W cieniu Polski

W lutym 2023 roku lider Partii Pracy Keir Starmer ostrzegał w kampanii wyborczej, że przy utrzymaniu dotychczasowych trendów wzrostu, do 2030 roku PKB na mieszkańca w Polsce będzie wyższe niż w Wielkiej Brytanii. Wielu brało jego słowa za groźby bez pokrycia.
Edynburg
Czyta się kilka minut
Stoisko dla poszukujących zatrudnienia w Wielkiej Brytanii podczas targów pracy w 2008 roku w Warszawie. Od tamtego czasu wiele zmieniło się zarówno w Polsce, jak i w Zjednoczonym Królestwie fot. JACEK WAJSZCZAK/REPORTER/east news
Stoisko dla poszukujących zatrudnienia w Wielkiej Brytanii podczas targów pracy w 2008 roku w Warszawie. Od tamtego czasu wiele zmieniło się zarówno w Polsce, jak i w Zjednoczonym Królestwie fot. JACEK WAJSZCZAK/REPORTER/east news

Po trzech latach przewidywania polityka są jednak coraz bliższe ziszczenia. Jego krajowi nie pomaga nawet to, że sam Starmer – już jako premier – przejął ster rozchwianej Wielkiej Brytanii.

Spektakularny rajd Polski w stronę największych gospodarek świata, którego zwieńczeniem było niedawne zaproszenie do udziału w tegorocznym szczycie G20 w Miami, przybrał na dynamice w ostatnich latach. Polska wyrosła na jedną z wiodących gospodarek Unii Europejskiej w czasie, w którym znaczenie Wielkiej Brytanii – niegdysiejszego imperium – uległo bezprecedensowemu osłabieniu. Aby zrozumieć to, w jaki sposób doszło do tej zamiany, warto przyjrzeć się kluczowym punktom procesu transformacji.

Nowy polski start

Po dekadzie starań i referendum, w którym za akcesją do Unii Europejskiej opowiedziało się trzy czwarte głosujących, 1 maja 2004 roku Polska została członkiem Wspólnoty. Otwarcie nowej karty w historii kraju oznaczało dla rodaków nie tylko lepsze perspektywy rozwoju w samej ojczyźnie, ale również możliwość natychmiastowego zamieszkania i podjęcia legalnej pracy w Szwecji, Irlandii i Wielkiej Brytanii.

To właśnie w stronę tej ostatniej zwróciło się najwięcej z nas. Szacunki, jakich dokonało brytyjskie ministerstwo spraw wewnętrznych tuż przed otwarciem granic, prognozowały napływ od 5 do 13 tysięcy Polaków rocznie. W rzeczywistości w ciągu pierwszych trzech lat po akcesji w stronę Wysp udało się blisko milion Polaków! Ku zdziwieniu Brytyjczyków, przerodziło się to w jeden z największych ruchów migracyjnych w powojennej historii Europy.

Mimo ogromnej skali napływu przybysze z odległego kraju dość szybko zaczęli być postrzegani jako wartościowy trybik w napędzaniu brytyjskiej gospodarki, wypełniając luki na rynku pracy i generując wymierne korzyści fiskalne. Wraz z imigrantami z innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej wydatnie przyczynili się do około 5 proc. 
wzrostu PKB w latach 2004–2009 – i to mimo globalnego kryzysu finansowego. W ujęciu rocznym ich wkład w brytyjski budżet wyceniano na ok. 2,5 mld funtów. Polacy masowo podejmowali zatrudnienie w sektorach borykających się z brakiem rąk do pracy, takich jak rolnictwo, budownictwo, hotelarstwo i produkcja. Na dodatek była to grupa, która znacznie więcej wnosiła do brytyjskiego skarbca, niż z niego wyciągała, chociażby w postaci rent bądź zasiłków.

Pokorny jak Polak

„Kiedy tylko stało się jasne, że 1 maja wchodzimy do Unii i będę mógł legalnie pracować w Londynie, od razu kupiłem bilet w jedną stronę. Dopiero wchodziłem w dorosłość, więc kierował mną pewnie nadmierny optymizm. Czułem jednak, że to dla mnie szansa na zmianę w poziomie życia porównywalna do tej, którą dostali moi rodzice w dniu obalenia komunizmu” – wspomina Łukasz Kamiński, który po 19 latach życia i pracy w południowo-wschodniej Anglii, w 2023 zdecydował się na powrót do kraju. Mówiąc o swoich początkach na brytyjskiej ziemi, dotyka kwestii, która na przestrzeni kolejnych lat miała nam, Polakom, zarówno zaskarbić szacunku, jak i zniechęcić do siebie część brytyjskiego społeczeństwa.

Jak bowiem zauważa Kamiński, „po rozpoczęciu pracy w wielkim, podlondyńskim zakładzie przetwarzania żywności Polacy stawali się z miejsca ulubieńcami swoich przełożonych i równie często wrogami kolegów ze zmiany. Nie znaliśmy angielskiego, ale kompensowaliśmy to pracą za trzech. Cieszyliśmy się z każdego zarobionego funta, a jednocześnie trochę nabijaliśmy z flegmatycznych Anglików, którym nie chciało się ruszać. Patrząc na to z dystansu, dopiero po latach zrozumiałem ich punkt widzenia. Brytyjczycy często nie pojmowali, dlaczego ktoś przenosi trzy wielkie palety zamiast jednej i po co przychodzi do pracy godzinę wcześniej, jeśli na koniec dnia i tak dostanie te same pieniądze? Oni nie byli do nas uprzedzeni ze względu na narodowość. Uznawali za to, że to przymusza ich do intensywniejszej pracy, obniża stawki, a patrząc z szerszej perspektywy – zwyczajnie psuje rynek. I dlatego za nami nie przepadali”.

Choć stawianie tezy, że nadreprezentacja Polaków oraz Węgrów, Czechów, czy Słowaków – wyjątkowo pracowitych, ale nierozumiejących specyfiki brytyjskiego sposobu funkcjonowania – doprowadziła do brexitu, może wydać się zbyt daleko idącym uproszczeniem, to jednak trzeba zwrócić uwagę, że tamtejszy system polityczny i medialny przez wiele lat wykorzystał obecność przybyłych z Europy Środkowo-Wschodniej do zdefiniowania na nowo narodowej tożsamości i suwerenności. Imigrację z 2004 roku można więc potraktować jako swoisty lewarek przechylający powoli, acz systematycznie szalę eurosceptycyzmu, który w jakiejś formie był obecny w Zjednoczonym Królestwie od dziesięcioleci.

Londyn zwalnia, Warszawa przyspiesza

Narracja dotycząca tego, że Polska wyprzedzi Wielką Brytanię pod względem gospodarczym, powróciła ze zdwojoną siłą w ciągu ostatnich tygodni na łamach kilku flagowych brytyjskich dzienników. „The Sunday Times”, „The Telegraph” i „The Times” dalekie są przy tym od luźnych dywagacji. Ich prognozy nadchodzących wzrostów oparły się na twardych danych statystycznych, z których wynika, że od 2019 roku gospodarka Polski urosła o niemal 18 proc. w ujęciu realnym, podczas gdy brytyjska wzbiła się o mniej niż 1 proc. Dla wzmocnienia przekazu ekonomiści wskazują, że trend systematycznego skracania dystansu między oboma krajami zaczął się znacznie wcześniej. Podczas gdy w 1995 roku PKB na mieszkańca Polski stanowiło zaledwie 36 proc. brytyjskiego, obecnie wskaźnik ten wzrósł do około 81–86 proc. Według najnowszych analiz cytowanych przez „The Telegraph”, przewiduje się, że średni dochód gospodarstwa domowego w całej Polsce przewyższy brytyjski dokładnie w 2031 roku.

Jako że proces trwa od dłuższego czasu, już dziś możemy wskazać na 12 polskich regionów, które realnie wyprzedziły najsłabsze części Wielkiej Brytanii. Obok warszawskiego, który należy do najbogatszych obszarów w całej Europie, są to województwa dolnośląskie, wielkopolskie, śląskie, pomorskie, małopolskie, mazowieckie, łódzkie, zachodniopomorskie, kujawsko-pomorskie, lubuskie i opolskie. Zostawiają one w tyle m.in. zachodnią Walię, Kornwalię, niegdysiejsze potęgi przemysłowe jak Manchester, południowe i wschodnie Yorkshire, północne Lincolnshire, Durham, części Birmingham oraz wiele składowych Północnej Irlandii. I pomimo że polską przewagę widać głównie na tle regionów z tzw. pasa rdzy i peryferii Wielkiej Brytanii, to jednak – jeśli dać wiarę analizie przeprowadzonej przez „The Times” w ostatnich tygodniach zeszłego roku – gdyby z brytyjskich statystyk wyłączyć Londyn, już teraz cała gospodarka Wielkiej Brytanii byłaby zaledwie o 3 proc. większa od polskiej!

Idąc tropem Banku Światowego, Polski Instytut Ekonomiczny przewiduje dla Polski solidny wzrost PKB na  poziomie 3,2–3,6 proc. w bieżącym roku. Prognozy dla Wielkiej Brytanii na ten sam rok oscylują wokół zaledwie 1,2 proc.

Na ostatniej prostej bywa najtrudniej

Choć czynników, które składają się na obecny obraz sytuacji jest wiele, najistotniejszym z nich wydaje się jeden: determinacja Polek i Polaków, którzy uwierzyli w swoje możliwości i własną sprawczość. Wrodzona pracowitość naszej nacji – po latach wykorzystywania przez większych, zamożniejszych i mocniejszych sąsiadów – nareszcie zaczęła przynosić wymierne efekty. Duże znaczenie miała też demografia.

Opuszczenie przez Zjednoczone Królestwo szeregów Unii Europejskiej odwróciło tradycyjny przepływ ludności. W roku poprzedzającym czerwiec 2025 do Polski wróciło 3,5 razy więcej osób, niż wyemigrowało na Wyspy! Oczywiście duża w tym zasługa absurdalnie wysokich progów kwalifikacyjnych, które Wielka Brytania stawia przed wszystkimi nowo przybyłymi imigrantami. Pytanie, które obecnie stawiają sobie Polacy, brzmi: „Po co?” – dlaczego starać się rozpocząć nowe życie w kraju, który w tak wyraźny sposób, niemal w jednej chwili, z „ziemi obiecanej” przemienia się w symbol minionej potęgi, popełnionych błędów i rażących zaniedbań?

Aby Polska wykorzystała swą historyczną szansę prześcignięcia Zjednoczonego Królestwa i dołączenia do grona największych graczy w Europie, musi jednak stawić czoła kilku barierom, które majaczą na horyzoncie. W opinii Polskiego Instytutu Ekonomicznego największą z nich jest kryzys demograficzny. Nad Wisłą rodzi się tak mało dzieci, że do 2030 liczba osób w wieku produkcyjnym najprawdopodobniej drastycznie spadnie. Zwiększy to obciążenia dla systemu emerytalnego i zdrowotnego, a także pogłębi lukę pracowniczą w sektorach wysokich technologii i budownictwie. Drugą kwestią jest wyzwanie konkurencyjności. Od dostarczyciela taniej siły roboczej musimy przejść do pozycji kraju oferującego innowacje. Jak wskazują analitycy, mimo iż polskie nakłady na badania i rozwój systematycznie rosną, nadal odbiegają od poziomu liderów innowacji. Polska gospodarka w dużej mierze opiera się na montowniach i centrach usług wspólnych zagranicznych korporacji, zamiast na tworzeniu własnych, globalnych marek technologicznych. W tym kontekście koniecznym może okazać się uwolnienie rodzimego potencjału. Dlatego tak istotnym jest chociażby utrzymanie trendu powrotu Polaków z emigracji. Tworzenie warunków sprzyjających powrotom Polonii przyniesie nie tylko zastrzyk nowej siły roboczej. Ich doświadczenie zawodowe, znajomość języków, umiejętność odnajdowania się w nowym środowisku oraz, w wielu przypadkach, wypracowana stabilność finansowa, mogą stanowić swoisty języczek u wagi w procesie dalszego wzrostu.

Ostatnią dużą przeszkodą pozostaje bliskość wojny na Ukrainie. Polska przeznacza obecnie rekordowe kwoty (ponad 4 proc. PKB) na obronność. Choć zwiększa to bezpieczeństwo, są to środki, które nie pracują bezpośrednio na wzrost cywilnej konsumpcji czy inwestycji prorozwojowych. Ryzyko geopolityczne może wpływać na wyższe koszty obsługi długu publicznego w porównaniu do krajów „starej” Unii.

Jeśli pokonamy wszystkie przeszkody, Polska da wspaniały przykład tego, jak systematyczne dążenie do celu pozwala spełniać najodważniejsze sny, a Starmerowi pozostanie jedynie gorzka satysfakcja z bycia prorokiem we własnym kraju.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 4/2026