Powiedzieć, że sukces Nigela Farage’a i jego populistycznej partii Reform UK okazał się przytłaczający, to nie powiedzieć nic. Ugrupowanie, wcześniej mające zaledwie dwa mandaty, zyskało w wyborach samorządowych 7 maja aż 1454 radnych. W skali kraju pozwoliło mu to zyskać pozycję hegemona, a na dodatek przejąć samodzielną kontrolę nad 14 samorządami.
Kaskada zdarzeń
Cofnijmy się o 10 lat. Jest noc z 23 na 24 czerwca 2016 roku. Świat dowiaduje się, że głosami 17 mln osób Brytyjczycy zdecydowali o opuszczeniu szeregów Unii Europejskiej. Sprawa bez precedensu w historii wspólnoty. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że główną przyczyną rozłamu stał się lawinowo rosnący udział imigrantów w brytyjskim społeczeństwie i narastająca frustracja Wyspiarzy wynikająca z utraty kontroli nad tym aspektem na rzecz Unii. Samych Polaków – stanowiących najliczniejszą mniejszość narodową na Wyspach – mieszka tam wówczas ponad milion.
Kołem zamachowym brexitu był Nigel Farage – lider eurosceptycznej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa. Niechęć do obcokrajowców, którzy rzekomo przejmowali stanowiska pracy należne rodowitym mieszkańcom Wysp, napędzana wciąż rosnącymi wskaźnikami migracji netto, wywindowała go do pozycji, z której (często przy powoływaniu się na półprawdy czy wręcz kłamstwa) w wygodny dla siebie sposób sterował emocjami 58-milionowego narodu. Tym większe było zdziwienie, gdy zaledwie 11 dni po referendum Farage wycofał się z roli przywódcy partii, stwierdzając, że „wyprowadzenie Wielkiej Brytanii z UE pozwoliło mu osiągnąć swój cel, a jego priorytetem od tej pory staje się odzyskanie własnego życia”.
Postępowanie polityka wywołało skrajne reakcje, a brytyjska opinia społeczna miała go albo za bohatera, który wyszarpał kraj dla Brytyjczyków, albo za zdrajcę, który najpierw „zatopił” ojczyznę, a następnie czmychnął z niej niczym szczur. Tak czy inaczej, postawa Farage’a jako lidera ruchu brexitowego uruchomiła falę „angielskich wyjść”. Ze sprawną transformacją kraju nie potrafił poradzić sobie od tamtego czasu żaden z premierów. Do rezygnacji zostali zmuszeni wszyscy przedstawiciele Partii Konserwatywnej, poczynając od Theresy May (odeszła po trzykrotnym odrzuceniu jej projektu umowy brexitowej przez parlament), poprzez Borisa Johnsona (ustąpił po fali skandali obyczajowych i politycznych), Liz Truss (w ciągu zaledwie 49 dni urzędu podkopała kurs funta, przyczyniając się do załamania rynków finansowych), na Rishim Sunaku skończywszy (oddał władzę po klęsce swej partii w wyborach parlamentarnych). To ostatnie działanie odbierane było jako swoisty walkower.
Konserwatyści nie radzili sobie ze spowolnieniem gospodarczym. Walka o utrzymanie budżetu sprawiała, że funtem niebezpiecznie szarpało to w jedną, to w drugą stronę. Co paradoksalne, w kontekście rzucanych wcześniej haseł o „odzyskaniu niepodległości i pełnej kontroli nad migracją” żaden z premierów i jego gabinetów nie potrafił skutecznie regulować tej kwestii. Choć imigracja z krajów europejskich drastycznie spadła, a w ciągu ostatnich czterech lat z UK wyjechało o 162 tys. osób więcej, niż przyjechało, to jednak natłok nowych przybyszów z państw arabskich oraz afrykańskich sprawił, że populacja Wysp zwiększyła się od tego czasu o blisko 3 miliony. I to pomimo ujemnego przyrostu naturalnego!
Na glinianych nogach
Gdy w lipcu 2024 roku stery rządów przejmował sir Keir Starmer, lewicowy establishment odetchnął z ulgą. Przez moment wydawało się, że wieloletni chaos pod znakiem ciągłych roszad na Downing Street zostanie zastąpiony urzędniczym pragmatyzmem Partii Pracy. Laburzyści obiecywali spokój, przewidywalność i powrót do europejskich standardów zarządzania.
Rzeczywistość okazała się jednak bezwzględna. Zamiast obiecanej stabilizacji ludziom zaoferowano pogłębienie dotychczasowych problemów, przyspieszenie ideologicznego kursu na lewo oraz narastające poczucie, że tradycyjne wartości, na których ufundowano potęgę kraju, są systematycznie i bezpardonowo deptane. Polityka drzwi otwartych na świat pogłębiła kryzys tożsamościowy i infrastrukturalny. Gdy brytyjskie ulice zmagały się z bezprecedensowym wzrostem przestępczości i napięć etnicznych, aparat państwowy skupił swoją energię na ściganiu myślozbrodni w internecie, ratowaniu klimatu i wdrażaniu kolejnych elementów progresywnej inżynierii społecznej. Coś ewidentnie poszło nie tak, jak powinno.
Wstrząs wywołany sukcesem wyborczym Reform UK wskazał na potężne, oddolne wotum nieufności wobec całego systemu, który przez lata ignorował realne problemy obywateli na rzecz poprawności politycznej. Dla milionów Brytyjczyków ugrupowanie oskarżane o burzenie porządku demokratycznego jawi się dziś jako jedyna siła zdolna do przywrócenia elementarnego ładu moralnego i społecznego w kraju.
Doktryna strachu
Jak głęboko w brytyjskim systemie zakorzenił się lęk przed jakąkolwiek alternatywą dla lewicowo-liberalnego status quo, najlepiej pokazały niedawne wydarzenia z jednego z londyńskich lotnisk. Zatrzymanie Sławomira Mentzena, lidera Nowej Nadziei, który został odizolowany przez służby graniczne pod pretekstem obawy przed jego wystąpieniem politycznym, to jaskrawy i aktualny przykład paniki, jaka ogarnęła Wielką Brytanię. Człowiek reprezentujący wyraziste, konserwatywne poglądy staje się dla tamtejszego aparatu bezpieczeństwa zagrożeniem większym niż radykalni kaznodzieje czy niekontrolowane fale nielegalnych migrantów, codziennie przekraczających swymi łódkami kanał La Manche.
Państwo, które przez dekady szczyciło się mianem kolebki wolności słowa i parlamentaryzmu, dziś stosuje metody prewencyjnej cenzury. Służby brytyjskie wolały wywołać dyplomatyczny zgrzyt i zatrzymać parlamentarzystę z sojuszniczego kraju, niż dopuścić do sytuacji, w której na brytyjskiej ziemi wybrzmiałby głos sprzeciwu wobec dominującej agendy. Można to uznać za pokaz organicznej słabości rządu Starmera, który wie, że grunt usuwa mu się spod nóg, a dotychczasowa narracja o wielokulturowym raju pęka w szwach.
Brytyjskie instytucje publiczne, od szkolnictwa przez uniwersytety aż po policję, zostały przesiąknięte ideologią, która za cel postawiła sobie dekonstrukcję tradycyjnej tożsamości. Ograniczenia wolności debaty publicznej, narzucanie parytetów ideologicznych i wszechobecna kultura wykluczania doprowadziły społeczeństwo do punktu krytycznego. Majowy wynik wyborczy to nic innego jak potężna eksplozja tłumionego przez lata gniewu przeciwko takiemu stanowi rzeczy.
Gorzki lek dla polskiej imigracji
Dla Polaków żyjących na Wyspach w liczbie ok. 700 tys. osób radykalne przesunięcie wajchy politycznej niesie ze sobą konkretne konsekwencje. Choć – nawet pod hipotetycznymi rządami Reform UK – nie utracą tzw. statusu osiedlonego, to jednak mogą zacząć zmagać się z utratą części nabytych praw: równego dostępu do rynku pracy, zasiłków socjalnych oraz większych utrudnień formalnych. Dodając do tego rosnące koszty uzyskania brytyjskiego obywatelstwa, które dziś kosztuje już 1839 funtów od osoby, perspektywa komfortowego życia na Wyspach rysuje się znacznie mniej atrakcyjnie niż przed dekadą.
Wzmocnienie retoryki antyimigracyjnej, nawet jeśli jej głównym ostrzem są dziś społeczności z Bliskiego Wschodu i Afryki, nieuchronnie podgrzewa ogólną atmosferę niechęci wobec każdego, kto mówi z obcym akcentem. To cena, jaką przyjdzie zapłacić za życie w kraju, który gwałtownie próbuje zawrócić z drogi kulturowego samobójstwa. A jednak, patrząc na tę sytuację z szerszej perspektywy, pojawia się pytanie o charakterze fundamentalnym: czy dla uzdrowienia Zjednoczonego Królestwa istnieje dziś jakakolwiek inna, łatwiejsza droga? Odpowiedź, choć brutalna, wydaje się przecząca. Dzisiejsze UK potrzebuje głębokiego wstrząsu, by obudzić się z letargu, w który wpędziły je dekady liberalnego dogmatyzmu.
Przesilenie u progu nowej ery
Paradoks brytyjskiego odrodzenia polega na tym, że lekarstwo może okazać się niezwykle gorzkie i trudne do przełknięcia dla wszystkich: zarówno dla przerażonego establishmentu, jak i dla mieszkających tam imigrantów. Aby przywrócić Wielkiej Brytanii jej dawny kompas moralny, oparty na szacunku do pracy, prawie do wolności słowa i dumie z własnego dziedzictwa, konieczne jest całkowite rozbicie dotychczasowych struktur władzy.
Jeśli Reform UK zdoła utrzymać dynamikę i przełożyć samorządowy triumf na realną presję w Izbie Gmin, Wyspy mogą stać się poligonem doświadczalnym dla całej Europy Zachodniej, pokazującym, że odwrócenie destrukcyjnych trendów społecznych jest jeszcze możliwe. Trudno dziś przewidzieć, czy Nigel Farage i jego polityczne zaplecze udźwigną ciężar tej odpowiedzialności, czy też – wzorem wydarzeń sprzed dekady – w kluczowym momencie lider formacji ponownie uzna, że „zrobił swoje” i odejdzie.
Jedno jest pewne: punkt zwrotny został przekroczony. Brytyjczycy dobitnie pokazali, że wolą zaryzykować niepewność jutra, niż bezczynnie przyglądać się powolnemu gniciu własnego państwa pod dyktando lewicowego konsensusu. Czas salonowych gier dobiega końca, a o przyszłości narodów decydować będą ci, którzy nie boją się wywrócić stolika.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













