Logo Przewdonik Katolicki

Deficyt miłości

Jarosław Jurkiewicz
fot. Ivan Grixti

W ich domach alkohol był na pierwszym miejscu, zaraz za nim była przemoc. Za to nie było bezpieczeństwa, szacunku i akceptacji. Choć są dorośli, wciąż cierpią z powodu trudnego dzieciństwa. Niektórzy próbują posklejać poranioną psychikę.

Wychowanie w rodzinie, w której dużo się piło, zostawia różne ślady w psychice. Poczucie niższej wartości, lęk przed światem, przesadny perfekcjonizm. Często skutkiem jest także ucieczka w alkohol, zachowania nałogowe. Psychologowie mówią, że to syndrom DDA – Dorosłych Dzieci Alkoholików. Pomóc może długoterminowa terapia.
  
Ojciec przegrał
W domu Piotra piło się od zawsze. Sam szybko poszedł w alkohol. Pił przez 16 lat.
Pił jego dziadek i ojciec. Kiedy skończył się PRL, ojciec się pogubił. Stracił pracę, codziennie był pijany. – W domu wciąż były awantury. Latały butelki. Matka chyba po cichu życzyła ojcu śmierci – wspomina. – Czasem wylała na niego wrzątek z ziemniaków. Kilka razy dźgnęła go nożem. Kiedyś przypaliła go żelazkiem.
Kiedy Piotr skończył 15 lat, matka postanowiła rozwiązać problem. – Wniosła pozew o rozwód, wierzyła, że w ten sposób pozbędzie się ojca z domu. I zrobiła mi wielką krzywdę: chciała, żebym zeznawał przeciw niemu w sądzie. Jak ja miałbym potem spojrzeć mu w twarz?
Rozwód został orzeczony, mieszkanie podzielono. – Dwa malutkie pokoje, ciągły smród wódki. Matka codziennie wygłaszała kilkugodzinny monolog na temat ojca. Mnóstwo bluźnierstw. Przykro było tego słuchać. I w tym wszystkim ja i starszy brat – dorastający mężczyźni.
Rodzina żyła w nędzy. – Matka kupowała dwie pieczarki, robiła z tego sos, gotowała makaron, dodawała mały kotlecik. Taki obiad jedliśmy miesiącami. Nigdy nie jadłem świeżego chleba – wspomina.
Więc zanim zaczął nałogowo pić, kompulsywnie jadł. Trenował piłkę ręczną, pojawiły się pieniądze. Klub wykupił mu obiady. – Dużo zupy, surówek. Kompulsywne jedzenie to było odreagowanie nagromadzonych emocji – wyjaśnia.
W rodzinach dysfunkcyjnych dzieci mają przydzielone role. Brat był nastawiony na branie, tak rekompensował sobie deficyt miłości. Ma z tego powodu do dziś kłopoty: długi, problemy  z wychowaniem dziecka, trudności w związku. Piotrowi przypadła rola bohatera. Dość szybko stał się współodpowiedzialny za rodzinę. Zbierał truskawki, zajmował się drobnym handlem. – Zawsze mnie bolało, że matka nie ma pieniędzy, że jest udręczona. Czułem się winny. 
Odebrano mu dzieciństwo. Gdzieś widział taki rysunek: mały dzieciak drepcze, z tyłu widać dłoń ojca, który w każdej chwili jest gotów podnieść malca po upadku. – Ja takiego bezpieczeństwa nie miałem – mówi.
Po latach zrozumiał też, że jeśli mężczyzna przestaje wychowywać dzieci, bo pije, przegrywa mentalną walkę o miejsce w rodzinie. Matka liczy na syna, syn zamiast zajmować się swoim życiem, zajmuje się zaspokajaniem potrzeb matki. Kompleks wygranego Edypa – tak nazywają to psychologowie. Do dziś jest więc na każde zawołanie matki: kiedy nie ma w domu prądu i kiedy trzeba ją przywieźć z działki. – Kiedyś nawet wykrzyczała przy mojej żonie: „on mi się jeszcze za mleko nie wypłacił!”.
Nauczył się zaradności, ale pragnienie, by ktoś go dojrzał, zaakceptował, pochwalił,  pozostało. – Mam firmę budowlaną. Jestem uzależniony od pracy. Kiedy coś robię, spalam się, robię na sto procent. Pieniądze nie są dla mnie tak ważne, jak uznanie klienta. Wciąż chcę lepiej, więcej, szybciej.
Pił, żeby leczyć emocje. Zaczął już w szkole średniej. Potem były wyjazdy sportowe, praca za granicą. – Kilka razy byłem na detoksie, miałem wszywki. Alkohol wygrywał, a po wszywce piłem dwa razy więcej – opowiada. – Byłem tym umordowany.
Kolega zaprowadził go do poradni odwykowej. Piotr wierzył, że tam nauczą, jak pić, żeby się nie upijać. – Wyśmiali mnie, powiedzieli, że jestem uzależniony i że w ogóle mam przestać pić – wspomina. – Terapeuta rzucił na koniec, że za trzy dni zaczyna się terapia. „Ale ty i tak nie przyjdziesz”.
Te słowa wbiły go w ziemię. Odbył dwuletnią terapię. W międzyczasie umarł ojciec. – Dostałem paniki lękowej, waliło mi serce, nie mogłem złapać oddechu, myślałem, że umieram. To trwało kilka dni. Fachowcy orzekli, że to był lęk przed śmiercią.
Kolejny rok terapii. – Wtedy odkryłem dużo nierozwiązanych spraw z dzieciństwa: w relacji z ojcem, matką, bratem.
I tak trafił do grupy DDA, czyli osób, które wychowały się w rodzinach z problemem alkoholowym. Tu trzeba było przepracować trudne wspomnienia z młodości. Potem było sklejanie poranionej psychiki na nowo. – Taka terapia zdejmuje z człowieka wielki ciężar. Dziś jestem w stanie mówić o swoim życiu bez wstydu i zahamowań. 
Na nowo poukładał to, co łączyło go z kobietą, z którą był od 20 lat. – Cztery lata temu zdecydowaliśmy się na ślub. Żona mówi, że całe życie by mogła oddać za to, co jest teraz między nami. Dzielna kobieta, wiele ze mną przeszła.
Krzysztof od kilku lat jest w grupie neokatechumenatu. Czuje, że ma za sobą dłoń, która w razie czego podniesie go po upadku.
                                                               
Strach zaszyty pod skórą
Dla Marka terapia to była operacja na żywym organizmie. – Krwawa, bo trzeba zmierzyć się z tym, co jest najbardziej bolesne. Jeśli tego nie zrobisz, nie dojdziesz do równowagi – mówi.
Dorastał w sporym mieście w centralnej Polsce. Ojciec – utalentowany konstruktor po Politechnice Warszawskiej – pił od zawsze. Czasem zabierał syna do knajpy. – Pamiętam taki obraz: mam pięć lat, siedzę na krawężniku, płaczę. Ojciec leży pijany. On pozbierał się i dotarł do domu. A ja zostałem na ulicy. W domu między rodzicami była awantura.
Ojciec pił i zawsze kończyło się przemocą wobec matki. Czerpał z tego niewiarygodną przyjemność. I często nie było to „zwykłe” bicie. – Robił sobie obiad. Dochodziło do wymiany zdań i nagle wpadł na „genialny pomysł”: brał patelnię z rozgrzanym tłuszczem i wylewał matce prosto w twarz. Albo wylewał na nią gorącą kawę. Szybko obmywała twarz wodą, żeby ludzie o niczym się nie dowiedzieli.
W domu często bywała policja, straż miejska. Matka, nawet przyparta do muru, kłamała, mówiła, że coś przypadkowo jej się stało. A ojciec wiedział, jak się wykręcić. – Miałem dziewięć lat, matka była w ciąży. Widziałem, jak go korciło, żeby zdzielić ją w brzuch. W końcu uderzył pięścią w twarz, złamał jej nos, ubrał się i wyszedł z domu. Przyjechało pogotowie, była policja. Protokół, jakieś dochodzenie. I co z tego wyszło? Nic.
Kiedy brat miał półtora roku, doszło do nieszczęścia. W tle był konflikt rodzinny. – Ojciec czyścił spodnie benzyną, matka krzyczała, żeby to schował. Doszło do kłótni, brat chwycił butelkę, wypił. Nastąpiła reakcja chemiczna w płucach i po tygodniu zmarł.
Ojciec jeszcze bardziej płynął, matka wzmogła nadopiekuńczość. I tak minęło jego dzieciństwo i dorastanie. – Kiedy w domu nie ma uczucia, a jest bałagan, nie można nawet przeczytać książki, szuka się miejsc, gdzie można osiągnąć spokój. Dlatego sam omal nie skończyłem jako alkoholik – opowiada. Jako 17-latek trafił na izbę wytrzeźwień. – Wstyd, upokorzenie. W dodatku postawiono mi zarzut udziału w rozboju.
Został skierowany do psychologa, tam usłyszał o terapii dla dzieci alkoholików. – Sprawa w sądzie została umorzona. Uwolniłem się od psychologa i na wiele lat zapomniałem o DDA.
Ma żal do ojca, że był słaby, poddał się alkoholowi. I zniszczył wszystko, co mogło być dobre na początku jego życia. Być może jeszcze większy żal ma do matki z powodu błędów, które popełniła jako osoba współuzależniona.
– „Nie rób tego, nie idź tam, bo zrobisz sobie krzywdę” – wręcz narzucała mi swoje lęki. Każda aktywność była zagrożeniem. Strach przed zewnętrznym światem wyssałem z jej mlekiem. To jest potworne obciążenie, które utrudnia funkcjonowanie w dorosłym życiu – mówi.
Matka dążyła do tego, żeby poszedł na studia i wyrwał się z rodzinnego miasta. – Przez wiele lat byłem przekonany, że skończę jak ojciec. Gdybym nie wyjechał, pewnie tak by było.
Po maturze dostał się na architekturę. Dobrze mu było na Politechnice we Wrocławiu. Inni ludzie, patrzenie w przyszłość. Po studiach wyjechał z dziewczyną na Pomorze. Ale tu dopadła go przeszłość: ciągłe stany depresyjne i nerwica lękowa. 
– To jest strach zaszyty gdzieś pod skórą. Do dziś, choć zrobiłem wiele projektów, kiedy dostaję nowe zlecenie, nawet najprostsze, wciąż mam ten sam lęk, że sobie nie poradzę – przyznaje.
Kiedy skończył 30 lat, wybuchła afera z mieszkaniem matki. Spółdzielnia nie dopełnia formalności, ojciec choć dawno po rozwodzie i eksmisji wciąż figurował jako lokator. – Miałem świadczyć przeciwko niemu w sądzie – wspomina. – Nerwica lękowa dała o sobie znać, przez miesiąc byłem wyłączony z życia, nie byłem w stanie podnieść się z łóżka. Staram się nie brać żadnych środków, ale wtedy skończyło się lekami.
Postanowił skonfrontować się z ojcem. – Pierwszy raz rozmawiałem z nim wprost. Powiedziałem, co o nim myślę i że będę zeznawał na jego niekorzyść. Był wściekły, ale mnie przeszło jak ręką odjął.
Na trzy lata stracił kontakt z ojcem. Odzyskał go, kiedy ojciec zachorował na raka. – To było bydlę, ale miłości nie dało się zabić. Chciałem go odprowadzić. Zmarł w moje urodziny.
W internecie odszukał forum osób z syndromem DDA. Dowiedział się, że na miejscu jest prężna poradnia psychologiczna. – Czułem się fatalnie, w każdej dziedzinie życia beznadziejnie – mówi. Terapia to było przeanalizowanie życia i uświadomienie sobie, jakie szkody w psychice wywołuje przemoc. Terapeuta potrafił poprowadzić, a potem dać narzędzia do szukania równowagi.
Piotr zdał sobie sprawę, że przez 16 lat żył w chorym związku. – Ta kobieta zdradzała mnie, była patologicznym kłamcą. Tkwiłem w tym, bałem się ją opuścić.
Po terapii ocknął się, uciekł z tego domu. Jeszcze co najmniej dwa razy musiał korzystać z pomocy psychiatry. Ale popchnął życie do przodu. Dzieli pracownię ze znanym architektem. Poznał kobietę, która została jego żoną, marzą o dziecku.
– Jest stres, ale rzeczywistość już tak mnie nie przytłacza. Nareszcie jestem szczęśliwy – przyznaje. – Czuję, że życie jest moim wyborem. Wiem, że dokądś ono zmierza.
                                                          
Imiona rozmówców zostały zmienione.
 
Do zespołu cech DDA należą:

  • problemy z samooceną, zaburzone poczucie własnej wartości
  • przeżywanie stanu przewlekłego napięcia emocjonalnego (stałe pogotowie emocjonalne), często silnego lęku przed odrzuceniem
  • trudności w przeżywaniu przyjemności i nadwrażliwość na cierpienie, poczucie bycia nieszczęśliwym
  • nieumiejętność odprężenia się, odpoczynku
  • trudności w rozpoznawaniu uczuć, nierzadko „zamrożenie emocjonalne”
  • posiadanie sztywnych schematów myślenia o innych, o sobie, o świecie
  • wyparcie własnych potrzeb, gotowość do spełniania oczekiwań innych
  • trudności we wchodzeniu w bliskie związki z ludźmi
  •  lęk przed nowymi sytuacjami w życiu


W Polsce żyje około 700–800 tys. osób uzależnionych od alkoholu. Liczbę niepełnoletnich dzieci alkoholików określa się na około 2 mln. Co najmniej połowa żyje w sytuacji drastycznie zagrażającej ich zdrowiu i rozwojowi. Liczba ta nie obejmuje dzieci żyjących w rodzinach, w których nadużywa się alkoholu, pije się szkodliwie, ryzykownie, ale bez znamion uzależnienia.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki