Rozstanie z demokracją

Sto lat temu Józef Piłsudski wybrał drogę, która miała raczej zasypać podziały, podkreślić jedność i wspólnotę. Przewrót majowy doprowadził jednak Polskę do autorytarnej dyktatury, w której nieumocowana w żadnych przepisach władza znalazła się w rękach Marszałka.
Czyta się kilka minut
Józef Piłsudski na Moście Poniatowskiego, 12 maja 1926 r., na czele wiernych sobie oddziałów. Marszałek zajął warszawską Pragę i zażądał od prezydenta Stanisława Wojciechowskiego dymisji rządu Wincentego Witosa Fot. LASKI DIFFUSION/ East News
Józef Piłsudski na Moście Poniatowskiego, 12 maja 1926 r., na czele wiernych sobie oddziałów. Marszałek zajął warszawską Pragę i zażądał od prezydenta Stanisława Wojciechowskiego dymisji rządu Wincentego Witosa Fot. LASKI DIFFUSION/ East News

Był wiosenny dzień 12 maja 1926  roku. Bzy już kwitły w Alejach. Na Moście Poniatowskiego szły ku sobie dwie grupy w większości złożone z oficerów, w mundurach. Na czele jednej, zbliżającej się od strony Pragi, kroczył smukły i chmurny człowiek w mundurze z dystynkcjami marszałka Polski na pagonach. Na czele drugiej, kroczącej od lewego brzegu Wisły, szedł niewysoki, odziany w cywilny strój, raczej niepozorny starszy pan z kozią bródką. Obaj się od lat dobrze znali, byli towarzyszami wspólnej walki w szeregach PPS. Teraz stanęli naprzeciw siebie w chwili wielce dramatycznej, naznaczonej koniecznością wyboru, którego ceną miało być życie setek ludzi.

Pierwszym z nich był Józef Piłsudski, drugim Stanisław Wojciechowski. Pierwszy był otoczonym legendą twórcą odrodzonej Rzeczpospolitej, bohaterem walk o jej przetrwanie, zwycięzcą bitwy warszawskiej i niemeńskiej, wcieleniem romantycznego mitu, wyznawanego przez tak wielu Polaków. Drugi, aczkolwiek zasłużony w działalności niepodległościowej w okresie schyłku zaborów, był człowiekiem skromnym, pozbawionym romantycznej charyzmy, od dawna spełniającym się w ruchu spółdzielczym, coraz wyraźniej odchodzącym od niegdysiejszych socjalistycznych ideałów. Po zamachu na Gabriela Narutowicza został wybrany drugim prezydentem RP. Przyszło im stanąć naprzeciw siebie w jednej z najbardziej dramatycznych chwil w dziejach niedawno wskrzeszonej Polski.

Cierpienia „młodej demokracji”

Od niemal czterech lat państwo polskie funkcjonowało w systemie demokracji parlamentarnej, ustanowionym przez konstytucję uchwaloną w marcu 1921 roku i wprowadzoną w życie w listopadzie 1922 roku. Ten model ustrojowy uprzywilejował władzę ustawodawczą (sejm i senat) kosztem władzy wykonawczej (prezydenta i rządu). Zgromadzenie Narodowe wybierało prezydenta, a większość parlamentarna decydowała o kształcie rządu. Parlament miał być wybierany wedle mieszanej ordynacji, senat – większościowej, sejm – proporcjonalnej, przy czym nie wprowadzono progów wyborczych ograniczających możliwość wejścia do sejmu niewielkich ugrupowań. Polska cierpiała wówczas na charakterystyczne dla „młodych demokracji” schorzenie „partyjnej mozaiki” – wielce rozdrobnionej i nieskłonnej do kompromisu sceny politycznej. Taka była ówczesna kultura polityczna, pełna wybujałych emocji i sporów, pozbawiona ducha współpracy w imię wspólnego dobra, skłonna raczej do dzielenia się niż jednoczenia. Wszystkie te czynniki wiodły ówczesną Polskę ku niestabilności politycznej, ku nieufności wobec państwa i ku preferencji dla władzy silniejszej, bardziej zdecydowanej. Taka tendencja była charakterystyczna dla wielu krajów ówczesnej Europy, szczególnie Środkowo–Wschodniej i południowej. Do 1938 roku pozostało w tym regionie tylko jedno państwo, które zdołało utrzymać demokratyczną formę ustroju – Czechosłowacja. Polska nie była zatem wyjątkiem, raczej potwierdzeniem reguły.

Zniechęcenie do tej formy systemu politycznego, który zaoferowała nam konstytucja marcowa, nie było zatem zaskakujące. Szczególną rolę odegrał tu dramat wyboru Gabriela Narutowicza na pierwszego prezydenta RP, hejt, którego doświadczył, i wreszcie śmierć z ręki nacjonalisty Eligiusza Niewiadomskiego. To, co wydarzyło się w gmachu warszawskiej Zachęty, było szokiem. Po kilku dniach urzędowania zamordowany zostaje pierwszy prezydent RP. Mordercą nie jest „obcy”, jest nim „arcy-Polak”, „nasz”. Załamuje się wiara w demokratyczny, liberalny model ustroju. Rośnie społeczna potrzeba władzy silniejszej, ograniczającej samowolę partii i parlamentu.

Ku konfrontacji

W tym miejscu rodzi się szansa dla tego, który znalazł się na marginesie życia publicznego, dla Józefa Piłsudskiego. Nie jest już Naczelnikiem Państwa – to stanowisko przestaje istnieć – nie decyduje się kandydować w wyborach prezydenckich, wreszcie staje w obliczu przejęcia władzy przez jego politycznych wrogów: endecji. Rezygnuje ze wszystkich politycznych i wojskowych funkcji. Od połowy 1923 roku jest osobą prywatną, mieszkańcem willi w Sulejówku. Nie oznacza to jednak, że porzuca polityczne ambicje. Jest coraz bardziej krytyczny wobec konstytucji i partii politycznych, rzuca hasło „sanacji”, uleczenia, terapii organizmu, który jest chory. W licznych wystąpieniach, tekstach i wywiadach mówi o tym niekiedy w formie obelżywej („ja tej konstytucji [marcowej] nie nazywam konstytucją, ale konstytutą, bo mi się rymuje z prostytuta”). Zmierza do przejęcia władzy i rekonstrukcji ustroju politycznego państwa w kierunku ograniczenia roli parlamentu i partii politycznych. Pytaniem nie jest już: „czy”, ale „kiedy” Piłsudski przejdzie do czynu? Jego zaplecze jest niemałe. Są mu posłuszni wojskowi, szczególnie ci, którzy walczyli pod jego dowództwem w Legionach i POW, ma również poparcie w szeregach lewicy niepodległościowej – szczególnie PPS. Sprzyja mu powszechne przekonanie o słabości i niewydolności konstytucyjnej formuły demokracji parlamentarnej. Sytuacja dojrzewa do radykalnej zmiany.

W maju 1926 roku, po kolejnym kryzysie gabinetowym, powstaje nowa, choć raczej stara koalicja, łącząca endecję, chadecję i PSL Piast, tzw. „Chjeno–Piast", jak wówczas prześmiewczo mówiono. Ta koalicja już rządziła w drugiej połowie 1923 roku. Kojarzyła się Polakom z dramatycznym kryzysem gospodarczym i hiperinflacją oraz z brutalnym tłumieniem społecznych protestów. Teraz, w maju 1926 roku, odradza się ta sama koalicja z tym samym premierem Wincentym Witosem, który decyduje się na obranie drogi konfrontacyjnej. Mówi w wywiadzie: „jeśli miałbym w ręku te atuty, którymi dysponuje marszałek Piłsudski, nie zawahałbym się ich użyć”. Te słowa były powszechnie interpretowane w kontekście kontroli nad wojskiem. Rodzi się przekonanie, że rząd Witosa będzie dążył do prawicowego przewrotu.

„Do mnie będziesz strzelał?”

Na to czeka Piłsudski, teraz może wystąpić w szatach obrońcy demokracji i pozyskać poparcie bardzo szerokich środowisk politycznych. 12 maja 1926 roku na czele wiernych sobie oddziałów zajmuje warszawską Pragę i żąda od prezydenta Wojciechowskiego dymisji rządu Witosa. Nie ma wątpliwości, że prezydent ustąpi, wszak go zna i wie, że jest człowiekiem ustępliwym, preferującym kompromis, podlegającym wpływom. Jakże mógłby stawić opór Komendantowi? Piłsudski inspiruje się „marszem na Rzym” Mussoliniego sprzed czterech lat. We Włoszech król powołuje Mussoliniego na premiera, a w Polsce prezydent powołuje na premiera Piłsudskiego, albo kogoś przez niego wskazanego. To nie zamach stanu, tym bardziej krwawy, to demonstracja siły i legalne przejęcie władzy.

Wróćmy do tej dramatycznej chwili, gdy na Moście Poniatowskiego stoją naprzeciw siebie dawni przyjaciele. Piłsudski chce dymisji rządu, Wojciechowski odpowiada, że „jest droga legalna”. Marszałek odpowiada: „dla mnie droga legalna zamknięta”. Wtedy prezydent zwraca się do oficerów stojących w jego zapleczu i „starczym, drżącym głosem” wzywa, aby stanęli w obronie konstytucji i prawa Rzeczpospolitej. Piłsudski zaskoczony i skonsternowany podchodzi do jednego z młodych oficerów wiernych prezydentowi i mówi: „do mnie, dziecko, będziesz strzelał?”. Zdaje się zaskoczonym i bezradnym. Teraz, wobec niespodziewanego oporu prezydenta, może albo się cofnąć, albo walczyć o władzę zbrojnie. Są relacje, które mówią, że Piłsudski po powrocie z mostu położył się i spał. Być może nie potrafił wydać rozkazu strzelania? Nie mieli takich dylematów ci, którzy stanęli po jego stronie. Oni musieli zwyciężyć, bo w innej sytuacji stanęliby przed sądem wojennym jako zdrajcy. Jeśli chcieli żyć, musieli zwyciężyć.

Walki na ulicach stolicy, które trudno określić inaczej niż jako wojnę domową, skończyły się po trzech dniach zwycięstwem Piłsudskiego. Podał się do dymisji rząd Witosa i równocześnie zrzekł się urzędu prezydent Stanisław Wojciechowski. Władza spoczęła w ręku zamachowca. Walki w Warszawie były krwawe. Zabici – wojsko: 215, cywile: 164, razem: 379. Ranni – wojsko: 606, cywile: 314, razem: 920. Porażająca skala! Przewrót był momentem, który mógł zniszczyć dorobek poprzednich lat, spowodować głęboki rozłam społeczny, narodowy i polityczny, a nawet secesję części państwa. Takie głosy odzywały się wtedy w zachodniej części Polski, szczególnie w Wielkopolsce. Odrodzona Polska stanęła na krawędzi.

„Niech Bóg nam odpuści”

Ten, który dokonał zamachu – choć wiemy, że nie tak wyobrażał sobie jego przebieg – wybrał drogę, która miała raczej zasypać podziały, podkreślić jedność i wspólnotę. „W jedną ziemię wsiąkła krew nasza, ziemię jednym i drugim jednakowo drogą, przez obie strony jednakowo umiłowaną. Niech Bóg nad grzechami litościwy nam odpuści i rękę karzącą odwróci, a my staniemy do naszej pracy, która ziemię naszą wzmacnia i odradza” – mówił nad wspólnym grobem ofiar przewrotu. Był w tym inny niż wielu ówczesnych dyktatorów, jakby przeląkł się konsekwencji swych działań. Wbrew opinii wielu swych współpracowników wybrał konstytucyjną, legalną drogę przekazania władzy. Pomimo wszystkich krytyk i obelg, które wyrażał wobec parlamentu, partii i posłów, zdecydował, że to ten parlament winien wybrać prezydenta. Prezydent został wybrany, został nim Józef Piłsudski, zamachowiec. W ten sposób parlament legitymizował zamach, „napluł sobie w twarz”, jak wtedy mówiono. Piłsudski wyboru nie przyjął, odrzucił go w upokarzający dla parlamentu sposób i wskazał swojego kandydata – prof. Ignacego Mościckiego, którego Zgromadzenie Narodowe posłusznie wybrało.

To wtedy, już wtedy, zaczęła się w Polsce epoka autorytarnej dyktatury, choć przez kilka lat niewiele zdawało się na to wskazywać. Przecież nadal mogła działać opozycja, były wolne wybory, funkcjonowała nieco tylko ograniczona wolność słowa. Może tylko zmieniliśmy demokrację parlamentarną na prezydencką? Nie, bowiem trzeba widzieć kontekst, a on nie pozostawia wątpliwości. Już od maja 1926 roku Polska była autorytarną dyktaturą. Prezydent, premier, którym konstytucja dawała najważniejsze kompetencje, pozostawali w cieniu tego, którego niemal absolutna władza nie była zakotwiczona w żadnych regulacjach ustrojowych. Józef Piłsudski był w następnych latach jednym z ministrów – ministrem spraw wojskowych, niekiedy, gdy uznał to za potrzebne, bywał premierem. Nikt jednak nie wątpił, że to on jest centralnym ośrodkiem dyspozycji politycznej, że to w jego rękach spoczywa najwyższa władza. Jej legitymacją nie był demokratyczny wybór, ale autorytet we własnym obozie politycznym i całym przezeń kontrolowanym systemie politycznym. Czy w tym trudnym czasie, gdy Europa, a zwłaszcza nasz kraj, zbliżały się do krawędzi dziejowej apokalipsy, autorytaryzm był to właściwy wybór, czy w chwili próby jesienią 1939 roku bylibyśmy lepiej przygotowani do jej sprostania, gdyby Polska była demokracją? Zapewne nigdy nie będziemy w stanie na to pytanie odpowiedzieć.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 19/2026