Od września smartfony mają zniknąć z polskich szkół. Jednocześnie od razu przewidziano dwie możliwości ominięcia tego zakazu: gdy smartfon jest niezbędny ze względów medycznych oraz gdy jest potrzebny do wykorzystania w celach edukacyjnych.
Słuszne wyjątki?
Co do pierwszego – takie sytuacje rzeczywiście istnieją. Pojawia się jednak niebezpieczeństwo, że przypadek ten będzie nadużywany. Można sobie wyobrazić dziecko chore na cukrzycę, które korzysta z monitora poziomu cukru połączonego ze smartfonem, ale jednocześnie ma na nim zainstalowanych kilkaset innych aplikacji. W efekcie cały czas spędza online, korzystając z medycznego pretekstu. Temu akurat można w prosty sposób zapobiec. Wystarczy, by urządzenie służyło wyłącznie do obsługi aplikacji medycznej. To zwiększa też bezpieczeństwo dziecka – choćby dlatego, że znika ryzyko rozładowania się telefonu w trakcie lekcji.
Drugi wyjątek, czyli wykorzystanie smartfonów w celach edukacyjnych, w praktyce okazuje się rozminięciem się z sensem całego rozwiązania. To szkoła powinna zapewniać sprzęt potrzebny do realizacji zadań edukacyjnych, a nie wymagać, by dziecko korzystało z własnego urządzenia.
Gdyby przyjąć taką perspektywę, zmienia się sposób korzystania z technologii. Nauczyciele musieliby planować jej użycie i zastanawiać się, czy jest rzeczywiście potrzebna. Z prostej przyczyny – jeśli korzystamy z komputerów czy tabletów szkolnych, zaplanowanie lekcji wymaga ustalenia, czy sprzęt jest dostępny.
W rezultacie okazałoby się zapewne, że nie na każdej lekcji trzeba koniecznie korzystać z elektroniki. Dziś używanie różnego rodzaju quizów i zabaw edukacyjnych online jest zupełnie nieskoordynowane między nauczycielami. W rezultacie dzieci mogą mieć na każdej lekcji jakiś quiz, a po powrocie do domu nie pamiętają z tego niemal nic – poza tym, że korzystały z konkretnej aplikacji.
Czy każda lekcja musi być „cyfrowa”?
Pojawia się pytanie, na ile w ogóle sensowne jest wprowadzanie narzędzi elektronicznych na każdą lekcję. Przykład Szwecji pokazuje, że można spojrzeć na to inaczej.
Kraj ten, po okresie intensywnego wykorzystywania technologii w edukacji, wraca do podręczników drukowanych i ogranicza stosowanie tablic interaktywnych oraz różnego rodzaju uatrakcyjnień audiowizualnych. Dodatkowo od nowego roku szkolnego smartfony znikają całkowicie ze szkół podstawowych i gimnazjów. Decyzja ta wynika z analizy raportów, pokazujących, że im więcej obecności elektroniki w szkole (też wykorzystywanej do celów edukacyjnych), tym gorszy rozwój dzieci i młodzieży i gorsze wyniki edukacji.
Przykład ten jest o tyle ważny, że można usłyszeć argument, że nie zawrócimy Wisły kijem i nie ma powrotu do nauczania „analogowego” z wykorzystaniem zeszytów, piór, tablic kredowych i drukowanych podręczników. Szwecja udowodniła, że to absolutnie możliwe i przynosi konkretne korzyści.
Co mówią badania?
Na temat skutków wprowadzania zakazu korzystania z elektroniki w szkołach, szczególnie podstawowych, pojawiło się już sporo badań naukowych. Wnioski są spójne.
Gdy dzieci nie mają smartfonów w rękach, poprawiają się ich umiejętności społeczne i stan zdrowia psychicznego. Dzieci częściej wchodzą ze sobą w interakcje twarzą w twarz. Pojawia się więcej sytuacji, które wymagają rozwoju umiejętności społecznych, a jednocześnie wyraźnie spada poziom przemocy rówieśniczej. W szczególności znika jedna z najbardziej brutalnych form – nagrywanie nielubianych kolegów i koleżanek i publikowanie ośmieszających ich materiałów w internecie. To proste – zabieramy dzieciom najpotężniejsze narzędzie prześladowania.
Drugim znaczącym efektem zakazu jest poprawa wyników nauczania. Dzieci są bardziej skupione i przyswajają więcej informacji. Co istotne, badania pokazują, że nawet sama obecność smartfona – leżącego w zasięgu wzroku lub wibrującego w kieszeni – rozprasza i obniża koncentrację. Uczymy się wtedy gorzej, nawet jeśli z telefonu nie korzystamy.
Z badań nad rozpraszającą obecnością smartfonów (nawet wyciszonych) wynika to, co najważniejsze: jeśli zakaz ma działać, smartfony muszą być fizycznie nieobecne. Mogą być zamykane w szafkach lub specjalnych sejfach – takie rozwiązania są już stosowane w wielu krajach, a także w niektórych szkołach w Polsce.
Kto ma większy problem – dzieci czy dorośli?
Co ciekawe, badania pokazują, że dzieci i młodzież wcale nie marzą o tym, by być 24 godziny na dobę online. Największym problemem jest dla nich presja rówieśnicza. Oczekiwanie, by być stale dostępnym, natychmiast odpowiadać na wiadomości i niczego nie przegapić.
Gdy zakaz obejmuje wszystkich, wielu uczniów odczuwa ulgę. Znika presja ciągłej obecności online.
Problemem bywają jednak sami dorośli. Osobą wprawiającą dziecko w stan ciągłego napięcia i przyspawania do smartfona mogą być… jego rodzice. Zdarzyło mi się już rozmawiać z dziećmi, które zerkają co chwila nerwowo na smartfon w oczekiwaniu na SMS od mamy, świadome, że jeśli nie odpowiedzą od razu, mama wpadnie w panikę, że im się coś stało.
W samej szkole też bywa różnie. Istnieją nauczyciele, którzy są autentycznymi entuzjastami nowych technologii i korzystają z nich niezależnie od tego, czy jest to potrzebne, dla samej satysfakcji bycia nowoczesnym. Istnieją też tacy, którzy sami mają trudność z ograniczeniem korzystania z urządzeń, wciąż przeglądając media społecznościowe czy platformy zakupowe.
Uczniowie bardzo szybko dostrzegają brak spójności. Jeśli widzą nauczyciela korzystającego ze smartfona w czasie przerwy czy nagrywającego materiały na TikToka, uznają to za pokaz hipokryzji.
Sam zakaz nie wystarczy
Czego już możemy się nauczyć z doświadczenia coraz liczniejszych krajów, które wprowadzają ograniczenia dostępności elektroniki dla dzieci i młodzieży? Wprowadzeniu zakazu musi towarzyszyć powszechne zrozumienie, dlaczego jest on potrzebny, dlaczego codzienny cyfrowy post jest dla nas dobry. W przeciwnym razie zakaz pozostanie jedynie formalnością.
Badania pokazują, że jeśli środowisko szkolne (uczniowie, nauczyciele i rodzice) nie jest przekonane do sensu ograniczenia korzystania z elektroniki, uczniowie masowo „odrabiają straty” po szkole, spędzając jeszcze więcej czasu online.
Dlatego warto, byśmy się doedukowali. Badań pokazujących niszczycielski wpływ smartfonów i nadmiernego kontaktu z elektroniką na dzieci – ich zdrowie psychiczne, relacyjne, a nawet fizyczne – jest w tej chwili ogrom. Polecam choćby lekturę książki Epidemia smartfonów prof. Manfreda Spitzera.
Nawiązując do jego słów – czas, żebyśmy zaczęli traktować smartfony w rękach dzieci jak alkohol w rękach dzieci, czyli z przerażeniem. Właśnie dlatego trzeba tę Wisłę kijem zawracać. Przykłady innych krajów, jak chociażby Szwecji i Francji, pokazują nam, że jest to możliwe.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













