W hołdzie Andrzejowi Poczobutowi

Żartował nawet, że to zaangażowanie w jego uwolnienie było sprawą, która połączyła polityków, którzy są bardzo podzieleni, bo tym, co łączy ich wszystkich, jest polskość.
Czyta się kilka minut
Michał Szułdrzyński, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” | fot. Magdalena Bartkiewicz
Michał Szułdrzyński, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” | fot. Magdalena Bartkiewicz

Nie wiem, co w ostatnich dniach zrobiło na mnie większe wrażenie: czy sam fakt uwolnienia Andrzeja Poczobuta z białoruskiego łagru i przyjazd do Polski, czy też jego skromność, z jaką komentował swoją sytuację. Szczególnie poruszające były jego słowa na Zamku Królewskim 3 maja, gdy – jak prawdziwy bohater – przyjmował z rąk prezydenta Karola Nawrockiego najwyższe odznaczenie państwowe: Order Orła Białego, a równocześnie przekonywał, że bohaterami byli dowódcy AK i poakowskiego podziemia działającego na Grodzieńszczyźnie, o których on pisał i o których upamiętnienie się upominał. 

To oni – według jego relacji – poddawani byli okrutnym torturom, a on jedynie chciał się zachować przyzwoicie. I za to został skazany. Za to spał bez koca na twardych deskach, za to był izolowany, za to spędził pięć lat w białoruskiej kolonii karnej. Za to był zastraszany. Ale się nie złamał. Historia z akowcami, którą powtarzał, ma zresztą głębokie uzasadnienie. Ponieważ – jak tłumaczył w wywiadach – oskarżono go o gloryfikowanie Armii Krajowej w celu oderwania Grodzieńszczyzny od Białorusi. Jego sprawą zajmował się okryty złą sławą departament walki z przestępczością zorganizowaną białoruskiego ministerstwa spraw wewnętrznych, choć na Białorusi – według słów Poczobuta – nie ma już żadnej zorganizowanej przestępczości.

Banałem byłoby stwierdzenie, że ta skromność jest cechą prawdziwego bohatera. Ale może wiele rzeczy, które mówił Poczobut, brzmiało pozornie banalnie. A jednak to, co mówił, było oczywiste i niezwykłe równocześnie. Gdy na przykład dziękował i Karolowi Nawrockiemu, i Andrzejowi Dudzie za to, co jako prezydenci zrobili na rzecz jego uwolnienia. I gdy dziękował Donaldowi Tuskowi i Mateuszowi Morawieckiemu, że jako premierzy dążyli do tego, by mógł opuścić białoruskie więzienie. Żartował nawet, że to zaangażowanie w jego uwolnienie było sprawą, która połączyła polityków, którzy są bardzo podzieleni, bo tym, co łączy ich wszystkich, jest polskość. To nie była fałszywa skromność. To była skromność bohatera, który doskonale jest świadom tego, kim jest, co się stało, dlaczego trafił do kolonii karnej, dlaczego był tam okrutnie traktowany i dlaczego ostatecznie został wymieniony za ludzi ważnych dla rosyjskich i białoruskich służb.

W tym wszystkim najniezwyklejsze jest to, że Andrzej Poczobut nie był politykiem, nie był działaczem opozycyjnym. Stał się nim, bo walczył o polskość na Białorusi, bo na serio traktował zobowiązanie, jakie wynikało z faktu, że uważał się za dziennikarza. Dlatego walczył o prawdę, chciał upamiętniać polskich bohaterów, chciał, by ludzie mieli prawo uczyć dzieci języka ojczystego. By ludzie mieli prawo do pamięci o swoich bohaterach. Ale ta pamięć dla dyktatora jest bardzo niebezpieczna. Dlatego musi fałszować historię. I nie może pozwolić dziennikarzom na pisanie prawdy.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 19/2026