Nie byliśmy piekłem chłopów

Czego uczy młodych Polaków Kamil Janicki, zachęcający do likwidacji święta 3 maja: szacunku dla prawdy czy pogardy dla przeszłości własnego narodu? Spróbujmy wyważyć ocenę.
Czyta się kilka minut
Jan Piotr Norblin, Chłop przy robocie w XVIII w.; Jan Piotr Norblin, Chłopka lubelska w XVIII w. | fot. Wikipedia
Jan Piotr Norblin, Chłop przy robocie w XVIII w.; Jan Piotr Norblin, Chłopka lubelska w XVIII w. | fot. Wikipedia

Nurt rewizjonistyczny w polskiej historiografii oraz publicystyce przeżywa obecnie renesans. Za komunistów walenie jak w bęben we wszelkie rodzime formacje ustrojowe, które poprzedzały PRL, było domeną oficjalnej propagandy; dlatego nieoficjalna, oddolna krytyka owego obszaru historii była przez czytającą część społeczeństwa traktowana podejrzliwie. Rok 1989 przełamał te bariery, odtąd nikt już nie cenzurował dziejowej wykładni, zaś prace krytyczne, podważające utrwalone opinie, powinny były odtąd być przyjmowane jedynie z poklaskiem – jako niezależne i otwarte na prawdę. Tak było w teorii, praktyka nieco od tego odbiegała, ale nie o tym będzie ten tekst.

W ostatniej dekadzie pojawił się nurt historyczny, którego promotorzy pragną odbrązowić tradycyjny wizerunek dawnej Rzeczypospolitej, tworzony przez przedstawicieli klas posiadających. Teraz przyszła pora na inną perspektywę: punkt widzenia ludzi stanowiących, w pokoleniach naszych przodków, zdecydowaną większość społeczeństwa. Chłopów.

Czołowym przedstawicielem tego nurtu jest Adam Leszczyński, autor monumentalnej Ludowej historii Polski. Obok tej „drogi” biegnie, węższa, lecz równie istotna „ścieżka” genderowa – tu wymieńmy Chłopki Joanny Kuciel-Frydryszak. Krytyka ustroju dawnej Polski jest tutaj ostra, bywa że, paradoksalnie, ostrzejsza nawet niż onegdajsze prace marksistów, skażone urzędową poprawnością. Ale chyba tak właśnie powinno być. Z niektórymi tezami Leszczyńskiego można polemizować, ale jest to z pewnością przeciwnik wysokiej klasy.

Jest jednak ciemniejsza strona owego zjawiska. Historycy i publicyści (bardziej ci drudzy) należą już do pokolenia, które nie pamięta prawdziwej polskiej wsi. Dlatego niektórzy z nich mają skłonność do formułowania osądów w sposób apodyktyczny i nieco oderwany od realiów epoki. Najlepszym przykładem „grzechu” tych historycznych ocen jest zrównywanie, w praktyce, statusu polskich chłopów pańszczyźnianych z czarnoskórymi niewolnikami w stanach amerykańskiego Południa. Z pewną dozą złośliwości można powiedzieć, że autorzy ci życie codzienne poddanych naszej szlachty wyobrażają sobie na wzór filmów, obficie produkowanych w Hollywood.

Niewolnik a poddany to różnica

Kamil Janicki, którego najważniejsza książka nosi tytuł Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa, nie pozostawia nam wątpliwości. Bardziej jednak niż autor książek Janicki prezentuje się obecnie jako youtuber. Jego kanał Wielka Historia ma prawie 200 tys. subskrybentów. Ale internetowa popularność ma swoją cenę: tym więcej kliknięć, im mocniej przywalisz. I Janicki przywala, nie troszcząc się zbytnio o umiar i rozsądek historyka.

Ostatni odcinek Wielkiej Historii przywołuje uwagę tytułem Rocznica, która szydzi z milionów Polaków. Najwyższa pora zlikwidować święto 3 maja. Mocno. Janicki zajmuje się stosunkiem twórców Konstytucji do sprawy chłopskiej. Konkluzja brzmi jasno: pozornie reformatorska, Konstytucja 3 maja tylko „utrwalała koszmar”, w jakim przyszło żyć zdecydowanej większości mieszkańców Pierwszej Rzeczypospolitej. I jako taka jest w istocie „symbolem niewoli, braku perspektyw i zawiedzionych nadziei”.

Zajmijmy się po kolei jego argumentami. Pierwszy, niejako wyjściowy, to wspomniana już kwestia „niewolnictwa” polskich pańszczyźnianych. Janicki, choć tego nie robi, mógłby podeprzeć się głosami czołowych publicystów epoki, od króla Stanisława Leszczyńskiego począwszy, aż do księży Staszica i Kołłątaja. Mężowie ci, w swoich pismach, użalali się nad „niewolnictwem” szlacheckich poddanych. Jednak były to, uwaga, głosy nie analityków, opatrujących adekwatnymi słowami sytuację społeczną, lecz moralistów. Jako oburzeni moraliści, ludzie ci mieli święte prawo, nawet obowiązek, tak pisać. Co bynajmniej nie znaczy, że polscy chłopi mieli naprawdę status niewolników. Tego terminu nie należy traktować dosłownie – co, niestety, czyni dziś wielu, reprezentujących młodsze pokolenia Polaków.

Rozporządzali własną wolą

Pokrótce: niewolnicy w USA czy Brazylii byli, w pełnym sensie tego słowa, własnością swoich panów. Polscy chłopi pańszczyźniani, choć pańscy poddani, własnością panów nie byli – tak jak szlacheccy poddani króla nie byli przecież jego „własnością”. Jednak Janicki w swojej audycji kilkakrotnie i z premedytacją tak właśnie polskich chłopów nazywa: byli „własnością panów”. Tym samym zamazuje zasadniczą różnicę.

Niewolnik nie posiadał własności. Chłopscy poddani, choć „przypisani do ziemi”, a zatem zniewoleni przymusem zamieszkania na terenie majątku dziedzica, też jej formalnie nie mieli. Janicki ma więc teoretycznie rację, kiedy lakonicznie stwierdza, że „chłopi nie mieli prawa posiadać ziemi”, co zresztą stanowi jego najpoważniejszy zarzut wobec warstwy szlacheckiej. Ale praktyka była inna, a Janicki przecież wydaje się owej „życiowej praktyki” najgorętszym orędownikiem. W praktyce, w olbrzymiej większości przypadków, chłopi byli jednak gospodarzami swoich domów i zagonów. Mogli też, wbrew temu, co głosi Janicki, przekazywać testamentem majątek swoim synom. Pan z dworu, owszem, musiał udzielić im na to zgody, ale panowie z reguły taką rytualną zgodę swoim poddanym dawali. No, chyba że trafił się im pan – wyjątkowa kanalia. A tacy, niestety, zawsze się zdarzali. Taki układ jest raczej specyficzną formą dzierżawy, zaś specjaliści mogą tu mówić o „własności użytkowej”. Lecz z całą pewnością nie oznacza on niewolnictwa.

Podobnie ma się sprawa z zawieraniem małżeństw. Tu też potrzebna była zgoda dziedzica, lecz chyba mało który z panów chciałby tu celowo i niepotrzebnie zadrażniać relacje z poddanymi. Polskie pieśni ludowe pełne są skarg młodych dziewcząt, wydanych wbrew woli za starszych wiekiem gospodarzy. Ale nigdy przecież nie przymuszał ich do tego „pan”, zawsze ojciec lub matka.

Demagogia

Porównywanie pańszczyzny z niewolnictwem również jest grubym nadużyciem. Pańszczyzna była ciężkim, to prawda, obowiązkiem odpracowywania kilku dni w tygodniu na rzecz dworu. Resztę dni roboczych chłop-rolnik wykorzystywał na własne potrzeby. Prawdą jest także, że system pańszczyźniany stopniowo się degenerował, w XVIII stuleciu doprowadzając swoimi rozmiarami do niekłamanego wyzysku ogółu klasy chłopskiej. Jednak tylko część gospodarzy pańszczyzna doprowadziła do ruiny. Jest to oczywiście wielkim zarzutem wobec systemu pańszczyźnianego, nie można go jednak porównywać z ustrojem, w którym niewolnik, jako wytwórca, nie miał, i to z definicji, żadnych możliwości rozporządzenia wytworami własnej pracy. Tymczasem pewna, owszem, mniejsza część polskich chłopów (kmiecie) nawet w systemie pańszczyzny potrafiła dojść do ekonomicznej stabilizacji, a nawet do dostatku. Nie mówiąc już o tym, że pańszczyzna i poddaństwo obejmowały nie wszystkich – mniej więcej co szósty z chłopów był wolnym rolnikiem.

Janicki świadomie lekceważy reformatorskie dokonania ojców Konstytucji 3 maja, Staszica i Kołłątaja, którzy proponowali zamianę pańszczyzny na czynsz. Według niego „to realnie nie była żadna pomoc, ale jeszcze większe obciążenie”. To już, niestety, czysta demagogia. W systemie pańszczyzny chłop musiał „odbębnić” swoje, dajmy na to, cztery dni w tygodniu dla pana, aby przez pozostałe dwa (z wyjątkiem niedzieli) móc wyżywić własną rodzinę. Dla niego oczywistą korzyścią była zmiana, w której należność dla dworu mógł jednorazowo opłacić, dwór zaś przestał go okradać z większości czasu, potrzebnego na uprawianie roli. Potwierdzają to przypadki wszystkich państw, które taką reformę przeszły. Zaś robienie ze Staszica i Kołłątaja krwiopijców, którzy pod pretekstem reform chcieli tylko utrwalić własne dochody jako posiadacze ziemscy, jest krzywdą wyrządzoną ich pamięci.

Podobnie demagogiczne jest twierdzenie, że XVIII-wieczna Polska była krajem „najuboższym”, a do tego „najbardziej represyjnym” (dla chłopów) na całym kontynencie. Tym ulubionym hasłem posługiwali się nasi zaborcy. Jak wyglądała prawda? Z braku miejsca weźmy tylko przykład chłopskich ucieczek za granicę państwa. Janicki mówi o „masowym zbiegostwie do Rosji”, tymczasem wszyscy poważni historycy, z Adamem Leszczyńskim włącznie, zgadzają się co do tego, że położenie rosyjskich chłopów było bez porównania gorsze niż włościan polskich. Tam naprawdę można mówić o realnym niewolnictwie. W rzeczywistości chłopi uciekali w różne strony: z Rosji i Prus do Polski oraz vice versa. A także z różnych powodów.

Otwarcie furtki

I wreszcie podstawowy zarzut Janickiego do twórców Konstytucji: oni wcale nie chcieli w niczym ulżyć chłopskiej doli, ich intencją było jedynie przystosowanie wyzysku do nowej sytuacji politycznej – i utrwalenie niesprawiedliwego systemu. Tak grube oskarżenie jest, przyznajmy, najtrudniejsze do odparcia. Kiedy się bowiem czyta jej artykuły, tam gdzie mówią one o warstwie włościańskiej, takie właśnie wrażenie można odnieść. Tyle że byłby to wniosek wąsko literalny, nieuwzględniający politycznego i historycznego kontekstu. Toteż Janicki ów kontekst pomija, zwyczajnie odsuwając go na bok niedbałym ruchem ręki.

Polska Anno Domini 1791 znajdowała się na progu całkowitego upadku jako państwo. Aby temu zaradzić, w ostatniej możliwej chwili trzeba było otworzyć furtkę dla przyszłych zmian. Dla Janickiego mgliste obietnice, dane przez Konstytucję chłopom, były tylko mydleniem oczu – jednak mężowie stanu, którzy redagowali jej artykuły, doskonale zdawali sobie sprawę, że teraz rzeczą pierwszej wagi jest powszechna społeczna mobilizacja, zarówno szlachty, mieszczan, jak i chłopów. I nie da się jej osiągnąć przez jakiekolwiek zmiany rewolucyjne. Te, przeciwnie, ostatecznie tylko by polskie reformy pogrzebały.

Instynkt polityczny naszych dziadów i pradziadów podpowiadał im, że pamięć o Konstytucji 3 maja jest nieodłączna ze wspomnieniem insurekcji Kościuszki, która dokonała się trzy lata później. A insurekcja - to przecież także uwalniający włościan Uniwersał połaniecki. Furtkę, uchyloną w stronę reform, gwałtownie zamknięto przy użyciu obcych wojsk. Ale to już nie nasza wina.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 20/2026