Wielkanoc, która zmieniła Polskę

Wielkanoc 1791 roku stała się tłem dla jednego z najbardziej przełomowych momentów w historii Rzeczypospolitej. W cieniu rodzinnego spotkania i politycznych sporów dojrzewała decyzja, która już za chwilę odmieni losy państwa. To opowieść o napięciu, ambicjach i grze prowadzonej tuż przed uchwaleniem Konstytucji 3 maja.
Czyta się kilka minut
Uczta u Radziwiłła, Aleksander Orłowski, ok. 1820 r., Źródło: Wikimedia Commons
Uczta u Radziwiłła, Aleksander Orłowski, ok. 1820 r., Źródło: Wikimedia Commons

Pan Bniński jechał berlińskim traktem. Słońce już powoli zniżało się ku zachodowi, kładąc refleksy światła na falach wiosennej trawy. Było ciepło, a mimo to podróżny szczelniej otulił się płaszczem. Znał dobrze drogę, ale zawsze czuł się tu nieswojo.

Kareta turkotała na wybojach. Od pól szedł zapach świeżo obsianej ziemi. Monotonna wielkopolska równina: wioska, dalej lasek i rozstaje z Męką Pańską, ustrojoną girlandami kaczeńców. Chłopi, którzy na widok wielkopańskiego pocztu przystają na poboczu, miętosząc w dłoniach spocone czapki. Pan Bniński nie oglądał się za siebie, lecz i tak wiedział, jak zachowa się lud, gdy pojazd minie przygodnych wędrowców. Dobrze znał chłopów. Popatrzą chwilę za odjeżdżającą karetą tym swoim obojętnym wzrokiem, a potem odwrócą się i pójdą w swoją stronę. „W tym kraju każdy idzie tylko po swoje” – pomyślał, poprawiając fałdy płaszcza.

Skąd ta rosnąca irytacja? Przecież powiedział sobie, wyjeżdżając zaprzedwczoraj z Warszawy, że nie okaże zmiennych humorów powinowatemu. Nie wyprowadzą go z równowagi jego subtelne docinki. Ale im bardziej zbliżał się do Kwilcza, tym mniej pozostawało z jego postanowienia. Im usilniej starał się o tym nie myśleć, tym uparciej wracały wszystkie upokorzenia, jakimi w przeszłości hojnie obdarzał go pan domu, do którego zmierzał. Także tamto, w obliczu króla. Poła płaszcza zsunęła się nieco i Bniński ściągnął ją ku sobie z niepotrzebną gwałtownością.

Z przykrych wspomnień wyrwał go chłód, idący od jeziora. Lekki wiatr kołysał niespodzianie wybujałymi trzcinami. Z otwartych drzwi fary w Pniewach dobiegł go głos kołatki. Prawie zapomniał, że dziś Wielka Sobota. Nie było czasu udać się na nabożeństwo.

Zatrzymał się przy luboskiej karczmie, przy drodze wiodącej ku Chudopsicom. Foryś pobiegł po kołodzieja, by ten nasmarował skrzypiące koło. Bniński wszedł do środka, nie zwracając uwagi na czapkującego karczmarza. Dopiero po chwili dostrzegł go kątem oka.

– Duży ruch na drodze? – zapytał, nie odwracając głowy. Pominął zwyczajowy apelatyw „Żydzie”. Tak robi pomniejsza szlachta, chudopachołkowie. A Bniński to przecież największy pan w Wielkopolsce. Może poza Kwileckim.

– Aj tak, jasznie panie – ucieszył się karczmarz, zachęcony mniemanym zamówieniem. Za szynkwasem już uwijał się lnianowłosy chłopak. Jest Pesach, Żydom pracować nie wolno, ale do robót mogą wynajmować szabesgojów. – Une teraz jeżdżą dużo, tam, do Warszawe. Wielcy panowie, z samego Berlina. Ale u mnie nie stają, spieszno im dalej.

Łukasz Bniński dobrze znał również i tych przejezdnych. Z niejednym z nich przecież przyszło mu ostatnio konferować. Dużo talarów poszło wtedy na wino. Ale zazwyczaj płacili oni.

– Tobie przecież i tak wszystko jedno – odwrócił się ku mówiącemu. – Ty tylko czekasz na  swojego Mesjasza.

– Czekam jak my wszyscy – gospodarz zniżył głos prawie do szeptu, lecz pod niską karczemną powałą słowa, nawet te ciche, jakoś nie ulatywały w powietrze. – A kiedy on wreszcie przyjdzie, będzie wielki wstyd.

Diabli nadali te święta – akurat w sam środek gorącej sesji sejmowej. Ale nie było rady, ogłoszono przerwę, większość posłów rozjechała się do domów. Bniński pozostałby w stolicy, gdyby nie matka. Uparła się, by właśnie teraz, po latach, zobaczyć stryjeczną wnuczkę, która imię Marianna dostała po babce. Tak, jego rodzona matka to stryjenka Franciszka Antoniego Kwileckiego, kasztelana kaliskiego, adherenta obozu reform Sejmu Czteroletniego i największego politycznego oponenta swojego wielkopolskiego kuzyna. A on obiecał matce, że ją na święta odwiedzi. Zamyślony prawie nie zauważył, gdy pojazd przystanął przed bramą pałacu w Kwilczu.


Wielkanocne śniadanie wypadło po nabożeństwie, w samo południe. Służba otwarła okna w salonie i od parkowego stawu powiało świeżością. Gospodarz uprzejmym gestem zaprosił wszystkich do stołu. Zasiedli. Kwilecki nosił się po staropolsku, lecz bez ostentacji. Jego kontusz skrojony był na tyle ściśle, że przypominał raczej kaftany, w jakie ubierali się sąsiedzi zza brandenburskiej granicy. Również Bniński, nastawiony na zgodę, choć tego dnia włożył niemieckie ubranie, zrezygnował z białej peruczki z harcapem. W sumie obaj niewiele różnili się strojem, przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Pani Marianna Bnińska nosiła się wedle starej mody, jeszcze z czasów nieboszczyka Augusta Trzeciego. Jej wysoka, napudrowana peruka królowała wzrostem nad całym stołem, przez co sylwetka nestorki rodu usuwała w cień nawet rosłą z przyrodzenia postać gospodarza, jej bratanka. Rozmawiano po polsku, z rzadka tylko wtrącając francuskie zdania.

– Ślicznie rozkwitła nam panna – policzki Marianny juniorki lekko się zaróżowiły. Lecz jej oczy, uśmiechnięte i patrzące śmiało na stołowników, mówiły im wyraźnie: nie krępuję się i dobrze się z wami bawię. Z wami, a może i wami.

– Masz już kawalera?

– Dzisiaj pannice w jej wieku nie myślą o zamęściu – ojciec na szczęście zwolnił córkę z obowiązku odpowiedzi. – Wolą czytać angielskie wzdychadła.

– Powieści Ann Radcliffe to nie żadne wzdychadła, tato – powoli, ważąc słowa odpowiedziała Marianna. – Więcej tam prawdy o życiu niż w naukach księdza Bohomolca.

– Cóż ty o tym, dziecko, możesz wiedzieć? – z łaskawym uśmiechem zapytał Kwilecki.

Zabrali się do potraw. Po białym barszczu i pieczeni z dzika przyszła kolej na mazurki i wielkanocną babę.

– Waść wolisz pewnie pruskie specjały – Kwilecki zwrócił się do kuzyna. – Najadłem się tego po uszy w Berlinie. Cienkie wino, rybki i chude ptaszki. Ale taka teraz moda. Gorsze lepsze wypiera, marne marniejszym pogania.

Bnińskiego ubodło to przypominanie. To przecież on, kilka lat temu, starał się w Warszawie o stanowisko nadzwyczajnego posła Rzeczypospolitej w stolicy Prus. A i tak dostał je Kwilecki.

– Lepsze pruskie owsianki od moskiewskiej siwuchy.

Zapadło milczenie, przerywane tylko dyskretnym brzękiem sztućców na talerzach. Obaj panowie myśleli o tym samym: o mowie króla, wygłoszonej niedługo przed ogłoszeniem przerwy w sesji sejmowej. Stanisław August przekonywał izbę poselską do sojuszu z Prusami i Anglią. Sojuszu przeciw Rosji, która od dwudziestu trzech lat rozciągała protektorat nad okrojoną rozbiorem Polską. Ceną za ten sojusz miał być Gdańsk, miasto, które i tak po 1772 roku odłączone zostało od Rzeczypospolitej dławiącym pruskim kordonem. Teraz miało przypaść Prusom, które w nagrodę przywróciłyby mu dobrodziejstwa wolnego handlu. Jakaż zatem korzyść dla Polski z tej gdańskiej wierności? „Będzie to – przekonywał król – kawał lodu, który w rękach naszych stopnieje i na nic się nie przyda, a dziś ma jeszcze cokolwiek wartości i można coś za niego wytargować”.

Mimo tej całej pięknej oracji posłowie wniosek odrzucili. Gdańsk ma pozostać przy Polsce. To policzek dla Berlina i koniec nadziei na antyrosyjski sojusz. Klęska planów Bnińskiego i sukces politycznych kompanów właściciela Kwilcza.

– Nam ani pruska, ani ruska polewka niesmaczna – odezwał się Kwilecki. Rozmowa niebezpiecznie przybrała ciężki, nieświąteczny ton. – Szukajmy sojuszników, lecz nie za cenę żywego polskiego mięsa. A gotować do obrony po pierwsze winniśmy się sami. Obcy nas nie ocalą, choć czasem mogą pomóc.

– To szkodliwe fantazmaty – Bniński z premedytacją podgrzewał atmosferę. Powiedział to ze spokojną na pozór twarzą. Tylko lukier, osypujący się z kawałka drożdżowego ciasta, zdradzał napięcie dłoni.

– A nie bójże się tak, waszmość, o interesy swoich kompanionów z Unter den Linden! – gospodarz nie ukrywał już irytacji. Polacy to nie stado baranów, poradzą sobie sami. Trzeba nam tylko stu tysięcy żołnierzy.

– I tak nie przegłosujecie reformy – odparował Bniński. – Za mało was będzie w sali poselskiej.

Kwilecki dziwnie złagodniał. Widać zwyciężyła kindersztuba gospodarza i wielkiego pana.

– Nie będzie tak źle. Vouloir, c’est pouvoir. Czego nie da się przeskoczyć, można obejść.

– Chłopcy, nie bijcie się! – przerwała tę wymianę uprzejmości matrona. „Chłopcy” tylko spojrzeli po sobie i zamilkli. – Nie pozwolę na żadne pojedynki przy wielkanocnym stole. Nie tak obchodziliśmy święta za życia mojego kochanego nieboszczyka – westchnęła. – Zgoda panowała, nie było żadnych konfederatów, nikt do nikogo nie strzelał. Jedyne strzały padały na rezurekcję: z moździerzów, z harmatek, z organków. Ale to było za poprzedniego Augusta – podsumowała z rezygnacją. – A dziś? Dobre czasy już nie wrócą…


Wstawał rześki, majowy poranek, lecz Bnińskiemu nie w głowie było podziwianie wiosny. Wznowienie sejmu planowane na pojutrze, a on zakałapućkał się gdzieś w połowie drogi do Warszawy. Wyjrzał przez okno karety. Wokół rozległe błonia, upstrzone żółtymi plamami kaczeńców. To chyba mokradła Bzury. Dojeżdżamy do Łęczycy, starego siedliska diabła Rokity. Mijani chłopi nie zdejmują czapek, idą przed siebie poboczem ze spuszczonymi głowami.

Czart mocno trzyma łapę nad tą krainą. Bnińskiemu nagle przypomniały się słowa Te Deum, pieśni śpiewanej z Kwileckimi podczas rezurekcji: „W Tobie, Panie, zaufałem. Nie zawstydzę się na wieki…”. Łatwo powiedzieć! Chyba rację miał tamten Żyd z Lubosza. Kiedy On wreszcie przyjdzie, będzie wielki wstyd.

Dobrze, że udało się cichaczem wyrwać z Kwilcza i wyprzedzając gospodarza, wyruszyć wczesnym rankiem, bez śniadania, do stolicy. Kwilecki, obrażony, czy też udając obrażonego, jeszcze poprzedniego dnia przed wyjazdem gościa, sam wyjechał z dworu polować na słonki. Bnińskiego nawet nie zaprosił. I pięknie, sam sobie będzie winien. Bo jak wróci z tego polowania, nie zdąży do Warszawy. Przez takich jak on, pyskaczy i safandułów, Polska ginie. Ale nic to, grunt, że przepadnie plan utopijnej reformy. Już postaramy się o to, ja i moi partyjni towarzysze. Głosowanie naznaczone na pojutrze.

Za oknem karety zafalowały trzciny, poruszone wiatrem. Jak tamte, pod Pniewami. Bniński poczuł lekki niepokój, lecz zaraz odpędził złe myśli. Wstawał piękny poranek 3 maja 1791 roku


Franciszek Antoni Kwilecki, konfederat barski, nie pojechał, rzecz jasna, na polowanie, lecz po kryjomu wymknął się z domu i pospieszył do Warszawy, gdzie on i jego koledzy z obozu reformatorskiego uchwalili Konstytucję 3 maja. Uczynili to podstępem, inicjując sesję sejmową na dwa dni przed planowanym terminem i tym sposobem uzyskując większość w głosowaniu, gdyż nieświadomi spisku posłowie strony przeciwnej nie zdążyli zjechać do stolicy z wielkanocnych wakacji. Łukasz Bniński na wieść o tym przystąpił do targowicy. Po ostatecznym upadku Polski, zrażony do Prusaków, przeniósł się do zaboru rosyjskiego.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 14/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Opowieść wielkanocna