Nie taki black and white

Magia Michaela Jacksona nie przestała działać. Nie zmienia to jednak faktu, że równolegle istnieje kontekst, którego nie da się po prostu wyłączyć.
Czyta się kilka minut
fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe

A gdyby zostali Państwo zaczepieni w sondzie ulicznej i poproszeni o wymienienie kilku muzycznych ikon – tych niepodważalnych, nienegocjowalnych i od dekad dumnie stojących na piedestale – kto przyszedłby Państwu do głowy? Prince, Elvis, Cher, Tina Turner, The Beatles, David Bowie, Aretha Franklin – zapewne pojawiłby się ktoś z tego grona. Nazwiska, które przez lata obrosły tak wielkim kulturowym znaczeniem, że określenia „ikona”, „legenda” czy „geniusz” powtarzamy dziś niemal odruchowo, czasem częściej niż naprawdę próbujemy uchwycić skalę ich wpływu. A przecież za każdym z tych pomnikowych statusów kryje się człowiek – nie tylko wyjątkowy głos czy oszałamiająca kariera, ale również pęknięcia, presja, samotność, kontrowersje, nierzadko trudne, bolesne zaplecze, bez którego pełne zrozumienie fenomenu bywa po prostu niemożliwe.

W tym miejscu polecam Państwu jedną z lepszych biografii, jakie było mi dane czytać – Respect. Życie Arethy Franklin Davida Ritza, jednego z najbardziej znanych biografów postaci świata muzyki. Monumentalna, wnikliwa, wciągająca. Od jej czasu utwór Respect stał się dla mnie prawdziwym manifestem. I myślę sobie, że być może właśnie dlatego tak chętnie sięgamy zarówno po biografie (zwłaszcza te świetnie napisane; nie ma nic gorszego niż przepalony potencjał fascynującego człowieka, z którym autor nie był w stanie sobie poradzić), jak i biografie fabularyzowane: stają się dla nas nośnikami, w których chęć usłyszenia największych hitów ustępuje ciekawości zajrzenia za kulisy, poznania nieopowiadanych (zatajanych) dotąd historii i sprawdzenia, co tak naprawdę kryło się za blaskiem, który z oddali wydawał się niemal nadludzko jasny.

Kryształ bez rys

10 kwietnia odbyła się światowa premiera Michaela, którego reżyserem jest Antoine Fuqua, napisanego przez Johna Logana i wyprodukowanego przy ścisłej współpracy z Jackson Estate. W tytułowej roli obsadzono Jaafara Jacksona, siostrzeńca Michaela, co od początku budziło zarówno ciekawość, jak i podejrzenia, czy projekt nie okaże się raczej sumiennie zaplanowanym, rodzinnym zarządzaniem dziedzictwem niż próbą rzeczywistego zmierzenia się z wcale-nie-taką-black-and-white postacią. Krytycy – jak to krytycy – relacjonują w dwugłosie: chwaląc sceniczną charyzmę Jaafara, zarzucają filmowi wyraźne „wygładzenie” biografii i ominięcie najbardziej niewygodnych obszarów. Publiczność reaguje jednak znacznie cieplej, a box office przypomina, że mimo dwóch dekad od śmierci Jacksona, nadal dysponuje on większą siłą niż niejeden Harry Styles.

Michael: Songs from the Motion Picture, czyli wydany w dniu premiery album, nie jest próbą odkrywania nieznanych archiwów ani fanowskim prezentem w postaci alternatywnych wersji czy zapomnianych demówek (choć znam wielu – ze sobą włącznie – którzy w trymiga by się na nie połasili!). To trzynaście utworów obejmujących drogę Michaela począwszy od Jackson 5. Nie jest to w żadnym wypadku pełna biografia, a raczej poskładana z kawałków opowieść o narodzinach żywego mitu. ABC, I Want You Back, Who’s Lovin’ You, Don’t Stop ’Til You Get Enough, Rock with You, Billie Jean, Beat It, Human Nature, Thriller, Wanna Be Startin’ Somethin’, Bad – w tak zebranym repertuarze odbijają się kolejne etapy przeobrażania cudownego dziecka w globalne zjawisko. Od motownowskiej precyzji (Motown – legendarna wytwórnia muzyczna z Deitroit, która zasłynęła ze zmiany podejścia do muzyki popowej, przez wplątywanie do niej elementów soulu; wypromowała m.in. Steviego Wondera, Dianę Ross & The Supremes i Jackson 5) przez wyzwolenie spod rodzinnego szyldu po moment, w którym Jackson przestaje być „tylko” gwiazdą, a zaczyna funkcjonować jako osobna kategoria popkulturowa.

Nieprzypadkowe wydaje się również to, czego tu nie znajdziemy, czyli kawałków późniejszego Jacksona. Dangerous, HIStory, Invincible, a więc etapy bardziej skomplikowane, ciemniejsze, artystycznie nierówne, ale biograficznie nieuniknione, zostają odsunięte. Film (podobnie zresztą jak i soundtrack) kończy się w miejscu, w którym na krysztale mitu nie dojrzymy jeszcze zbyt wielu rys, bo nadal jesteśmy jeszcze przed największymi publicznymi pęknięciami, procesami, dokumentami, oskarżeniami i społeczną rewizją postaci. Niezależnie od tego, czy ukształtowała go dramaturgia, strategia marketingowa czy ruchy asekuracyjne, Jackson jest przedstawiony przede wszystkim jako maszyna kulturowej rewolucji.

Dziś łatwo zapomnieć, jak radykalne bywały jego posunięcia. Don’t Stop ’Til You Get Enough było deklaracją artystycznej niezależności, Beat It rozmontowywało granice między popem a rockiem, Thriller przerażająco zachwycił i zredefiniował teledysk jako pełnoprawne widowisko. Twórczość Jacksona pokazywała nam wyraźnie, w jaki sposób muzyka popularna miała być konsumowana: muzycznie, tekstowo, choreograficznie, wizualnie.

Dyskusja trwa

W 2026 roku twórczość Michaela Jacksona nie przestała działać – nadal robi to bezbłędnie. Nie zmienia to jednak faktu, że niemal równolegle istnieje kontekst, którego nie da się po prostu wyłączyć. Oskarżenia o molestowanie dzieci, Leaving Neverland, kolejne debaty o moralnej odpowiedzialności odbiorcy sprawiły, że Jackson stał się nie tylko artystą, ale także jedną z najtrudniejszych odpowiedzi na pytanie: czy można oddzielić twórczość od twórcy?

Jedni powiedzą: trzeba. Dzieło istnieje osobno, wpływ pozostaje niezaprzeczalny. Dla drugich każda kolejna celebracja jego dorobku bez pełnego kontekstu staje się próbą kulturowego wyparcia. Michael (przynajmniej według wielu recenzentów) wybiera wersję bezpieczniejszą, skupioną bardziej na wielkości niż na rozdarciu. Soundtrack robi nam coś podobnego, jednocześnie podskórnie przypominając, dlaczego ta dyskusja jest tak trudna. Nie chodzi o czysty zachwyt albo kategoryczne potępienie. Moje myśli kręcą się raczej wokół dyskomfortu współistnienia dwóch prawd: można uznawać czyjąś artystyczną rewolucyjność i jednocześnie nie chcieć uciekać od pytań o człowieka.

Z prawnego punktu widzenia Michael Jackson zmarł jako osoba, której nie skazano za przestępstwa seksualne wobec dzieci i która w 2005 roku została uniewinniona we wszystkich postawionych mu zarzutach karnych. Społecznie i kulturowo jego dziedzictwo pozostaje głęboko spolaryzowane, bo nawet wspomniane uniewinnienie nie zakończyło publicznej, trwającej do dziś debaty.

Być może właśnie dlatego soundtrack Michael działa mocniej, niż można było przypuszczać. Nie tylko przypomina, jak ogromny wpływ Jackson wywarł na muzykę popularną, ale stawia nas również w niewygodnym miejscu – pomiędzy zachwytem a zawahaniem, pamięcią o rewolucji a świadomością wszystkiego, co przyszło później. Dziś największym wyzwaniem nie jest odpowiedź na pytanie, czy Michael Jackson był geniuszem, bo skala jego wpływu jest niezaprzeczalna, ale to, co jako świadomi odbiorcy zrobimy z wiedzą, że nawet najjaśniejsze ikony nie świecą wyłącznie własnym blaskiem.

 

Michael

reż. Antoine Fuqua

USA, Wielka Brytania 2026

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 20/2026