Apel Jasnogórski. − Gdy śpiewaliśmy, miałam wrażenie, że papież patrzy na mnie, a jego wzrok jakby przenikał moje myśli. Rozmawiając o tym później, prawie każdy miał wrażenie, że Ojciec Święty patrzył właśnie na niego – wyznaje Marta.
Po Apelu podeszli do Jana Pawła II. Tomek i Wojtek upadli na kolana blisko Ojca Świętego i wpatrywali się w niego, nie mogąc oderwać wzroku. − Posłuszni wskazówkom nie próbowaliśmy nawiązać kontaktu, ale Jan Paweł II wyciągnął swoją lewą rękę w kierunku naszego Józia. Ks. Dziwisz, zrozumiawszy ten gest, powiedział: „Podajcie tego małego chłopczyka Ojcu Świętemu”. Okrążyliśmy więc fotel i cała nasza rodzina uklękła przed papieżem. Najpierw pocałował i uściskał Józia, błogosławiąc go. A potem pobłogosławił nas wszystkich. Pytał dzieci, jak mają na imię i skąd przyjechały. Trwało to tylko chwilę, ale nam się wydawało, że strasznie długo. Kiedy wyszliśmy już z sali, wszystkim nam się nogi uginały z wrażenia. To było dla nas niesamowite przeżycie – opowiada ze wzruszeniem Wiktoria.
 
Orędownik w niebie
Oprócz audiencji i spotkań podczas papieskich pielgrzymek do ojczyzny, Pawelcowie doświadczyli także orędownictwa Jana Pawła II. W sierpniu 2008 r., gdy całą rodziną byli w górach, Marta nagle zachorowała na serce wskutek powikłań po anginie. Stawała się coraz słabsza, więc lekarze skierowali ją na profilaktyczne badania do szpitala w Nowym Targu. Tam została położona na oddziale kardiologicznym, a potem, ku zaskoczeniu wszystkich, rozpoczęła się walka o jej życie. W ciągu tygodnia przewieziono ją do Krakowa do kliniki kardiologicznej, a potem kardiochirurgicznej.
Leżąc w szpitalu, Marta modliła się i zdecydowała, że jej orędownikiem w niebie będzie Jan Paweł II. − Już w izbie przyjęć w szpitalu w Nowym Targu, noszącym imię Jana Pawła II, zobaczyłam na ścianie mój ulubiony obraz, który przedstawia uśmiechniętego Ojca Świętego siedzącego pod jodłą. Natomiast obie kliniki w Krakowie, także imienia Jana Pawła II, otwierał papież, błogosławiąc tym miejscom, lekarzom i pacjentom – zauważa Marta. − Rozesłaliśmy e-maile do krewnych i znajomych z prośbą o modlitwę za wstawiennictwem papieża, aby, jeśli taka jest wola Boża, Marta mogła przeżyć i wyzdrowieć – wspomina jej mama. − Za córkę, już od pierwszego dnia, gdy trafiła do szpitala, odprawiano Msze św. Dostawaliśmy od nich informacje w odpowiedzi na naszego e-maila, nie tylko z Polski, ale również z Denver, Hawajów, Finlandii czy Wysp Zielonego Przylądka – dodaje. − Dzięki tej modlitwie czułam ogromny pokój serca, nie bałam się operacji, która mnie czekała. Zastanawiałam się tylko, jak pożegnać się z rodzicami, bo miałam świadomość, że może ona zakończyć się niepowodzeniem. Duch Święty tak pokierował moje myśli, że zacytowałam im mój ulubiony fragment z Pisma Świętego, słowa Jezusa z Ewangelii według św. Jana: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem” – wyznaje Marta.
 
To był cud
Operacja na otwartym sercu, której Marta została poddana w Krakowie w trybie ratunkowym, była bardzo trudna. Wymieniano jej zastawkę i oczyszczono serce z różnych bakterii. − Moje życie było przez cały czas zagrożone. Cudem było to, że zastawka wrosła się w serce, mimo że nie było tkanki i lekarze nie mieli praktycznie na czym jej wszywać. Chcieli czekać kilka dni, żeby się nadbudowała, ale z drugiej strony nie mogli, bo moje życie wisiało na włosku – wspomina Marta. Wieczorem, w przeddzień operacji, w poznańskiej parafii pw. św. Marka Ewangelisty, rozpoczęła się całodobowa adoracja w jej intencji. Brało w niej udział wielu młodych ludzi, także rodzeństwo Marty. Jak przyznaje ona sama, ogromnym umocnieniem w jej chorobie było dla niej także to, w jaki sposób Ojciec Święty przyjmował cierpienie.
Po udanej operacji Marta jeszcze przez kilka miesięcy przebywała w różnych szpitalach. − W tym czasie bardzo pomogli nam przyjaciele i znajomi oraz członkowie Ruchu Rodzin Nazaretańskich, do którego należymy – podkreśla Wiktoria. Także Marta doświadczyła życzliwości wielu osób, a zwłaszcza ogromnej miłości i troski ze strony rodziców, rodzeństwa i przyjaciół. – Również moi wykładowcy z uczelni pisali, że się za mnie modlą, co było dla mnie dużym zaskoczeniem, bo przecież o takich rzeczach, jak modlitwa nie mówi się na co dzień, bo to jest dla wielu krępujący temat. Oddawali też krew, zresztą nie tylko oni – przyznaje Marta. − Te wszystkie modlitwy „uzbroiły” ją w taką siłę, że gdy przyjechała z Krakowa do Poznania, a potem była przewożona do kolejnego szpitala, to jeden z lekarzy przyznał, że szkoda, że wyjeżdża, bo chciałby ją zatrzymać na dłużej. Kiedy zapytała, dlaczego?, odpowiedział: „Bo ty bardzo przemieniasz lekarzy” – wspomina z dumą jej tata.
 
Musimy być na beatyfikacji
Teraz, jak przyznaje Marta, jej stan zdrowia jest dobry. Namacalnym znakiem tego był dla niej zeszłoroczny misyjny pobyt w Jerozolimie. – Wędrowałam po górzystej Ziemi Świętej w 40-stopniowym upale i mojemu sercu to nie przeszkadzało – wspomina. Pawelcowie są zresztą przekonani, że cały czas czuwa nad nimi Jan Paweł II. − Mam komitywę z Ojcem Świętym – mówi wprost Marta. – To dla nas oczywiste, że musimy być na jego beatyfikacji – dodaje Janusz. Postanowili, że przy okazji całą rodziną wybiorą się pod namiot na pielgrzymkę do Włoch. − Chcemy odwiedzić też kilka innych, ważnych dla nas miejsc, chociażby San Giovanni Rotondo. Tam bowiem znajduje się grób św. o. Pio, który również wiele „załatwia” naszej rodzinie w niebie – przyznają Pawelcowie.
 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki