Określenie „trzęsienie ziemi” stało się już banałem: wyniki wyborów lokalnych w Anglii oraz wyborów do parlamentów Szkocji oraz Walii, które miały miejsce 7 maja, wywróciły tradycyjny obraz brytyjskiego politycznego krajobrazu do góry nogami. Wielkimi przegranymi zostali dotychczasowi liderzy, rządząca Partia Pracy oraz konserwatyści. Wybory potwierdziły dołujące wyniki sondaży popularności labourzystów, sprawujących władzę od niespełna dwóch lat. Natomiast niespodzianką jest oszałamiająca skala sukcesu Reform UK – prawicowo-populistycznej partii Nigela Farage'a. Człowiek uznawany dotąd za błazna politycznej areny ma teraz poważną szansę, w niedalekiej przyszłości, zastąpić Keira Starmera na stanowisku premiera.
Ale na dobrą sprawę nie wiadomo, czy będzie to premier Zjednoczonego Królestwa, czy tylko unii angielsko-walijskiej (kwestię Irlandii Północnej chwilowo zostawmy na boku). A może nawet tylko samej Anglii, solidnie okrojonej ze swoich „celtyckich peryferii” – jak lubią mówić w Londynie. Wyniki majowych wyborów podniosły bowiem również, po latach, stare hasło niepodległości Szkocji.
Zęby a kwestia brytyjska
Kiedy latem 2024 roku władzę objęła ekipa Starmera, wielu komentatorów uznało to za znak zwrotu Wielkiej Brytanii na lewo. Ocena ta szybko okazała się historyczną pomyłką. Wybory A.D. 2024 były bowiem, jak widać, ostatnią szansą daną przez elektorat jednej z dwóch partii tradycyjnie wiodących w brytyjskiej polityce. Labourzystowsko-konserwatywny duopol od pokoleń wyznaczał kierunki działań Londynu, zarówno w sferze wewnętrznej, jak i międzynarodowej. Czerwona kartka, pokazana 7 maja obu tym stronnictwom, jest jaskrawym wyrazem oraz miernikiem zawiedzionych oczekiwań przeciętnego Brytyjczyka.
A temu realnie żyje się z roku na rok coraz gorzej. Nie przemawiają doń – podobnie jak nie przemawiają w żadnym innym kraju – uczone analizy socjologiczne, tłumaczące przyczyny kryzysu, jak również wytarte, wygładzone hasła polityczne. Co natomiast dostrzega? Spróbujmy wyrazić to maksymalnie szkicowo.
Zęby. Typowy Brytyjczyk, jeśli nie jest „białym kołnierzykiem” ze stolicy, lecz przedstawicielem „niższej klasy”, ma albo widoczne braki w uzębieniu, albo przynajmniej zna kogoś takiego w najbliższej rodzinie. To efekt kiepskiego stanu publicznej służby zdrowia, połączony z zastygłym i mało transparentnym systemem opieki socjalnej. Bo dziwnym trafem przybysz z Pakistanu czy Nigerii ostentacyjnie świeci mu na chodniku śnieżnobiałym garniturem uzębienia. To denerwuje „prostego” Anglika (przypominam: patrzymy jego oczami), który coraz częściej wychodzi na ulicę z agresywnym transparentem lub nawet pałką czy nożem.
W dodatku, jak na złość, tych doskonale uzębionych imigrantów wciąż przybywa. Ostatnio nawet coraz więcej, łodziami z kontynentu, przez niestrzeżony kanał La Manche. I tutaj właśnie pojawia się odpowiedź na te bolączki: Nigel Farage.
Wygrała barwna retoryka
Lider Brexit Party, która w 2019 roku doprowadziła do secesji Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej, prowadzi ją nadal – już pod obiecującą nazwą Reform UK – do wizji państwa bez imigrantów. Bo imigranci są pierwszą przyczyną brytyjskich niepowodzeń. Zabierają pracę milionom rdzennych poddanych dynastii Windsorów, co więcej, pasożytując na socjalnym systemie, stworzonym przez labourzystów i zaakceptowanym przed konserwatywnych torysów, konsekwentnie roztrwaniają historyczny dorobek brytyjskich pokoleń. To Farage głosi od lat i tę diagnozę jeszcze kilka lat temu podzielała nieznaczna, choć głośna mniejszość wyborczej masy Anglików.
Teraz, w obliczu bezradnych rządów Starmera, niedawna mniejszość przybrała na sile. I to jak! Reform UK, która w samorządach miała dotąd zaledwie 82 radnych, po 7 maja obsadzi ich aż 1431. Te liczby mówią same za siebie.
To wyraz populizmu, niebezpiecznego populizmu – to prawda. Ale w tych wyborach jednocześnie wygrała, paradoksalnie, wolność słowa. Farage, per saldo, zawsze zyskiwał swoim niewyparzonym językiem. Międzynarodową sławę zdobył w 2010 roku, nazywając z trybuny Parlamentu Europejskiego Hermana Van Rompuya, nieformalnego prezydenta UE, „człowiekiem o charyzmie mokrej ścierki”. Nie było to grzeczne, ale retoryka Farage'a nawiązuje jakoś przecież do tradycji brytyjskiego parlamentaryzmu, tego z czasów Samuela Johnsona, gdzie z trybuny wolno było mówić, co się chce. A im kto przemawiał barwniej, tym większe miał szanse w polityce. Postawa taka jaskrawo odbija od nudnych i mało sprawczych przemówień, jakie w oczach mas nadają dziś styl pracom parlamentów zarówno Brukseli, jak i Londynu. A także od faktycznej cenzury politycznej, przejawiającej się chociażby w policyjnych represjach wobec brytyjskich internautów. To zupełnie nowa i niepokojąca jakość w codziennym życiu Brytyjczyków.
Celtycka zwrotnica
Akcje Reform UK poszły w górę także w wyborach do parlamentów Szkocji oraz Walii. Jednak tam relatywny sukces Farage'a przyćmiły zwycięstwa dwóch „partii narodowych” – Scottish National Party (SNP) i walijskiej Plaid Cymru. Obie partie opowiadają się za niepodległością swoich krajów, choć powolna i spokojna droga ku secesji, proponowana przez Walijczyków, niewiele przypomina dość radykalne hasła, rzucane obecnie przez ich szkockich pobratymców.
SNP rządzi w Szkocji od prawie 20 lat, jednak nigdy od tego czasu nie była tak popularna jak obecnie. W 129-osobowym parlamencie nacjonaliści będą mieli teraz 58 posłów, zaś labourzyści zaledwie 17. Dokładnie tyle samo foteli obsiądą szkoccy zwolennicy Farage'a, do tej pory praktycznie nieobecni w polityce Edynburga.
Lider SNP John Swinney, od 8 maja „pierwszy minister”, czyli premier Szkocji, świadom wyzwań teraźniejszości, zapowiada przeprowadzenie za dwa lata referendum niepodległościowego. Poprzednie, w 2014 roku, secesjoniści z SNP przegrali, teraz jednak perspektywa zerwania z Londynem i „powrotu do Europy” – tej kontynentalnej – jest dla Swinneya koniecznością. Alternatywą bowiem niepodległej Szkocji jest, według premiera, kraj rządzony przez ludzi Farage'a: populistów i przeciwników szkockiej odrębności.
W Walii sytuacja wygląda nieco inaczej, gdyż tam dotąd, od prawie 30 lat, rządzili labourzyści. Teraz w Senedd, 96-osobowym walijskim parlamencie, posłów z Partii Pracy będzie zaledwie dziewięciu. 43 deputowanych, niewiele mniej niż połowa foteli sali poselskiej, przypadać będzie politykom Plaid Cymru. Natomiast Reform UK, których nigdy dotąd w parlamencie Cardiff nie było, będą tam teraz mieli, uwaga!, aż 34 krzesła. Rywalizacja będzie więc ostra.
W potocznym odbiorze nacjonaliści Szkocji i Walii to lewica, zaś ludzie Farage'a to populistyczna prawica. Jednak te podziały nie są tak wyraziste, jak by się mogło wydawać. I chyba będą się coraz bardziej zacierać. Teraz na plan pierwszy będą się musiały wysunąć rzeczywiste potrzeby szarych obywateli. A czy nadal będą to obywatele Zjednoczonego Królestwa, czy też obywatele Szkocji lub Walii, zależeć będzie od tego, kto okaże się skuteczniejszy w perswazji... oraz w rządzeniu.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!














