Logo Przewdonik Katolicki

Umiałeś być papieżem

Monika Białkowska
Fot.

Abp Józef Kowalczyk wiele lat spędził w Rzymie, pracując u boku bł. Jana Pawła II. Lata doświadczeń trudno jest zamknąć w kilku słowach: dlatego rozmowa przypomina bardziej mozaikę wspomnień i skojarzeń.

 

 

– Pierwszy raz spotkałem go w czasach studenckich. W lutym 1964 r. wyjechałem do Rzymu. We wrześniu do instytutu, w którym mieszkałem, przyjechali ojcowie soborowi. Spotykaliśmy ich w kaplicy na modlitwie albo przy posiłkach, ale oni zwykle spieszyli się do auli soborowej. Telefonów nie było wówczas w pokojach, był tylko aparat na korytarzu, odbierany przez tego, kto był najbliżej. Któregoś dnia odebrałem go, a mężczyzna po drugiej stronie poprosił o rozmowę z abp. Wojtyłą. Pobiegłem piętro niżej, gdzie mieszkali ojcowie soborowi. Zapukałem do drzwi pokoju, w którym mieszkał abp Wojtyła, i bez czekania na odpowiedź wszedłem do środka. Zobaczyłem go, jak klęczał na gołej i zimnej podłodze przy biurku, odmawiając brewiarz. Byłem zaskoczony i zmieszany. W końcu wszedłem bez zaproszenia, w dodatku przeszkodziłem w modlitwie, a on klęczał i modlił się tak głęboko nie po to, żeby ktoś go widział, ale sam przed Bogiem... Przekazałem, że jest do niego telefon, a on odpowiedział, że zaraz przyjdzie. Widywaliśmy się w tamtym czasie wielokrotnie, mieszkaliśmy w jednym domu; witał się z nami, jadaliśmy razem – ale właśnie tamto spotkanie, kiedy przerwałem mu modlitwę, utkwiło mi w pamięci jako pierwsze, wyznaczające w jakiś sposób moje patrzenie na tego człowieka.

 

Przy Pawle VI

– Gdy umarł papież Paweł VI, przebywałem akurat w Polsce na wakacjach. Polskie radio podało informację 7 sierpnia rano. Byłem wówczas pracownikiem Kurii Rzymskiej zatrudnionym przez Pawła VI, więc natychmiast pojechałem najpierw do Krakowa, a zaraz potem do Katowic i dalej przez Wiedeń do Rzymu, pociągiem, trasą wypróbowaną już wielokrotnie przez ojców soborowych. Po prawie dwóch dobach podróży dojechałem do Rzymu, zostawiłem bagaże w instytucie i poszedłem do Bazyliki św. Piotra. Ciało papieża wystawione było przy konfesji św. Piotra. Kiedy klęknąłem, od strony lewej nawy podszedł kard. Wojtyła, który zdążył dolecieć samolotem, i tak razem modliliśmy przy zmarłym papieżu.

 

Przekonacie się

– Kiedy odbywało się konklawe po śmierci Pawła VI, marzyliśmy po cichu, żeby papieżem został któryś z polskich kardynałów. Wybrano jednak Włocha, Albino Lucianiego, który przybrał imię Jana Pawła I, i nikt nie spodziewał się, że po miesiącu konklawe będzie musiało zbierać się ponownie.

W pomieszczeniach Kongregacji Sakramentów, gdzie pracowałem, był taras z widokiem na Kaplicę Sykstyńską, tak że mogliśmy obserwować pojawiający się dym. Wreszcie po południu pojawił się, najpierw szary i niewyraźny, potem biały: czekaliśmy na ogłoszenie. Kiedy kard. Pericle Felici wypowiedział słynne Habemus papam, koledzy z kongregacji zasypali mnie pytaniami:  „Kim jest Wojtyła, co to za człowiek?”. A ja potrafiłem tylko odpowiedzieć: „Poczekajcie, a zobaczycie i sami się przekonacie: tego się nie da zdefiniować”.

Już 18 października rano wezwał mnie sekretarz Kongregacji, oświadczając, że musimy się rozstać – wzywają mnie do sekretariatu stanu. Życzeniem Jana Pawła II było, żebym zorganizował tam sekcję polską. Odtąd kontakt z papieżem miałem ustawiczny, bo on wszystkie swoje teksty pisał po polsku, wszystko to przechodziło przez nasze ręce.

 

Herb

– Już na samym początku pojawił się problem z herbem papieskim. Jan Paweł II nie chciał, ale środowisko włoskie bardzo nalegało, żeby znalazła się w nim tiara, gdyż takie są zasady heraldyki. Papież oponował, twierdząc, że przecież tiara papieska dawno już została oddana kardynałowi Nowego Jorku z przeznaczeniem na cele charytatywne, po co więc umieszczać ją w herbie? Ale ten opór niewiele dał, naciski były tak silne, a korespondencja tak ożywiona, że wreszcie tiara w herbie Jana Pawła II została dorysowana, ale w praktyce nigdy jej nie używał.

 

Z Polski

– W marcu 1979 r. Jan Paweł II opublikował swoją pierwszą encyklikę, Redemptor hominis. Codziennie dostawaliśmy od niego po kilka stron pisanych po polsku – aż sam go zapytałem, jak to się może dziać tak szybko, przecież to trzeba było mieć dobrze przemyślane i uporządkowane! Odpowiedział: „Przecież ja to wszystko z Polski przywiozłem! Teraz na papier tylko przelałem to wszystko, czym żyłem w Polsce...”.

Była to dla mnie ważna lekcja. Często wydaje się nam, że jako Polacy niewiele mamy do dania światu. Może rzeczywiście nie damy światu pieniędzy, wielkich wynalazków, nie będziemy gospodarczą potęgą, ale Jan Paweł II, papież z Polski, dał światu ducha.

 

Ora et labora

– Kiedy dostawałem jego rękopisy, nie było na nich normalnej numeracji stron, tylko małe znaczki w narożnikach: Totus Tuus, ego sum, et omnia mea, tua sunt. Zapytałem kiedyś o to, a on się uśmiechnął i odpowiedział, że to takie jego przyzwyczajenia z młodości. Jego pisanie to nie była tylko praca – on je zamieniał w modlitwę, łącząc wszystko w jedno w benedyktyńskim ora et labora – „módl się i pracuj”. Nie chwalił się i nie opowiadał o tym, to było coś, co trzeba było zauważyć, odkryć  i zrozumieć.

 

Książki

– W czasie wyjazdów zawsze miał ze sobą walizkę pełną książek. Mimo nawału pracy i spotkań nie żył w stresie, przeciwnie: w każdej sytuacji lubił czytać i zawsze prosił o książki. Pamiętam, kiedy mnie ta prośba najbardziej zaskoczyła...

W maju w Rzymie jest zwykle dość ciepło, a wtedy było już gorąco, więc środową audiencję przełożono na godziny popołudniowe. Przyszedłem do swojego biura po południu i odebrałem telefon, że mam przyjść, bo papież chce mi coś przekazać. Wyszedłem, spotkaliśmy się przy windzie, a on podał mi plik kartek, prosząc, żebym zapoznał się z tym tekstem, bo trzeba będzie o nim porozmawiać przy kolacji. Wziąłem ów tekst i wróciłem do siebie. Nie zdążyłem dokończyć czytania, kiedy na korytarzu rozległ się hałas i wbiegł do mnie windziarz, krzycząc: „Strzelali do papieża!”.

Pobiegłem natychmiast na Plac św. Piotra, ale tam już Ojca Świętego nie było, pobiegłem więc na drogę przejazdu od strony poczty, gdzie na noszach leżał papież, czekając na ambulans. Mieliśmy wtedy wrażenie, że to już jest koniec tego pontyfikatu... Ambulans zawiózł go do szpitala. Do nocy czekaliśmy w biurze na telefon z kliniki. Nastąpiła ulga – papież przeżył. A już następnego dnia, w czwartek, telefon z kliniki znów zadzwonił: usłyszałem, że papież prosi, żeby przygotować mu książki o Fatimie.

 

Kartki

W kaplicy, do której często przychodziliśmy się pomodlić, na jego klęczniku leżało zawsze mnóstwo różnych kartek i karteczek. To były prośby, które podawali mu ludzie i które przysyłali w listach, aby papież modlił się w ich intencji. A on je zawsze wszystkie przeglądał i zamieniał w modlitwę.

Kiedy przyjmowaliśmy go w nuncjaturze w 1991 r., zaprowadziłem go wieczorem, bardzo już zmęczonego, do pokoju. Usiadł na krześle i powiedział: „Napiję się trochę tego soku, ale teraz mnie zostawcie, muszę iść do kaplicy, jakoś to wszystko przedstawić Panu Bogu”.

Wszystko przedstawiał Panu Bogu, żył duchem modlitwy, modlitwa leżała w jego naturze.

 

Uskrzydlało

Pierwszą książką Jana Pawła II, jaką wydaliśmy, były jego środowe konferencje o teologii ciała, Mężczyzną i niewiastą stworzył ich. Zajmowałem się tym, a kiedy wręczaliśmy papieżowi gotową już książkę, napisał mi w niej: „Ksiądz Józef ma tę książkę na swoim koncie. Dziękuję. Jan Paweł II”. Takie drobne z pozoru gesty uskrzydlały, człowiek by nie spał, byle tylko móc dalej pracować!

 

W poszukiwaniu formy

Kiedy skończył się cykl katechez o teologii ciała, proszono papieża o wykład Credo. Na jego prośbę przygotowaliśmy niezbędny materiał biblijny i patrystyczny, komentarze teologów, i daliśmy mu to wszystko odpowiednio posegregowane. Przejrzał to i potem nam mówił:  „Daliście mi tyle tego materiału, ale dla mnie to nie jest problem treści, ale języka... Znam język poetycki, znam język filozoficzny, nauczyłem się trochę języka homiletycznego, ale nie znam języka katechetycznego: nie wiem nawet, czy on w ogóle istnieje! A przecież cała treść może być zaprzepaszczona, jeśli metoda przekazu będzie nieumiejętna, jeśli język nie będzie właściwy”.

Był księdzem, potem biskupem, kardynałem, papieżem – treść teologiczną miał w zasięgu ręki, ale wciąż szukał form przekazu, żeby być zrozumiałym przez wszystkich, również przez tych, którzy nie mają teologicznego przygotowania.

 

Będziemy się modlić

Przyszła wiadomość o ogłoszeniu stanu wojennego. Wśród nas, księży, zapanowała pewna panika. Nie działały telefony, nie wiedzieliśmy, co dzieje się w kraju, nie wiedzieliśmy, kim jest Wałęsa. A on ze spokojem powiedział: „Będziemy się szczerze modlić i cierpliwie czekać na znak”.

I poszedł do kaplicy. On wszystko widział w kategoriach Bożej Opatrzności, obce mu były ludzkie lęki i panika.

 

Ucieczki

Na początku pontyfikatu wywieźliśmy go parę razy w góry. Miałem swój samochód, przynajmniej dwa razy dziennie wjeżdżałem przez watykańskie bramy, strażnicy poznawali już samochód i salutowali z daleka wpuszczając mnie i wypuszczając bez żadnej kontroli. Któregoś dnia wywieźliśmy więc ze sobą papieża. Samochód miał z tyłu przyciemnioną szybę, papież okrył się czarnym płaszczem, mój kolega siedział z przodu z rozłożoną gazetą: strażnik zasalutował jak zwykle i już byliśmy poza Watykanem. To były wydarzenia bez precedensu: nikt o tym nie wiedział, nie było żadnych wewnętrznych uzgodnień, nikt nas nie widział, nie było żadnej obstawy, a Jan Paweł II chciał zobaczyć zwyczajne, codzienne życie: ludzi na ulicach i góry.

Tak naprawdę to był jeden z wyrazów jego bezgranicznego zaufania do nas – przecież aż trudno sobie wyobrazić, co by było, gdyby stało się wówczas coś złego. Wyjeżdżaliśmy tak kilka razy, a Jan Paweł II mówił potem, że właśnie te wyjazdy były dla niego najpiękniejsze. Potem zostały one sformalizowane, a ich owocem był dwa razy większy niż zwykle plik nowych tekstów do tłumaczenia. Każdy kontakt z naturą go inspirował. Słynne przemówienie z 1980 r. wygłoszone w UNESCO powstało w ciągu dwóch dni w Castel Gandolfo. W górach było podobnie – można z nim było porozmawiać, ale i tak w końcu prosił: „A teraz zostawcie mnie samego” – I kontemplował, był sam na sam z Bogiem objawiającym się w dziele stworzenia.

 

Czego się boisz?

Wierzył i naprawdę ufał Bogu. Powtarzał: „Jeśli jesteś pewien, że zrobiłeś po ludzku wszystko, co mogłeś i najlepiej, jak mogłeś, to czego się boisz? Możesz spać spokojnie  z przekonaniem, że żyjesz zgodnie z wolą Bożą. Jeśli Pan Bóg jest z nami, kogo mamy się bać?”.

To przekonanie, że pełni wolę Bożą, kontrolowane w rachunku sumienia; to poważne traktowanie kapłaństwa w różnych jego odcieniach było bardzo budujące. Był maksymalistą, nigdy nie zgadzał się na rzeczy powierzchowne, na przemówienia prawie dobre. Nie szczędził ani czasu, ani umiejętności, mówił, że dla Boga musimy dać z siebie nie trochę, ale wszystko.

 

Odważnie

Można z nim było mówić o wszystkim, słuchał najbardziej odważnych pomysłów. Nie baliśmy się nigdy, że coś może być nie po jego myśli, że coś może mu się nie spodobać. Słuchał. Pamiętam, że w Roku Jubileuszowym męczyła mnie pewna myśl, z którą do niego poszedłem: może udałoby się zaprosić do Rzymu tych wszystkich, którzy odeszli od kapłaństwa? Niechże wiedzą, że papież ich nie odrzuca...

Jan Paweł II ucieszył się tą myślą, rozumiał, że sam fakt ich przybycia byłby bardzo ważny, że nawet sam znak życzliwości papieskiej byłby bardzo dla nich ważny... Dziękował za tę myśl i próbował wcielić ją w życie, niestety dla struktur organizacyjnych była widać trochę zbyt śmiała...

 

Góral

Papież wyjeżdżał czasem z Rzymu do Mentorella, pobenedyktyńskiego sanktuarium na górskim zboczu. Bardzo lubił to miejsce. Jadąc na jego pogrzeb, pojechałem najpierw pomodlić się właśnie tam. Kiedy już wychodziłem z kościoła, zajrzałem jeszcze do wyłożonej księgi pamiątkowej. I znalazłem kilka słów, skreślonych przez jakiegoś prostego, włoskiego pasterza: „Karolu, umiałeś być papieżem. Dziękuję Ci. Franek”.

Myślę, że jemu bardzo by się te słowa spodobały.

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki