To wydanie „Przewodnika Katolickiego” dotrze do rąk czytelników w przeddzień spotkania papieża z libańską młodzieżą. To prawdopodobnie najbardziej interesujący akcent apostolskiej podróży Leona XIV. Co powie papież młodym ludziom w kraju, który – jak się wydaje – utracił już nadzieję bezpiecznej egzystencji? Tego jeszcze nie wiemy, ale idę o zakład, że będzie to długo komentowaną niespodzianką. Dla Leona XIV wizyta w jedynym chrześcijańskim kraju Bliskiego Wschodu jest przecież z pewnością czymś istotnym, a nie tylko pobocznym przystankiem przy okazji odwiedzin w Stambule i starożytnej Nicei.
Jesteśmy nie z tego świata
Wizyta w Libanie odbędzie się pod znakiem świętego Szarbela. Swoje pierwsze kroki w tym kraju – nie licząc rutynowych spotkań z przedstawicielami władz politycznych i kościelnych – Leon XIV skieruje bowiem do podbejruckiego monasteru Annaja, gdzie znajduje się grób owego XIX-wiecznego pustelnika i cudotwórcy. Zdaję sobie sprawę, że użycie wieloznacznego słowa „cudotwórca” jest ryzykowne w piśmie kościelnym. Jednak nie mam lepszego terminu na określenie tego, co zdziałał i co nadal czyni Szarbel Machluf w katolickim świecie.
Urodził się w 1828 roku w ubogiej maronickiej wiosce na stokach gór Libanu. Warto tę datę przypomnieć, jeśli się kojarzy, że kilka dolin dalej, w monasterze Ghazir, sąsiadem dziewięcioletniego Jusufa (świeckie imię Szarbela) był Juliusz Słowacki. Nasz bohater dość wcześnie wybrał monastyczną drogę, ku rozpaczy rodziny, w której po śmierci ojca brakowało żywicieli. Szarbel jednak, choć kochał matkę i rodzeństwo, był zdecydowany odejść. „Jesteśmy nie z tego świata. Gdybyśmy z niego byli, to byśmy na nim zostali” – powiedział przy okazji zgonu jednego z kuzynów, ale tę refleksję chyba można rozszerzyć także na cały obszar życia w ludzkiej wspólnocie. Jesteśmy po to, by pracować dla jej dobrobytu – jednak mimo wszystko nie jest to nasz cel ostateczny. Dojrzała myśl, jak na młodzika.
By odpędzić pokusy życia „w świecie”, młody Szarbel wybrał Annaję, monaster odległy o kilka dolin od rodzinnej wioski. W przyklasztornej pustelni spędził następne kilkadziesiąt lat życia. Tymczasem wokół toczyły się codzienne ludzkie sprawy, które docierały nawet za mury monasteru. Maroniccy bracia włączyli się do akcji oporu przeciw tureckim okupantom. W tym czasie Szarbel trwał w swoim odosobnieniu, przypominając tylko, by w walce ze złem nie odpłacać przeciwnikowi podobną monetą. Gdy przychodzili doń ludzie z wiosek – najpierw najbliższych, potem coraz dalszych – prosząc go o pomoc w kłopotach, trapiących ich rodziny, on nadal trwał w czterech ścianach izdebki, modląc się tylko w skupieniu. I to działało. Ludzie przybywali doń już nie tylko z prośbami, lecz w poczuciu wdzięczności.
Umarł w 1898 roku w aurze świętości. I na tym można by zakończyć tę biograficzną notkę. Tak żyło wielu pobożnych mnichów na Wschodzie i Zachodzie. Jednak niewielu z nich jest dzisiaj powszechnie czczonych na wszystkich zamieszkałych kontynentach. Także w Polsce. Bo Szarbel najsilniej oddziaływać zaczął właściwie dopiero po swojej śmierci – dzięki ewidentnym cudom, jakie działy się i dzieją wokół jego grobu. Dlatego odważyłem się na słowo „cudotwórca”. Kto chce wiedzieć więcej, ma na ten temat łatwo dostępną literaturę.
Klajster kruchej państwowości
Liban, do którego przyjeżdża papież, to kraj skrajnie odległy od poczucia stabilności. Znajduje się jakby na krawędzi losu, z której stoczyć się może ku ostatecznemu chaosowi i unicestwieniu – ale może też nareszcie wejść na upragnioną drogę pokoju i dobrobytu. Oba scenariusze są równie prawdopodobne.
Do 1975 roku postrzegany był (zgoda, że może przez lekko różowe okulary) jako oaza spokoju i bezpieczeństwa w notorycznie zapalnym regionie. Niewielki kraj śródziemnomorski, gdzie w zgodzie współżyją ze sobą różne wspólnoty religijne, złączone jedynie językiem arabskim oraz poczuciem życia w wolności od dużych, centralistycznie zarządzanych sąsiadów. W dodatku „wschodnie Monte Carlo”, gdzie można było robić dobre interesy. To wszystko skończyło się wojną domową, rozpoczętą z powodu obecności w Libanie uchodźców z Palestyny. Wojna trwała 15 lat i nie ma sensu wymienianie, kto z kim walczył – bo w różnych etapach walczyli wszyscy ze wszystkimi.
Liban po 1990 roku był już zupełnie innym krajem, wycieńczonym fizycznie i moralnie długotrwałym konfliktem. To już nie jest „oaza”, nikt z wielkich tego świata nie chce tutaj inwestować. A fatalną dominantą tego smutnego okresu był wybuch w bejruckim porcie, który w 2020 roku zdewastował spore partie stolicy.
Maronici, jeden z katolickich Kościołów wschodnich i największa wspólnota religijna Libanu, stracili w ciągu tego piętnastolecia swoją dominującą pozycję. Nie na tyle przecież, by nie móc nadal odgrywać roli klajstra, zespalającego w jedno kruchą libańską państwowość.
Pozwólcie nam odejść z godnością
Na przeciwległym od maronitów biegunie można umieścić libańskich szyitów. Przez pokolenia reprezentowali oni najuboższe kręgi społeczeństwa, a przez to najbardziej podatne na rewolucyjne hasła. Można powiedzieć, że szyici, w odróżnieniu od maronitów, najbardziej „zyskali” na minionej wojnie. Wyprzedzili maronitów pod względem liczebności, co więcej, pod opieką szyickiego Iranu udało im się, na południu kraju, stworzyć własne państewko, nominalnie tylko podległe państwu libańskiemu.
Panował w nim Hezbollah, walczący przez graniczną miedzę z Izraelem. Tę długą i uciążliwą wojenkę wygrał jednak Izrael, a symbolicznym akordem tego zwycięstwa było zabicie, w rakietowym ataku 27 września ubiegłego roku, lidera Hezbollahu Hasana Nasrallaha. W dwa miesiące później osłabiony nieodwracalnie Hezbollah zawarł długo oczekiwane porozumienie z libańskim rządem. Na jego mocy armia Libanu stopniowo wkracza na południe własnego kraju, rozbrajając pokojowo, jeden po drugim, posterunki Hezbollahu. Temu ostatniemu pozostawiono tam sprawy opieki socjalnej nad szyicką większością tego regionu.
Niestety wydaje się, że Izrael robi wszystko, co w jego mocy, by nie dopuścić do trwałego porozumienia dwóch największych libańskich wspólnot. 6 listopada rozpoczął ostrzał Libanu, teoretycznie po to, by wymusić na jego rządzie akcję rozbrajania Hezbollahu. Jednak gdy w trzy tygodnie potem akcja taka istotnie się rozpoczęła, izraelska armia nie zaprzestała ataków. Według ostatnich dostępnych danych zginęło w nich ponad 270 libańskich szyitów, a 850 odniosło rany. Po stronie żydowskiej nie ma ani jednej ofiary, nie jest zatem prawdą twierdzenie, że izraelski ostrzał rakietowy jest tylko odpowiedzią na ataki Hezbollahu.
W tym tunelu widać jednak światełko. Latem tego roku nowo wybrany prezydent, maronita Joseph Aoun, spotkał się z szefem sektora bezpieczeństwa Iranu Alim Laridżanim. Aoun powiedział wtedy stanowczo swojemu rozmówcy, że jedyną instytucją, która odpowiada za los szyitów w południowym Libanie, jest rząd w Bejrucie. Laridżani przełknął te słowa bez komentarza. To zupełne novum w relacjach Bejrutu z Teheranem. Do tej pory w środowisku libańskich szyitów to Iran rozdawał wszystkie karty, zaś libańskie władze mogły się temu tylko w milczeniu przyglądać.
18 listopada do Aouna przybyła delegacja Hezbollahu. Jakie przesłanie przyniosła prezydentowi? Otóż Hezbollah, świadom swojej ostatecznej przegranej, poddaje się wreszcie pod władzę legalnego rządu. Jego ludzie pragną tylko, aby ostatni etap rozbrojenia przebiegł „bez uszczerbku dla ich godności”. To chyba niezbyt wygórowane żądanie.
Tym sposobem wygaszony zostaje obszar napięcia, jakie od 1975 r. nieustannie podsycało libański konflikt i które doprowadziło do smutnego stanu, w jakim Liban obecnie się znajduje. Miejmy nadzieję, że będzie to początkiem, z pewnością niełatwej, drogi ku dobremu.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!














