Dwóch zabitych Nigeryjczyków, czterech obywateli Etiopii, setki pobitych, zamknięte sklepy w centrach dużych miast – to obraz ostatnich tygodni w Republice Południowej Afryki. Władze biją na alarm. Prezydent Cyril Ramaphosa, jak dotąd, musiał się gęsto tłumaczyć (głównie przed Donaldem Trumpem) z napadów na farmy białych rolników; teraz dochodzi mu jeszcze kłopot z, jakby to powiedzieć, „rasizmem wewnętrznym”. Bo celem ostatnich aktów agresji są rdzenni Afrykanie – tak czarni, lub prawie tak czarni jak ci, którzy ich napadają. Na nic zdają się blednące z roku na rok slogany o powszechnym braterstwie czarnoskórych w Afryce. RPA przeobraża się w kraj wrogi obcym.
Od społecznego konfliktu do plemiennej wojny
„Jeżeli walka o mój kraj jest ksenofobią, to jestem dumny że jestem ksenofobem” – mówi jeden z uczestników marszu protestu, który 28 kwietnia przetoczył się ulicami stołecznej Pretorii, a skończył masowym wiecem przed siedzibą rządu. Podobny marsz, chyba jeszcze liczniejszy, miał miejsce dzień później w prawie sześciomilionowym Johannesburgu. Oba pochody zorganizował ruch pod nazwą March and March, co jest skrótem od wezwania: „Maszeruj, maszeruj aż do zwycięstwa”. Jak ma wyglądać zwycięstwo według jego zwolenników? Ano, byłby nim kraj wolny od przybyszów, często nielegalnych, którzy odbierają chleb rodowitym obywatelom. Sprawa zaczyna wyglądać poważnie, jeśli przypomnimy sobie, że jeden na trzech aktywnych zawodowo obywateli RPA nie ma pracy. To jeden z najwyższych wskaźników bezrobocia w skali całego świata.
Na ile można wierzyć oficjalnym statystykom, w kraju przebywa obecnie około 2,4 mln imigrantów zarobkowych, co stanowi cztery procent całej populacji RPA. Niemal wyłącznie są to przybysze z innych krajów afrykańskich. Najwięcej z sąsiednich: Lesotho, Zimbabwe i Mozambiku, zaraz po nich plasują się obywatele Nigerii, Ghany i Etiopii. I właśnie ci ostatni budzą w rodowitych mieszkańcach najwięcej złych emocji. Są kulturowo odleglejsi od sąsiadów, a zatem łatwiejsi do stygmatyzowania. Nadto wielu z nich, obdarzonych handlową żyłką, założyło sklepy i sklepiki w Johannesburgu, Pretorii czy Durbanie. Ich prawdziwy czy też rzekomy dobrobyt kłuje w oczy rodowitych, którzy często nie mogą nawet marzyć o ustabilizowanej egzystencji.
Oczywiście nie wszyscy są nielegalnymi przybyszami; z pewnością nie są nimi właściciele sklepów, które przecież muszą uzyskać koncesję. Ale w oczach rodowitych nie ma to znaczenia. Tym samym konflikt socjalny płynnie przeistacza się w etniczny. Na marszach w Pretorii i Johannesburgu ubrani w tradycyjne stroje wojownicy tańczyli i śpiewali pieśni zachęcające do mordowania wrogów. Jeszcze niedawno byli nimi Burowie – biali osadnicy, teraz obiektem nienawiści są inni czarni Afrykanie.
Repatriacja jako rozwiązanie?
Mniej więcej od dwóch lat March and March i bliźniacza ideowo organizacja Operation Dudula (to słowo znaczy „wypędzenie” w języku zuluskim) zakładają pikiety przed szpitalami i szkołami, sprawdzając tożsamość wchodzących. Imigranci, według nich, nie mają prawa do korzystania z państwowych usług socjalnych. W listopadzie Sąd Najwyższy RPA orzekł, że aktywność pikiet łamie prawa człowieka, więc jest nielegalna.
Przed kilkoma napastowanymi szkołami pojawiły się uzbrojone w pleksiglasowe tarcze służby porządkowe, doszło do zwyczajowych przepychanek z demonstrantami. Największe starcie miały miejsce przed Addington Primary School w Durbanie, gdzie – jak twierdzili inicjatorzy protestu – 90 proc. uczniów to dzieci imigrantów. Nie pomogło wyjaśnienie kierownictwa placówki, że tak naprawdę jedynie co trzeci uczeń jest dzieckiem przybyszów. W rzeczywistości, w skali całej RPA, uczniowie imigranckiego pochodzenia stanowią zaledwie niecałe dwa procent szkolnej populacji, co stanowi odsetek dwukrotnie mniejszy od procentu imigrantów w społeczeństwie. Ksenofobia rządzi się jednak osobną matematyką.
Zagrożone są też imigranckie sklepiki, które padają ofiarą plądrowania przy każdej większej okazji do rozróby. Doszło do tego, że przed ostatnimi demonstracjami w Pretorii i Johannesburgu władze oficjalnie zwróciły się do właścicieli punktów handlowych (także prowadzonych przez rodowitych), by w czasie pochodu zamknęli interes na sztaby i nie wychodzili na zewnątrz.
Największa sensacja wybuchła jednak w tydzień po manifestacjach, kiedy to rząd Nigerii – kraju, którego obywatele padli ofiarami ostatnich zamieszek – formalnie wezwał swoich obywateli do... repatriacji z RPA. Nie wiadomo, jaki realny skutek odniesie to wezwanie, na razie jednak istotnie południowoafrykańscy Nigeryjczycy masowo zapisują się na listy wyjazdowe.
Mamroty won, dzieci zostają
Nieco osobnym przypadkiem jest sytuacja w prowincji KwaZulu-Natal – jedynej prowincji RPA, która jest monarchią. Rządzi tam stara, bo kilkusetletnia dynastia Inkosi, zuluskich królów. Bo KwaZulu-Natal w ponad 80 proc. zamieszkują Zulusi, jeden z 11 narodów, których języki uznane są w RPA za urzędowe. Inne narodowości, porozumiewające się między sobą głównie po angielsku, zgrupowane są w czteromilionowej aglomeracji Durbanu. Mniejsze miasta i wieś są prawie wyłącznie zuluskie.
Do 1994 roku, czyli do upadku apartheidu, obecna prowincja podzielona była na dwie: Natal, założony jeszcze przez wolnych Burów, był „normalną”, otwartą prowincją, zamieszkałą przez białych i czarnych; KwaZulu natomiast był bantustanem, czyli rezerwatem ludności miejscowej – w tym przypadku zuluskiej. Zulusi, zasadniczy komponent zjednoczonej prowincji, zabiegają o zmianę jej nazwy: według nich powinna się nazywać po prostu KwaZulu, kraina Zulusów. Przeciw temu oponują mniejszości, głównie multietniczny Durban, obawiając się, nie bez racji, że będzie to krokiem do proklamowania narodowego państwa i secesji z RPA.
Wiedząc to wszystko można zrozumieć, dlaczego ruch antyimigrancki ma w KwaZulu-Natalu dodatkowe zabarwienie: miejscowi niechętni są nie tylko przybyszom z Nigerii czy Etiopii, ale nawet tym, którzy urodzili się na terenie RPA, lecz w niezuluskich prowincjach.
Król Misuzulu kaZwelithini, od pięciu lat miłościwie panujący nad KwaZulu-Natalem, uczestniczył niedawno w obchodach rocznicy bitwy pod Isandlwaną, gdzie 22 lutego 1879 roku zuluscy wojownicy wybili do nogi brytyjski korpus ekspedycyjny. Przy okazji powiedział, że wszyscy kwerekwere powinni się wynieść z jego królestwa. Nawet ci, którzy pożenili się z miejscowymi i mają dzieci. Te oczywiście powinny pozostać.
Kwerekwere to u Zulusów szydercze określenie ludzi mówiących obcym akcentem, mamroczących, więc chyba dobrym spolszczeniem będzie tutaj „mamroty”. Wypowiedź monarchy zyskała ogólny poklask. KwaZulu-Natal dba o swoją tożsamość w wielokulturowej RPA, i jest to, w ogólnej skali, dobra tendencja. Gorzej, gdy zuluska tożsamość przybiera, delikatnie mówiąc, niemiłe rysy twarzy.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!














