Krzyż pod młotem

Chrześcijanie południa Libanu samym faktem swojego istnienia i trwania pokazują, że obecna wojna nie jest konfliktem tak klarownym, jakby tego chciała propaganda Izraela.
Czyta się kilka minut
Figura św. Szarbela, maronickiego duchownego, mnicha i pustelnika, przed zniszczonym w izraelskim ataku budynkiem mieszkalnym w zamieszkanym głównie przez chrześcijan mieście Ain Saadeh nieopodal Bejrutu, 6 kwietnia 2026 r.
Figura św. Szarbela, maronickiego duchownego, mnicha i pustelnika, przed zniszczonym w izraelskim ataku budynkiem mieszkalnym w zamieszkanym głównie przez chrześcijan mieście Ain Saadeh nieopodal Bejrutu, 6 kwietnia 2026 r.

Debel to po aramejsku, w języku dawnych mieszkańców Libanu, „zagajnik uschniętych fig”. Nazwa tego miasteczka obiegła światowe media po opublikowaniu zdjęcia, na którym żołnierz sił zbrojnych Izraela (IDF) niszczy młotem twarz Chrystusa – na zdjętej z krzyża i odwróconej do góry nogami figurze. Włosi z pobliskiej jednostki sił pokojowych UNIFIL umieścili tam nowy krucyfiks, zaś wandal w mundurze IDF został – podobno – skazany na areszt. Pozostało pytanie: skąd w sercu krainy, będącej dotąd matecznikiem szyickiego Hezbollahu, chrześcijańskie symbole? I skąd w ogóle wzięli się tam chrześcijanie, którzy, jak wynika ze skąpych wiadomości zza linii frontu, nadal pozostają w głębi strefy, z której Izrael ewakuował rzekomo wszystkich cywilów?

Chrześcijańska wyspa

Kto odwiedzał tamte tereny przed wojną, ten wie, że krzyże stały tam nie tylko w centrum miasteczka, ale i na okalających je pagórkach. Debel to bowiem jedno z trzech chrześcijańskich ni to wiosek, ni miasteczek, położonych na południu Libanu, tuż obok izraelskiej granicy. Czyli w samym centrum obecnej wojny z Hezbollahem. Debel, Rumajsz i Ain Ebel tworzą tam swoistą wyspę, okoloną morzem szyickich osad.

Porównanie do morza jest o tyle trafne, że osady szyitów stoją puste. Gdy 2 marca, dwa dni po ataku na Teheran, armia Izraela rozpoczęła bombardowanie południowego Libanu, jej dowództwo nakazało mieszkańcom opuszczenie zagrożonych rejonów. Olbrzymia większość cywilów – milion ludzi mieszkających na południe od rzeki Litani – z konieczności posłuchała tego wezwania i uciekła na północ, w kierunku Bejrutu lub doliny Bekaa. Byli to prawie wyłącznie szyici, albowiem to oni zamieszkują głównie południowe prowincje kraju. Jednak z Debel, Rumajsz i Ain Ebel (w sumie dwa tysiące rodzin) uciekło niewielu. Większość pozostała na miejscu, argumentując, że są chrześcijanami, więc wojna Izraela z szyickim Hezbollahem ich nie dotyczy. Mają prawo tu pozostać – jako obywatele Libanu. Hezbollah toczy przecież walkę nie w imieniu ich kraju, lecz Iranu. Chrześcijanie z trzech miasteczek nie zdradzają więc ojczyzny, nie dzieląc losu z potokiem szyickich uchodźców. Koniec końców są u siebie, ich domy zamieszkiwali od pokoleń ich chrześcijańscy przodkowie.

W teorii wszystko się zgadza, jednak praktyka wojny, jak zwykle, idzie swoją drogą. Dla IDF, pragnących wykorzenić Hezbollah z jego gniazda, obecność jakichkolwiek cywilów w strefie walk, niezależnie od ich wyznania, stwarza oczywisty kłopot. W domach sąsiednich, szyickich wiosek nadal ukrywają się bojownicy Hezbollahu, więc chrześcijanie narażeni są na ostrzał z obu stron. A ewentualne ofiary cywilne obciążą przed światem moralne konto okupanta, czyli Izraela. To normalna kolej rzeczy. Owo oficjalne wyjaśnienie nie tłumaczy jednak wszystkiego. Wielu oficerów i żołnierzy IDF cechuje antyarabski szowinizm. A przecież chrześcijanie trzech miasteczek mówią po arabsku, jak ich szyiccy sąsiedzi. Muzułmanin czy chrześcijanin – jaka to różnica? To jeden i ten sam arabski wróg…

ołnierza niszczącego krzyż w miasteczku Debel bardzo szybko obiegło cały świat fot. Houssam Shbaro/ Anadolu/Getty Images, ANWAR AMRO/AFP/East News

Jak to na Bliskim Wschodzie…

Chrześcijanie byli tu od zawsze. Ich pogańscy przodkowie mieszkali tu jeszcze za czasów Kanaanu. Podobnie zresztą jak przodkowie ich szyickich sąsiadów. Wiara, która rozdzieliła jednych i drugich, to późniejsza historia. Co wcale nie znaczy, że każdą w tych wiosek zamieszkiwali zawsze ci sami ludzie. To przecież Lewant, Bliski Wschód – tutaj prawie co pokolenie ktoś puszcza z dymem odbudowujące się osady. Jedni odchodzą, inni przychodzą na ich miejsce. Ale na ogół tak się dzieje, że chrześcijanie wolą się osiedlać na zgliszczach wiosek chrześcijańskich, zaś muzułmańscy osadnicy wolą stawiać na nowo domy w wioskach opuszczonych przez pobratymców w islamie. Generalnie zatem mapa osad chrześcijańskich i muzułmańskich nie zmienia się od wieków.

Maronici, katolicy i jednocześnie największe chrześcijańskie wyznanie Libanu, przybyli tu w końcu XVIII wieku od strony Bejrutu, osiedlając się w miejsce prawosławnych, wybitych lub wypędzonych podczas krajowych zamieszek. Ain Ebel stało się nawet lokalnym centrum misyjnym, z którego maroniccy duszpasterze docierali do chrześcijańskich wiosek i miasteczek z palestyńskiej Galilei, w dzisiejszym Izraelu.

Współżycie z okolicznymi szyitami układało się różnie, jak to na Bliskim Wschodzie. Czasem dochodziło tu do wzajemnych walk, na co dzień przeważała jednak rzeczywistość koegzystencji. Szyici z sąsiedztwa zaglądali do trzech miasteczek, korzystając z usług maronickich kupców i rzemieślników. Ci młodsi rozglądali się przy okazji za co urodziwszymi maronitkami. Lokalny obyczaj w zasadzie nie uznaje małżeństw międzywyznaniowych, lecz w praktyce dopuszcza związki między szyickim chłopakiem a chrześcijańską dziewczyną. Kobieta po ślubie może pozostać przy swojej wierze.

Szyicka wioska Hanin leży w połowie drogi z Debel do Rumajsz. Po rakietowym ataku Izraela opuścili ją mieszkańcy, pozostali tam jednak bojownicy Hezbollahu. Gdy 16 marca na libańskie pogranicze wjechały izraelskie czołgi i wkroczyła piechota IDF, zrujnowane domy trzeba było jeden po drugim zdobywać.

W miesiąc później do Rumajsz dowlókł się ranny bojownik Hezbollahu, jeden z ostatnich. W miasteczku wszyscy go znali, to syn gospodarza z Haninu. Być może jeden z tych, którzy co tydzień zachodzili do osady, by pogwarzyć z maronickimi dziewczętami. W pościgu za rannym pojawił się patrol IDF, z żądaniem wydania zbiega. Nie nasza wojna, to prawda – zastanawiali się starsi. Jednak to tutejszy, nasz człowiek. Jak tu go wydawać polującym nań żołnierzom? I Rumajsz solidarnie odmówiło. Trwało to dwa dni, podczas których IDF groziło mieszkańcom ostrzelaniem wioski. W końcu ranny chłopak, nie chcąc wywołać zbiorowej tragedii, sam się zgłosił na izraelski posterunek.

Realia wojny

Kiedy to się działo, od dwóch tygodni obowiązywał rozejm, zawarty pod auspicjami USA między Izraelem a libańskim rządem. Formalnie Liban nie jest stroną w tej wojnie, Hezbollah walczy nie w jego imieniu. Jednak słaby libański rząd, nie mając wpływu na wydarzenia na południu kraju, wolał w tym przypadku dogadać się bezpośrednio z siłą, która próbuje wyeliminować najważniejszy czynnik antypaństwowy Libanu, czyli właśnie Hezbollah. Bejrutowi chodzi o to, by regularna libańska armia mogła powrócić na południe, dotąd kontrolowane przez proirańskie bojówki. I przede wszystkim chodzi mu o zapewnienie bezpiecznego powrotu do domów milionowi uchodźców. Bo szyici południa kraju to przecież także libańscy obywatele. I nie każdy szyita wspiera Hezbollah.

To jednak i w tym przypadku także teoria. Trzy tygodnie po tym, jak prezydent Donald Trump ogłosił światu, że „zakazuje” Izraelowi nalotów oraz artyleryjskiego ostrzału południa Libanu, IDF przystąpiło do zmasowanych ataków na ostatnie bastiony Hezbollahu. Nadal burzone są domy i giną cywile – także ci, którzy powrócili. Giną libańscy ratownicy służb medycznych, poszkodowani są także pierwsi żołnierze armii Libanu, którzy w myśl porozumienia z Izraelem zaczęli obejmować rejony na południe od Litani. Izrael chce za wszelką cenę, raz na zawsze, pozbyć się problemu z Hezbollahem. Czy to mu się uda? Nie wiadomo. Pewne jest natomiast, że realia wojny, jak zwykle, wygrywają z dobrymi chęciami negocjatorów. To przecież Bliski Wschód.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 19/2026