Logo Przewdonik Katolicki

Płynęliśmy dla papieża

Ks. Piotr Gąsior
Fot.

Adrenaliny mieliśmy pod dostatkiem. Doznań estetycznych moc. Ale najważniejsze było jedno: płyniemy dla Jana Pawła II.

 

 
Początek spływu zaplanowaliśmy przy stanicy wodnej w Mogile. Całkiem niedaleko klasztoru Ojców Cystersów w Krakowie-Nowej Hucie, czyli miejscu, gdzie wielokrotnie bywał ten, który przez 27 lat stał na mostku kapitańskim Łodzi Piotrowej – Kościoła. Dziś nie ma go już fizycznie wśród nas. Na zawsze jednak pozostanie przez swoje czyny i słowa. Jan Paweł II odszedł do domu Ojca 2 kwietnia 2005 r. Nasz spływ odbył się kilka tygodni po tym wydarzeniu i był dedykowany jego osobie. Może ktoś uzna, że taka forma kultu świętych to coś dziwnego. Nie szkodzi. W moim odczuciu relacji ze świętymi nie nawiązuje się wyłącznie na kolanach przed ich figurami.
 
Przygoda życia
Pierwszy odcinek za grodem Kraka to na Wiśle cały szereg specjalnych umocnień, które nasuwają nam skojarzenie ze smokiem wawelskim, a właściwie z jego szczerbatą szczęką. Płyniemy blisko siebie, komentując zauważone zjawiska. Jesteśmy spokojni, tylko dwa pytania zaprzątają nam głowy: Czy podołamy? Czy w dwa tygodnie zdążymy?
Myśl o spływie największą z polskich rzek – Wisłą zrodziła się podczas wcześniejszej wyprawy kajakowej na Biebrzę. Kiedy przekonaliśmy się, że Vistula, czy jak ją dawniej nazywano Vistla, nadal jest rzeką nieuregulowaną, że można nią pływać i – co w naszym wypadku najważniejsze – odpocząć na „miejscu osobnym”, zdecydowaliśmy podjąć stosowne do tej „przygody życia” przygotowania.
Oprócz wyposażenia i koniecznego zapasu wody oraz żywności zabrałem na pokład swojej skromnej łajby książkę pt. Pamięć i tożsamość. Zamierzałem po nią sięgać w trakcie całego spływu. Chciałem poznawać myśli naszego papieża i mieć go niejako koło siebie. Wcześniej zapoznałem się z relacjami osób towarzyszących ks. Karolowi Wojtyle podczas rajdów kajakowych, o których można przeczytać w książce pt. Zapis drogi.
 
Piękna i nieznana
Na wyjątkowo spokojnym etapie postanowiłem obliczyć, jak często zanurzam wiosło na jeden kilometr spływu. Z rachunku wynikło, że 180 razy prawe i – co oczywiste – tyle samo razy lewe. Jaki to da wynik, jeśli uda się nam pokonać całą Wisłę aż do Bałtyku? Okazuje się, że mnożąc 900 km przez liczbę zanurzeń wiosła, otrzymujemy wynik równy 324 tys..
Wraz z kolejnymi kilometrami Wisła coraz bardziej się rozlewa. Urzeka licznymi wysepkami i jednorocznymi plażami, które po następnych roztopach zmieniają swój obraz, a nierzadko również położenie. Oglądany pejzaż wywoływał w nas skojarzenie z historią Robinsona Crusoe. Nieraz odczuwaliśmy brak jednej rzeczy – lornetki. Przydałaby się nam bardzo, gdyż Wisła stawała się coraz szersza i trudno było dostrzec, co jest na drugim brzegu. Właściwie, gdybym nie wiedział, że płyniemy Wisłą, to myślałbym, że jestem na mazurskich jeziorach. Tylko cisza sto razy większa. Jak to możliwe? Doszliśmy do wniosku, że Wisła jest rzeką nieobecną w świadomości przeciętnego Polaka. My jej bowiem praktycznie nie znamy. A jeśli tak, to z reguły tylko mały wycinek.
 
Dni skupienia
Wisła jest naprawdę ogromna. Zdarzało się kilkakrotnie, że rozdzieliwszy się, płynęliśmy z kolegą równolegle przy przeciwległych brzegach rzeki przez kilka godzin. Osobno i na własną odpowiedzialność. Z tego też powodu mieliśmy – można by rzec – niezamierzone dni skupienia. Rozmyślałem z reguły o Janie Pawle i jego kulcie Matki Bożej – na przykład Szkaplerznej. Przypominałem sobie sceny z filmów o papieżu. Natomiast jeśli chodzi o moją lekturę, pamiętam, że każda ze stron pobudzała do innych przemyśleń. Jeden z rozdziałów dotyczył wpływu kultury Europy Zachodniej na cały Kościół i kulturę świata. Ojciec Święty zwrócił uwagę na wielkie dzieła, jakie powstały w Europie Zachodniej. Nasunęło się pytanie: A co Polska dała Europie? Przede wszystkim dała papieża, który w tak trudnym czasie dla Kościoła, końca XX wieku, stał się jego doskonałym pasterzem – Papieżem Wielkim. Po drugie, myśląc nad tym pytaniem, intuicyjnie wyczułem, że Jan Paweł II będzie wspominał o dziele Miłosierdzia Bożego, którego iskra wyszła właśnie z Polski, z Krakowa. I nie pomyliłem się.
 
Dumna dama
Kiedy wiatr przybiera na sile, fale na Wiśle mogą być naprawdę duże. Pokazują białe grzywy. Załamują się w sposób nieregularny. Kołysało nami jak niegdyś na Jeziorze Czorsztyńskim. I rozpoczynało się zmaganie. Najprawdziwsza walka, którą toczyliśmy nawet przez kilkadziesiąt minut. Zawsze w kapokach. Z determinacją. Prawie do granicy wyczerpania. Ale rozumnie. Dlatego nie wstydzimy się, że musieliśmy dać za wygraną i decydować się na bezwarunkowy desant. Krzyży po topielcach na wiślanych brzegach nie brakuje. A mój towarzysz skwitował krótko to, co przeszliśmy: czułem się jak na morzu.
Tak więc Wisła to po prostu wielka, dumna, wymagająca szacunku „dama”, która majestatycznie, od wieków kieruje się ku swemu morskiemu przeznaczeniu. Można na niej wypocząć, ale trzeba mieć głowę na karku. Oprócz wirów, ukrytych głazów, spotkamy także bardzo zdradliwe mielizny o podwójnym dnie. Wysiadając z kajaka w takich miejscach, można niepostrzeżenie wpaść pod pierwszą warstwę tzw. łachy w drugi, głębszy nurt rzeki. Mało przyjemne i naprawdę groźne.
 
A on się uśmiechał
Kiedy wreszcie po piętnastu dniach wysiłku i samodyscypliny zobaczyliśmy ujście Wisły, przeżyliśmy stan wyjątkowej, trudnej do oddania w słowach satysfakcji. Płynęliśmy jeden obok drugiego jak dwaj zwycięzcy. W naszych duszach pojawiło się wtedy specyficzne przeżycie szczęścia, które zostanie w pamięci już na całe życie. „Do dzisiaj to piękne uczucie – wyznał mój kompan ks. Andrzej Caputa w zakończeniu do naszej książki ze spływu pt. Zdobywcy – noszę w sobie jako ładunek energii i siły życia, którym podzieliła się z nami Wisła – Królowa, Rzeka, która nieustannie plugawiona przez człowieka wciąż się oczyszcza i wciąż od wieków tak samo i co roku inaczej płynie od gór do morza. W tym misterium płynięcia Wielkiej Rzeki my mieliśmy swój ułamek czasu”. Jesteśmy wdzięczni wszystkim, którzy nam duchowo towarzyszyli. A zwłaszcza Janowi Pawłowi II, również kajakarzowi, bo na pewno z nieba nam wielokrotnie błogosławił. I chyba się trochę uśmiechał, widząc, jak dwaj księża z jego rodzimej, krakowskiej diecezji postanowili sobie, będąc już przecież po czterdziestce, jeszcze nieco „poszaleć”.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki