Logo Przewdonik Katolicki

Krew Boga – dwa skrzydła ołtarza

Wiesław Kot
fot. Bartosz Mrozowski

Budować gmach kościoła na wzniesieniu czy raczej umacniać Kościół w sercach ludzkich – ten odwieczny dylemat oświetla w pojemnej filmowej metaforze Krew Boga Bartosza Konopki.

Historia rozwija się niespiesznie, w rytmie wizualnej ballady, która rozwija przed oczami widza starannie, wręcz po malarsku zakomponowane kadry. Z poszanowaniem zarówno dla surowości przyrody, jak i ludzkiego życia, gdzieś u zarania średniowiecza. No i nieustanna troska, by uzyskać jak najwięcej wolnej przestrzeni między niebem a ziemią. Rozumiemy: to przygotowanie areny, na której będą rozgrywać się sprawy w międzyludzkim poziomie i w metafizycznym pionie. Na ekranie nieustannie dialogują z sobą pasma czerni, rzadko przegradzane promieniem słonecznym. To wykładnia mroków ludzkiej duszy, do której tylko z rzadka dociera Światło z wysoka. Poza tym w grze są elementarne żywioły: niebo, woda, skały, piasek i ogień. Wszystko to wnosi do dzieła powagę i podniosłość chorału  gregoriańskiego. Tym bardziej że w tle toczącej się na bieżąco historii raz po raz słychać deklamacje psalmów.
 
Ewangelizacja – nieodwołalnie
Do lądu pokrytego otchłannymi lasami, tonącego w wiecznym cieniu, jawiącego się jako otchłań, czeluść dobija łódź wioząca rycerzy przybywających tu z misyjnym posłaniem. Większość z nich nie doczekała końca podróży, teraz są pospiesznie grzebani w nadmorskim piasku. W głąb tego dziewiczego lądu między mieszkańców, którzy niewiele różnią się od zwierząt, wkracza chrześcijański rycerz, dzierżąc przed sobą drewniany krzyż. Już wiadomo, że otwiera się dla tego miejsca nowy rozdział w historii, że odtąd nic już nie będzie podobne do tego, co było. Że właśnie nastaje nieodwołalnie nowa cywilizacja. A przecież mieszkający tu lud dochował się własnej długiej historii. Nosi sobie tylko właściwe stroje, ma własny język, zakorzenione  z dawna zwyczaje, muzykę, która towarzyszy mu w rozmaitych fazach życia, także własne wierzenia. To cały odrębny świat, choć od razu przeczuwamy, że od momentu wkroczenia chrześcijaństwa będzie on musiał nieuchronnie przejść do historii, że ulegnie zepchnięciu, zatarciu, zapomnieniu. Nieodwołalność tej sytuacji podkreśla fakt, że przybyli rycerze, misjonarze podziurawili własną łódź, aby nie było odwrotu. Muszą zostać z tym ludem, ochrzcić go i wprowadzić w świat chrześcijański. Nie zostawiają ani sobie, ani poganom żadnej alternatywy.
Z wolna sytuacja zaczyna się rozjaśniać i komplikować jednocześnie. Prędko okazuje się, że rycerze nie są pierwszymi chrześcijanami, którzy przybyli tu z misją nawracania. Po poprzednikach zostały drewniane krzyże i czaszki. Zabrała ich choroba, ale w innych miejscach lądu zdarzało się, że miejscowi, broniąc własnej wiary i tradycji, uśmiercali misjonarzy. Obracało się to jednak przeciw nim, ponieważ w ślad za misjonarzami przyjeżdżali zbrojni i w odwecie wycinali w pień całe wsie. Nauczeni tym doświadczeniem mieszkańcy wioski pozwalają osiedlić się dwóm nowo przybyłym. Ci z miejsca stawiają ich przed bezlitosnymi faktami. Otóż za kilka miesięcy przypłynie tu król z prawdziwą misją ewangelizacyjną, tzn. zacznie od nawracania ogniem i żelazem. Szykuje się wielka rzeź. Ale jeżeli miejscowi przyjmą chrześcijaństwo po dobroci, w dobrze rozumianym własnym interesie, to król, który przybędzie, może zastać tu wspólnotę wierzących, co pozwoli miejscowym ocalić głowy.
 
Agitacja i zasznurowane usta
I w tym momencie ujawnia się główny dylemat, jaki film kładzie widzowi przed oczy. Bowiem jeden z przybyszy, Willibrord (w tej roli Krzysztof Pieczyński), działa impulsywnie, pospiesznie i radykalnie. Żąda nawrócenia natychmiast. Wyzywa miejscowego szamana na próbę ognia. Jemu samemu udaje się przejść bez szwanku wśród płomieni (może dlatego, że dźwiga na sobie ciężki, solidny strój rycerski), podczas gdy szaman płonie jak pochodnia, okutany w liche skóry zwierzęce. Ten pośpiech nie podoba się Janowi (Karol Bernacki), drugiemu z misjonarzy, nastawionemu koncyliacyjnie. On wolałby, by chrześcijaństwo zaszczepiło się tutaj niejako spontanicznie, by nastało w wyniku długotrwałej perswazji. Jest zwolennikiem raczej oferowania wiary, zaciekawiania nią niż wprowadzania jej na sposób siłowy i administracyjny. Ponieważ rażą go coraz bardziej misjonarskie zapędy swego towarzysza, w proteście sznuruje sobie (całkiem dosłownie!) usta. Nie będzie agitował, namawiał, wymuszał. A poza wszystkim żal mu tych ludzi, których świat wraz z ich przybyciem z dnia na dzień runął. Rozumie, że czują się zagubieni, zdezorientowani, pozbawieni znaków orientacyjnych, splątani. W dodatku nie zostawia się im alternatywy. Albo przyjmą nową wiarę, której jeszcze nie znają, która jest im z gruntu obca, albo zginą. I jeszcze wyznaczono im nieodległy termin na podjęcie decyzji.
           
Kościół ofensywny i kontemplacyjny
I w tych dwóch równoległych kierunkach rozwija się działalność Kościoła. Powstaje budynek kaplicy wznoszony siłami miejscowych pod kierunkiem nowego Willibrorda – teraz już raczej biskupa niż rycerza. Biskup tworzy własną armię spośród świeżo nawróconych miejscowych. Wręcza im coś, czego oni do tej pory nie mieli, mianowicie miecze. Sami używali dotąd tylko narzędzi do polowania na zwierzęta; teraz dostają broń, która pozwala im zabijać ludzi. Biskup buduje także hierarchię, tworzy gradację stanowisk, wytypował nawet czarownicę i planuje ją spalić. To Kościół ofensywny i triumfujący.
Równolegle swoją cichą, pokorną działalność prowadzi ów drugi misjonarz z zasznurowanymi ustami. I to od niego część miejscowych przyjmuje chrzest. Sami podsuwają głowę pod strumień wody, ponieważ przekonała ich i pociągnęła ta wersja chrześcijaństwa. Więcej – ten sam podział znajduje odzwierciedlenie w nowo schrystianizowanej społeczności. Jedni wolą organizację, zasady posłuszeństwa, rygor, w konsekwencji przymus, któremu się chętnie poddają. A inni skłaniają się raczej ku chrześcijaństwu przyjętemu z dobrej woli, cichemu, kontemplacyjnemu, opartemu na odruchach serca.
 
I tak król bierze wszystko
A przecież ten dylemat to i tak tylko faza przejściowa. Te dwa skrzydła chrześcijaństwa, które nie mogą się spotkać i tak zostaną unicestwione. Oto bowiem przybywa król ze swoim zdziczałym wojskiem i nie zważając na postępy w nawracaniu pogan, wyrzyna wszystkich w pień. Wedle zasady: zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich. „Czyści” nowo pozyskane tereny do zera i on teraz będzie zaprowadzał chrześcijański ład, jak sam go rozumie. Niewiele dobrego należy się po tym spodziewać.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki