Zdecydowane zwycięstwo partii Tisza nad Fideszem Viktora Orbána – najdłużej urzędującego premiera w historii Węgier – w doraźnej perspektywie jawi się jako rewolucja. Przede wszystkim oznacza to koniec rządów głównego bojownika wewnątrzunijnego „frontu odmowy” wobec polityki większości państw Unii Europejskiej w kwestii konfliktu Rosji z Ukrainą.
Dlaczego jednak Węgrzy w ogóle tak długo trzymali się Orbána, ryzykując izolacją swego państwa na brukselskich salonach? I dlaczego właśnie teraz przeciw Orbánowi się zbuntowali? Poniższy tekst, którego autor nie pretenduje do znawstwa bieżącej węgierskiej polityki, jest jednak próbą odpowiedzi na te pytania z perspektywy długiego trwania, czyli cywilizacyjnej.
Herbowe bratanki
Tradycyjna przyjaźń polsko-węgierska – te słowa, powtarzane od pokoleń nad Wisłą, stały się już frazesem. Mało kto konfrontuje je z aktualną rzeczywistością. W dodatku jest to ocena zdecydowanie jednostronna, bo choć chętnie cytowana w Warszawie, w Budapeszcie używana jest już znacznie rzadziej.
„Braterstwo” Polaków z Węgrami to wynik doświadczeń wielowiekowych kontaktów dwóch wspólnot o podobnych strukturach. Tylko my i oni potrafiliśmy stworzyć w środku Europy trwające kilka stuleci modele państw, w których „naród panujący” nie wykluczał innych narodowości w nim zamieszkałych, choć oczywiście nie musiało to oznaczać równości między nimi.
W Polsce była to koncepcja Rzeczypospolitej Obojga Narodów, gdzie równy Polakom „naród litewski” reprezentowała spolonizowana szlachta, zarządzająca chłopską masą etnicznych Litwinów i Białorusinów. Trzeci człon, „naród ruski” (tu: ukraińska szlachta), mimo kilkukrotnych prób nigdy nie doszedł u nas do poziomu współrządzenia, co w efekcie stało się jednym z głównych powodów upadku Rzeczypospolitej.
Królestwo Węgier w zasadzie działało podobnie, z tym że szlacheckie elity naszego południowego sąsiada patrzyły na poddanych z innych narodów trochę bardziej z pozycji kolonizatorów (podobnie jak do wojny secesyjnej plantatorzy południowych stanów USA postrzegali pracowników swoich latyfundiów). Jednak i tam obecne były zalążki myślenia w kategoriach „szlacheckiej wspólnoty narodów”, by wspomnieć chociażby pozycję arystokracji chorwackiej.
Podsumujmy te bardzo ogólne rozważania. Węgry do najazdów tureckich oraz Polska do końca XVIII wieku stanowiły dwa polityczne filary Europy Środkowej. I nawet pozostałe, „niepolityczne” narody regionu, które swoją tożsamość wyklarowały dopiero pod koniec XIX stulecia, wbrew polskim i węgierskim kulturowym hegemonom, właśnie od nich uczyły się politycznej kultury.
Sympatie polskich i węgierskich elit przetrwały dłużej. Ich ostatnim, pięknym owocem była gościna, jakiej uchodźcom z Polski po wrześniu 1939 roku udzielili, na przekór hitlerowskim sojusznikom, włodarze węgierskiego państwa, potomkowie starej węgierskiej szlachty. Ale to już tylko historia.
Niemcy – dobrzy sąsiedzi, Polacy – trochę barbarzyńcy
W tym momencie zaczynają się komplikacje i paradoksy. Sojusznicy Hitlera, a jednocześnie przyjaciele Polski? Jak to ze sobą pogodzić? W sukurs przychodzi nam znajomość geografii, która – w odróżnieniu od wspólnej politycznej kultury – zawsze Polaków i Węgrów dzieliła.
Granice Polski, położonej na tej samej nizinie, która łączy Niemcy z Rosją, zawsze były płynne, gdyż zawsze musieliśmy ucierać się z potężnymi sąsiadami. Tymczasem Węgrzy, opanowawszy przed tysiącem lat nizinę ściśle zamkniętą łukiem Karpat, utrzymali ją w niezmienionym kształcie w zasadzie do końca I wojny światowej (w zasadzie, bo z przerwą na okupację turecką). Panowali tam, patrząc na podległe sobie narody z wyższością, ale jednak z poczuciem wyobcowania. Polacy to przecież Słowianie i zawsze, mimo konfliktów, jakoś potrafią się dogadać z Ukraińcami i Białorusinami, a nawet z Rosjanami. Węgrzy, ze swoją mową ugrofińską, niezrozumiałą dla żadnego z sąsiadów, takiego ułatwienia nie mają. Może to jest przyczyną wątku samotności, obecnego w węgierskiej literaturze i objawiającego się także w wyjątkowo wysokim, jak na Europę, wskaźniku samobójstw?
Gdy myśmy cierpieli pod zaborami Niemców i Moskali, Węgrzy zagospodarowywali „swoją” nizinę, odbitą Turkom dzięki Niemcom – tym austriackim. Gdy my pozbawieni byliśmy jakiejkolwiek politycznej reprezentacji, Węgrzy budowali swoje państwo obok Niemców, w „dwunarodowej” monarchii austro-węgierskiej. Dlatego w mentalności tego narodu nie ma silnych akcentów antygermańskich.
Ale tu już coraz więcej miała do powiedzenia węgierska burżuazja, odpowiednik dzisiejszej wyższej klasy średniej. Klasy społecznej, która, jak każda inna, ma swoje uprzedzenia. Powoli zapominano o historycznej wspólnocie z Polakami. Doszło do tego, że w 1918 roku odrodzona Polska w oczach Węgrów była „państwem nowym”, co znaczy: wyłonionym z gruzów stuletniego porządku kongresu wiedeńskiego. A to w oczach węgierskich mieszczan było poważną ujmą. Bo przecież to właśnie „nowe państwa” (Czechosłowacja, Rumunia, Jugosławia) powstały jako beneficjenci wojny przegranej przez Austro-Węgry, odrywając od Węgier olbrzymie połacie terytorium – także zamieszkanego przez etnicznych Węgrów. Nawet nowa, narodowa Austria, zabrała im zachodnie pogranicze Burgenlandu. Węgry po traktacie z Trianon 1920 roku stały się terytorialnym ogryzkiem byłego królestwa. Węgrzy nigdy się z tym do końca nie pogodzili. I trudno im się dziwić.
Także Polska uszczknęła wtedy Węgrom skrawki Orawy i Spiszu, a węgierska opinia publiczna, nie pamiętając o tradycji „bratanków”, patrzyła na nas odtąd trochę jak na barbarzyńców, którym tylko kaprys historii pozwolił cieszyć się własnym państwem.
Emocje antyukraińskie w miejsce antyrosyjskich
Skąd w takim razie sympatie do Rosji i Władimira Putina? – ma prawo zapytać czytelnik i najwyższy czas mu na to pytanie odpowiedzieć. I oni, i my mamy przecież wspólne doświadczenie rewolucji lat 1848–1849, gdy z jednej strony o wolność Węgier walczył polski generał Józef Bem, z drugiej zaś tłumił powstanie feldmarszałek Iwan Paskiewicz – ten sam, który kilkanaście lat wcześniej zdławił nasze powstanie listopadowe. Mamy wreszcie doświadczenie października 1956 roku, kiedy to Rosjanie krwawo stłumili kolejne węgierskie dążenie do wolności, z Polski zaś napływały ku walczącym Węgrom świadectwa solidarności i pomocy.
Zwróćmy jednak uwagę, że zarówno w węgierskiej odsłonie Wiosny Ludów, jak i w Węgierskim Październiku brały czynny udział głównie żywioły radykalne: studenci i robotnicy. Mieszczaństwo nie miało specjalnego interesu we wzywaniu do zbrojnego oporu, wręcz przeciwnie. Popatrzmy na okres „gulaszowego socjalizmu”, jaki po 1956 roku zafundował Węgrom János Kádár, komunistyczny nominat Moskwy. Za cenę spacyfikowania radykalnych dążeń węgierska klasa średnia mogła się bez większych przeszkód bogacić. I ten układ przetrwał do 1989 roku.
Viktor Orbán wystartował ze swoim Fideszem jako zdecydowany antykomunista, a także zwolennik konserwatywnej, prorodzinnej polityki społecznej, co z czasem doprowadziło go do konfliktu z Brukselą. Jednak antykomunizm Fideszu, partii klasy średniej, w przedziwny sposób złączył się z typowo węgierskim rewizjonizmem. Symbolem jest tutaj Karpatalja – po naszemu Zakarpacie – które traktatem z Trianon dostało się Czechosłowacji, a dzisiaj włodarzem tych ziem jest Ukraina.
Przez ostatnie dziesięciolecia w mentalności dużej części Węgrów dokonało się dyskretne przesunięcie: antyrosyjskie emocje, żywe jeszcze przez długi czas po upadku powstania 1956 roku, zastąpiono antyukraińskimi. Przeciętny Węgier ma dość małe wyobrażenie o wschodzie Europy, więc tym łatwiej było tę zmianę przeprowadzić. Tym bardziej że starała się o to i stara propaganda Putina.
Izolacjonizm, mieszczańska mentalność, Zakarpacie i Putin – to wszystko, nawet wzięte razem, nadal stanowi daleko idące uproszczenie. Ale nie mamy tutaj miejsca na socjologiczną rozprawę.
Siła zmęczenia
Péter Magyar bynajmniej nie jest jakąś ideologiczną antytezą Orbána. Owszem, ten biznesmen był do niedawna wiernym członkiem jego obozu. Jego żona była nawet ministrem w orbanowskim rządzie. Zerwanie Magyara z Orbánem – i to gwałtowne – dokonało się dopiero w 2023 roku, w dość niejasnych okolicznościach, związanych z odsunięciem jego małżonki ze stanowiska ministra. Latem 2024 roku Magyar został przewodniczącym opozycyjnej partii Tisza. Partia ta nie miała wyraźnego oblicza ideologicznego, nie cieszyła się też dużą popularnością, nic więc dziwnego, że akces głośnego secesjonisty z obozu Orbána potraktowano tam jak skok do rozpędzonego tramwaju z napisem „zmiana”.
W tych kalkulacjach politycy Tiszy, z samym Magyarem włącznie, trafili w dziesiątkę. Węgrzy zmęczyli się już pełzającą izolacją ich kraju na arenie UE, jakiej efektem jest narastający marazm gospodarczy. W dodatku autorytarna polityka Orbána, który przez swoją partię kontrolował przeważającą część tradycyjnych mediów, a także duży segment miejsc pracy, doprowadziła do wyobcowania młodego pokolenia, niewidzącego perspektyw w kontynuowaniu obecnego systemu.
Zbiorowe zmęczenie to duża siła. Wystarczyło niewiele ponad rok, by w niedzielę 12 kwietnia zdecydowana większość Węgrów, zmobilizowana przez media społecznościowe (bo gazety i telewizja raczej służyły rządowi), powiedziała „nie” Orbánowi. W ten sposób stworzono nową jakość w europejskiej geopolityce. Jakie będzie natomiast „tak” Pétera Magyara? Tego na dobrą sprawę jeszcze nikt nie wie.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















