Miłość chrześcijańska czy patologiczna ofiarność?

Miłość i dobroczynność są cnotami, patologiczna ofiarność jest zaburzeniem. Z zewnątrz mogą wyglądać podobnie, jednak pewne szlachetnie wyglądające postawy w praktyce wypalają człowieka do cna.
Czyta się kilka minut
fot. Eduard Gurevich/Getty Images
fot. Eduard Gurevich/Getty Images

Z boku te dwie postawy bywają nieodróżnialne: ktoś daje, poproszony o pomoc nigdy nie odmówi, zawsze jest dla innych. Po prostu chodząca dobroć, do rany przyłóż.

A jednak często okazuje się, że ta chodząca krynica dobroci jest dramatycznie przemęczona, a pod dobrymi uczynkami kryje się bardzo konkretne cierpienie.

Anioł dobroci?

Anna, czterdziestoletnia żona i matka trójki dzieci, żyje z mężem, który naprawdę stara się być dobry, ale sam jest pod taką presją, że w domu bywa, łagodnie mówiąc, „trudny”. Do tego Anna opiekuje się swoją chorą ciocią z demencją, do której jeździ po pracy, a przed powrotem do domu. Ciocia często bywa nieprzyjemna, podejrzewa czasem Annę, że ją truje. Ale nikogo innego nie wpuszcza do domu. Anna wciąż sobie powtarza, że miłość chrześcijańska wymaga od niej poświęceń i inni przecież mają gorzej.

Udziela się też w jednej z kościelnych wspólnot. Jest właściwie osobą „od wszystkiego”: dekoracje, organizowanie spotkań, zapraszanie wykładowców, zbiórki charytatywne. Kiedy ktoś nieśmiało pyta, dlaczego na wszystko się zgadza, Anna z ujmującym uśmiechem odpowiada, że „taki ma charakter” i że „Pan Bóg powołał ją do ofiary”.

Wygląda to na pierwszy rzut oka jak ideał. A jednak Anna coraz częściej budzi się w nocy z kołataniem serca, ma problemy z zaśnięciem na nowo. Ma też trudności z koncentracją, czuje ciągłe niewytłumaczalne znużenie, poczucie niskiej energii, wręcz apatii. Ale gdyby ją zapytać, czy potrzebuje pomocy, stwierdziłaby, że nie, ze wszystkim sobie radzi, kocha pomagać innym.

Cnota kosztem zdrowia?

W ostatnich latach psychologowie zaczęli coraz precyzyjniej badać zjawisko dobroczynności, ofiarności. W pracy Scotta Kaufmana i Emila Jauka opisano dwa powiązane, ale różne zjawiska: healthy selfishness – zdrowy egoizm, oraz pathological altruism – patologiczny altruizm. Już same nazwy wywołują w wielu osobach wewnętrzny sprzeciw.

Egoizm, choćby „zdrowy”, kojarzy się fatalnie. Altruizm, choćby „patologiczny”, brzmi pozytywnie. A jednak poznanie tych zjawisk jest kluczowe, aby zobaczyć, dlaczego pewne szlachetnie wyglądające postawy w praktyce wypalają człowieka do cna.

Zdrowy egoizm w ujęciu Kaufmana i Jauka nie ma nic wspólnego z narcystycznym skupieniem na sobie czy obojętnością na cudze cierpienie. Chodzi o zdolność, by traktować własne życie, ciało, czas, emocje jako coś realnie ważnego; o prawo do odpoczynku, do proszenia o pomoc, do stawiania granic.

Osoby z wysokim poziomem zdrowego egoizmu potrafią mówić „tak” innym, ale potrafią też powiedzieć „nie”, gdy przekroczone są ich możliwości. Akceptują fakt, że ich siły są ograniczone i że nie zaspokoją wszystkich potrzeb wszystkich ludzi.

Co ciekawe, badania pokazują, że ludzie o wyższym poziomie zdrowego egoizmu są jednocześnie zdrowsi emocjonalnie, szczęśliwsi i są – paradoksalnie – w praktyce bardziej skłonni do trwałego, konstruktywnego pomagania innym. Dlaczego? Bo nie wypalają się tak szybko, nie pomagają z poziomu chronicznego przeciążenia, tylko z pozycji relatywnej stabilności.

Patologiczny altruizm jest odwrotnością tej postawy. To wzorzec, w którym człowiek systematycznie stawia potrzeby innych ponad swoje w sposób prowadzący do krzywdy zarówno dla siebie, jak i dla otoczenia. Jest w nim wiele lęku: przed odrzuceniem, przed poczuciem winy, przed tym, że „beze mnie sobie nie poradzi”, przed wizją, że jeśli „przestanę ratować”, wydarzy się tragedia. Innymi słowy – to postawa bazująca na wysokim poczuciu wewnętrznego niepokoju, niepewności. Człowiek taki bierze na siebie odpowiedzialność za emocje i wybory innych. Czuje się zobowiązany ratować ich – także przed konsekwencjami własnych wyborów.

Badania wskazują, że patologiczny altruizm idzie w parze z podwyższonym ryzykiem depresji, lęku społecznego, problemów psychosomatycznych. Jednocześnie – i to jest okrutna ironia – ta forma „pomagania” często nie tylko nie ratuje drugiej strony, ale wręcz pozwala jej dalej pogrążać się na przykład w uzależnieniu.

Żona, która dzwoni do szefa męża, żeby usprawiedliwić jego nieobecność po  ciągu alkoholowym, w praktyce staje się częścią systemu podtrzymującego jego picie. Matka, która w imię „bezwarunkowej miłości” spłaca po raz dziesiąty długi syna hazardzisty, daje mu silny sygnał, że konsekwencji i tak nie poniesie.

Jednak nawet gdy nie jest to klasyczne współuzależnienie, patologiczny altruizm ma negatywne konsekwencje. Z prostej przyczyny – nie da się być wszędzie i robić wszystkiego. Anna przesiadując godzinami u ciotki, zaniedbuje dzieci, a jej wykończony pracą mąż jeszcze pogarsza sprawę, krzycząc na nie, gdy domagają się uwagi. Jej prace w parafii są z kolei formą ucieczki przed chaosem i złą atmosferą domu. W rezultacie najbliższa rodzina coraz bardziej się od siebie oddala.

Altruizm ekstremalny

Z perspektywy badań nad altruizmem ciekawa jest jeszcze jedna rzecz. Zespół Abigail Marsh badał tzw. ekstremalnych altruistów: ludzi, którzy z własnej woli oddają nerkę obcej osobie, ryzykując własnym zdrowiem.

Można by się spodziewać, że to klasyczni patologiczni altruiści. A jednak okazało się, że w badaniach nie przypominają oni wcale tej grupy. Mają wyższą wrażliwość na sygnały cudzej krzywdy, ale jednocześnie są dalecy od niskiego poczucia własnej wartości, niepokoju, depresyjności. Wynika z tego, że prawdziwa ofiarność wymaga tego, by mieć z czego dawać. Wymaga emocjonalnych i fizycznych zasobów, poczucia sprawczości, zakorzenienia w sensie.

Drogi wyjścia

Wróćmy do Anny. Gdyby spojrzeć na jej życie przez pryzmat koncepcji patologicznego altruizmu i zdrowego egoizmu, zobaczymy dramatyczne przesunięcie w jedną stronę. Anna właściwie nie ma obszaru, w którym traktuje siebie jako kogoś ważnego. Cały jej podziwiany przez otoczenie heroizm polega w istocie na tym, że wciąż na nowo dając siebie innym, walczy z poczuciem niepokoju, bezwartościowości i przekonaniem, że myślenie o sobie jest złem.

Ciekawym, nieoczywistym przykładem jest historia mężczyzny z drugiego końca krańca skali. Nazwijmy go Piotr. Od lat oddaje anonimowo część swoich dochodów na cele charytatywne. Co kilka miesięcy jeździ do hospicjum jako wolontariusz. Nikt z jego dalszej rodziny o tym nie wie; w mediach społecznościowych nie ma ani jednego zdjęcia z chorymi dziećmi, żadnego „selfie z misji”. Na co dzień prowadzi niewielką firmę, ma żonę i dwójkę dzieci. Dba o to, by mieć wolne wieczory dla rodziny, ale też chadza na siłownię, spotyka się z przyjaciółmi.

Kiedy pewnego dnia jego wspólnota parafialna proponuje mu kolejną odpowiedzialną posługę, Piotr po namyśle odmawia. Mówi: „na tym etapie nie udźwignę więcej, muszę mieć czas dla swoich”. Robi to z lekkim poczuciem dyskomfortu, ale spokojnie. Wie, że nie jest jedyną osobą zdolną do podjęcia tego zobowiązania.

Na tym właśnie polega zdrowy egoizm. Piotr jest kimś, kto rozumie, że jego podstawowym powołaniem jest bycie mężem i ojcem i że jeśli odda tę przestrzeń na rzecz kolejnych aktywności pomagania innym, to nie będzie to już ofiara, tylko zaniedbanie.

Jak zatem budować „zdrowy egoizm”?

Kaufman i Jauk zwracają uwagę na to, że ponieważ zdrowy egoizm bazuje na zdolności do bycia silnym, jego podstawą jest zadbanie o siebie. Codziennie należy zadać sobie, bez poczucia winy, pytanie: „czego dziś potrzebuję, żeby dobrze funkcjonować?”. Dbasz o siebie po to, by móc też zadbać o innych.

Osoby o zdrowym egoizmie włączają dbanie o siebie do zwykłego planu tygodnia, a nie tylko jako awaryjną interwencję po załamaniu. Może to być stała godzina spaceru, realna przerwa na posiłek, jedno popołudnie „bez ludzi” w tygodniu. Badania pokazują, że taki styl funkcjonowania wiąże się z niższym poziomem depresji i wyższą satysfakcją z życia, niezależnie od tego, jak bardzo ktoś jest nastawiony na innych.

Drugim warunkiem jest nauczenie się stawiania granic. Zawsze warto zadać sobie pytanie: „czy rzeczywiście tylko ja jestem w stanie wykonać dane zadanie?”. A jeśli drenujące z sił zadanie możesz naprawdę wykonać tylko ty – kolejnym pytaniem jest: „jak inni mogą mi pomóc?”.

Tu znów konkretny przykład: choć rzeczywiście chora ciocia toleruje wyłącznie Annę, jednak można było się podzielić obowiązkami. Jej brat zaczął robić dla niej zakupy, a Anna tylko przed wejściem do mieszkania obiera je od sąsiadki, dzięki czemu oszczędza sporo czasu.

Lekcją stawiania granic może być też stopniowe wprowadzanie małych „nie”: nie odbieram telefonu po 22.00, nie biorę kolejnego zadania, jeśli wiem, że jestem na granicy sił, nie zgadzam się na zobowiązanie „na zawsze”, tylko na konkretny czas. Chodzi o to, by decyzja o pomocy była wyborem, a nie przymusem.

Trzeci warunek: naucz się mówić wprost o swoich potrzebach. Zamiast liczyć na to, że inni się domyślą, warto uczyć się komunikatów wprost: „potrzebuję dzisiaj godziny tylko dla siebie”, „nie dam rady wziąć dodatkowego dyżuru”, „to, co się dzieje, jest dla mnie za trudne”. To z pozoru drobna zmiana, ale chroni przed wchodzeniem w wzorce patologicznego altruizmu.

Naucz się też rozpoznawać, kiedy pomaganie zaczyna cię niszczyć. Jednym z zaleceń badaczy jest uczenie się zauważania sygnałów przeciążenia – takich jak chroniczne zmęczenie, poczucie bycia „niezastąpionym”, żal, że inni „nie doceniają mojej pomocy”, emocjonalne wypalenie po pomaganiu. Jeśli to się powtarza, warto świadomie cofnąć się o krok: ograniczyć liczbę zobowiązań, sprawdzić, gdzie pomaganie jest kompulsywne („nie umiem inaczej”), a nie wynika z wolnej woli, i – jeśli trzeba – poszukać wsparcia terapeutycznego, żeby przepracować motywację „muszę być potrzebny, żeby mieć wartość”.

Jeżeli jednak człowiek próbując zadbać o siebie, zaczyna czuć nasilony lęk, niepokój, paraliżujące poczucie winy i rzuca się na nowo w stary tryb życia, byle tylko uciec od tych narastających trudnych emocji, może być to sygnałem, że u podstawy patologicznego altruizmu leży większy problem psychologiczny. To sygnał, że warto go przepracować – na przykład zwracając się o pomoc do psychoterapeuty.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 14/2026