Któż dziś pamięta prymasa Polski kard. Edmunda Dalbora? Zapewne niewielu. Wśród prymasów ostatniego stulecia góruje nad innymi pomnikowa postać kard. Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia, którego wciąż ma w pamięci większość Polaków. Widzę to nawet wśród moich 20-letnich studentów. Nie jest to pamięć szczególnie pozytywna, nauczono ich bowiem kojarzyć go z nacjonalizmem i uważać za patrona ONR-u, Grzegorza Brauna i innych środowisk radykalnej katolicko-narodowej prawicy. Coś wiem o tych fałszywych stereotypach, co rok toczę homeryckie boje o ukazanie jego postaci bez uproszczeń, o uwolnienie od kontekstu dzisiejszych, naznaczonych polityką, sporów. Z jakim skutkiem? Nie wiem. Powoli w sferę zapomnienia przesuwa się postać poprzednika kard. Wyszyńskiego – kard. Augusta Hlonda. Własne doświadczenie mówi mi, że nie jest to dla obecnych pokoleń człowiek szczególnie znany ani ważny. Nawet kontrowersje, które objawiły się kilka lat temu przy okazji procesu beatyfikacyjnego i zarzuty antysemityzmu, nie wzbudziły szczególnych emocji. Cóż zatem powiedzieć o pierwszym prymasie odrodzonej Polski – kard. Edmundzie Dalborze? To postać, ośmielę się powiedzieć, niemal zapomniana. Czy słusznie?
Krok po kroku
W historii Polski są postacie, których znaczenie trudno uchwycić przy pomocy efektownych wydarzeń czy dramatycznych zwrotów akcji. Nie stoją w centrum wielkich bitew, nie przewodzą politycznym przewrotom, rzadko bywają bohaterami legend.
Ich rola polega na czymś innym: na utrzymaniu ciągłości, na tworzeniu stabilnych ram, w których mogą działać inni. Do takich postaci należy kard. Edmund Dalbor – pierwszy prymas w odrodzonej Polsce. Jego biografia splata się z jednym z najważniejszych momentów w dziejach narodu: przejściem od epoki zaborów do niepodległego państwa. Dalbor stanął na czele Kościoła w Polsce w czasie, gdy społeczeństwo odzyskiwało wolność, lecz równocześnie musiało nauczyć się odpowiedzialności za własne państwo.
Pochodził z Ostrowa Wielkopolskiego, z regionu, gdzie polskość podtrzymywano przede wszystkim przez codzienną pracę, dyscyplinę i organizację społeczną. Kościół był tam jednym z głównych filarów tożsamości narodowej. Parafia stanowiła centrum życia lokalnego, a duchowieństwo często pełniło funkcję przewodników społecznych. To środowisko ukształtowało przyszłego prymasa jako człowieka umiarkowanego, przyzwyczajonego do działania metodą stopniowych zmian i konsekwentnej pracy organizacyjnej. W jego stylu brakowało rewolucyjnego zapału, dominowała natomiast potrzeba ładu i stabilności. Ta cecha okazała się szczególnie cenna w momencie odzyskania niepodległości.
Musiał dojrzeć
Pierwszym dramatycznym wyzwaniem, przed którym stanął abp Dalbor, stały się wydarzenia końca roku 1918: odzyskanie niepodległości i powstanie wielkopolskie. Od trzech lat był metropolitą gnieźnieńskim i poznańskim, prymasem Polski. Przeczuwał, że jego prymasowska posługa nie będzie łatwa i spokojna. Tak pisał o tym w inaugurującym rządy w swych diecezjach liście pasterskim: „rzeczy, które wczoraj wydawały się niemożliwe, stają się dziś rzeczywistością. […] Zniknie, co z woli Bożej ma zniknąć, powstanie i przetrwa, co Bóg chce powołać do życia”.
Początkowo nie uniknął błędów. Gdy
5 listopada 1916 roku Niemcy i Austro-Węgry ogłosiły akt powołania polskiego quasipaństewka, Dalbor zareagował wiernopoddańczą depeszą dziękczynną, którą wysłał do cesarza Wilhelma II. Znalazły się w niej zapewnienia o „niezłomnej wierności”, „najpoddańczej wdzięczności” oraz modły o to, by decyzja utworzenia polskiego państewka „wyszła na dobre Niemcom”. Reakcja społeczna była tak negatywna, że arcybiskup usiłował – bezskutecznie – list wycofać. Później zaś publicznie odciął się od jego inicjatorów, ugodowców poznańskich, dając do zrozumienia, że został przez nich wprowadzony w błąd. On też musiał dojrzeć do tego, aby porzucić legitymizm i zrozumieć, że przyszedł czas samostanowienia narodów.
Cechy jego osobowości nie predestynowały go do wypełnienia roli charyzmatycznego przywódcy, którym sprzyjały przecież tamte czasy, gdy wiatr historii nabrał mocy huraganu. Kończyła się najkrwawsza wojna w historii, upadały dynastie, kończyły swe istnienie państwa i powstawały nowe, odradzała się Polska. Paradoksalnie w takich właśnie okolicznościach okazał się prymas Dalbor człowiekiem opatrznościowym. Wiedział, że młode państwo potrzebuje stabilizacji, a nie kolejnych pól konfliktu.
Uniknąć zemsty
27 grudnia 1918 roku wybuchło powstanie wielkopolskie. Prymas nie był jego organizatorem ani inspiratorem. Jego stanowisko można by określić jako ostrożne poparcie faktów dokonanych. Po pierwszych sukcesach powstania zaczęły się do niego zgłaszać powstańcze delegacje, przynosząc entuzjastyczne raporty. Jeden z uczestników wspominał, że Dalbor wysłuchał relacji o zdobytych miejscowościach, po czym spokojnie powiedział: „Teraz najtrudniejsze dopiero przed nami – trzeba umieć wygrać pokój”. Młodzi powstańcy oczekiwali raczej pochwał i triumfalnych słów. Tymczasem prymas przypominał, że zwycięstwo militarne nie oznacza jeszcze prawdziwej wygranej. Podczas walk w Poznaniu odgłosy strzelaniny docierały również do rezydencji arcybiskupiej. Sekretarz prymasa wspominał, że gdy ktoś wbiegł z informacją, iż walki zbliżają się do centrum miasta, Dalbor miał odpowiedzieć spokojnie: „Tym bardziej trzeba się modlić i nie przeszkadzać tym, którzy muszą działać”. Nie wykazywał nerwowości, co działało uspokajająco na otoczenie. Po przejmowaniu przez powstańców kolejnych miast pojawiały się przypadki chęci odwetu na niemieckich urzędnikach i funkcjonariuszach. Liczne wspomnienia pokazują, że Dalbor wyraźnie polecał księżom przypominać wiernym, że: „Polska nie może zaczynać wolności od zemsty”. Wielkopolska uniknęła dzięki temu wielu aktów przemocy, jakie w tym czasie zdarzały się w innych regionach powojennej Europy.
Po żadnej ze stron
II Rzeczpospolita u swego zarania stała przed wielkimi wyzwaniami i zagrożeniami. Była wśród nich nasilająca się atmosfera politycznej walki, agresji wobec przeciwników i coraz brutalniejszy język debaty publicznej. Efektem tych zjawisk była tragiczna śmierć pierwszego prezydenta RP – Gabriela Narutowicza. Niestety włączyli się w tę atmosferę także niektórzy duchowni, którzy mogli jeszcze wówczas zasiadać w ławach parlamentu. Ich wypowiedzi i gesty niczym się w zasadzie nie różniły od wystąpień polityków partyjnych. Co prawda większość posłów- i senatorów-księży zasiadała w ławach endeckiego Związku Ludowo-Narodowego, ale zdarzali się również tacy, którzy sympatyzowali z lewicą. Wśród posłów ZLN brylował ks. Kazimierz Lutosławski, którego język naznaczony był szczególnie brutalnym wpływem prawicowo-nacjonalistycznej retoryki. Na drugim biegunie był ks. Eugeniusz Okoń, radykalny działacz i poseł radykalnie lewicowego PSL-Wyzwolenie. Takiego zaangażowania kleru prymas Dalbor zdecydowanie nie popierał, próbował napominać ks. Lutosławskiego, bez większego jednak skutku. Jego działania w pierwszych latach niepodległości były więc podporządkowane jednej zasadzie: Kościół nie może stać się stroną walki politycznej.
Prostota i pokora
Był człowiekiem, który unikał konfliktów, rzadko stosował kary, prowadził proste życie, niechętnie przyjmował hołdy, nie lubił wystawnej pompy, nie szukał rozgłosu. Przekonał się o tym sam „Przewodnik Katolicki”, któremu odmówił udzielenia wywiadu, mówiąc: „Niech lepiej piszą o tym, co robi Kościół, nie o tym, kto nim kieruje”. Mówił niewiele i cicho, podobno im ważniejsze były sprawy, tym ciszej. Unikał dramatycznych gestów i słów, był raczej człowiekiem kompromisu, sprawnym administratorem, nieskłonnym do okazywania emocji.
Lata 1918–1926 były dla niego okresem ogromnego obciążenia. Musiał organizować struktury Kościoła w odrodzonym państwie, reagować na konflikty społeczne, utrzymywać relacje z władzami i jednocześnie prowadzić normalną działalność duszpasterską. Współpracownicy wspominali, że z biegiem lat stawał się coraz bardziej zmęczony obowiązkami. Nie był człowiekiem, który czerpał energię z władzy, raczej traktował ją jako ciężar i obowiązek. Już od 1922 roku zaczął ciężko chorować i w kilku ostatnich latach życia przestał w praktyce sprawować rządy w obu swoich diecezjach. Zmarł 13 lutego 1926 roku. Dziś pozostaje w cieniu swoich następców, a przecież nie zasłużył na zapomnienie.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













