Powroty do domu

Do kraju masowo zaczęli wracać polscy emigranci z Europy Zachodniej. Chociaż nad Wisłą wciąż zarabiamy wyraźnie mniej niż w Holandii czy Niemczech, to atrakcyjną rekompensatą są lepsze niż na Zachodzie warunki życia.
Czyta się kilka minut
Krakowskie Przedmieście, Warszawa, Trakt Królewski, 15 czerwca 2025 r. | Fot. Arkadiusz Ziółek/East News
Krakowskie Przedmieście, Warszawa, Trakt Królewski, 15 czerwca 2025 r. | Fot. Arkadiusz Ziółek/East News

Już jakiś czas temu Polska przestała być miejscem, z którego każdy z głową na karku stara się wyjechać. W okolicach połowy zeszłej dekady polski rynek pracy zaczął nieśmiało przypominać tzw. rynek pracownika, czyli sytuację, w której to etatowcy dyktują warunki, a przedsiębiorcy muszą wręcz zachęcać kandydatów do składania aplikacji. Warunki zatrudnienia wciąż były wtedy jeszcze zbyt mało atrakcyjne, by przyciągnąć z powrotem nad Wisłę emigrantów, którzy wyjechali dekadę wcześniej. W latach 2014–2015 Polska szeroko otworzyła się więc na imigrację, początkowo głównie z Ukrainy, która właśnie w tamtym czasie przeżywała pierwszą rosyjską inwazję na Krym i Donbas. Następnie do imigrantów znad Dniepru dołączyli mieszkańcy państw należących do tzw. Partnerstwa Wschodniego, czyli formatu współpracy Unii Europejskiej z państwami byłego ZSRR: Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi itd.
Obecnie pracować w Polsce przyjeżdżają ludzie z całego świata: z Ameryki Południowej, Azji Południowo-Wschodniej czy afrykańskiego Sahelu. Doszło jednak do kolejnego przełomu, bo masowo do Polski zaczęli wracać polscy emigranci z Europy Zachodniej. Chociaż wciąż zarabiamy wyraźnie mniej, warunki do życia Polska potrafi zaoferować znacznie lepsze. Zgodnie ze starą prawdą, że nie samymi pieniędzmi człowiek żyje.

+12 tys.
wyniosło w 2024 r. nasze saldo migracji z Niemcami –
w tym czasie za Odrę wyjechało 76 tys. Polek i Polaków,
a 88 tys. wybrało powrót do kraju

Auf wiedersehen
W 2024 roku Polacy zaczęli gremialnie opuszczać Niemcy. Zresztą towarzyszyła temu cała seria tekstów polskich emigrantów w Niemczech w naszej prasie ekonomicznej, w której tłumaczyli powody decyzji. Jednym z nich był pisarz Jacek Dehnel, który wrócił do kraju pod koniec zeszłego roku, przy okazji głośno skarżąc się na warunki życia za Odrą.
„Ci, którzy przyjechali do Niemiec w ostatnich latach, mają trochę inne oczekiwania i standardy niż stara emigracja. To pokolenie, które wyjechało w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych, ma poczucie, że musimy być wzorowymi migrantami i nie możemy się skarżyć. I że to jest jakaś niesamowita łaska, że możemy tu mieszkać. […] A my jesteśmy obywatelami Unii Europejskiej, przyjeżdżamy do siebie. I mamy pewne oczekiwania. Na przykład, że niektóre rzeczy można załatwić w języku angielskim, płacić kartą kredytową… Nie tylko przyjeżdżamy, płacimy podatki, ale również mamy wymagania, standardy. Ja oczekuję pewnego rodzaju usług. Co więcej, porównuję to z poziomem usług w Polsce” – mówił Dehnel w wywiadzie z niemieckim Deutsche Welle.
Według danych niemieckiego ośrodka statystycznego Destatis w zeszłym roku do Niemiec przyjechało się osiedlić 76 tys. Polek i Polaków, natomiast powrót do kraju wybrało 88 tys. Nasze saldo migracji z Niemcami wyniosło więc 12 tys. na plusie, co jest najlepszym wynikiem od wejścia do UE w 2004 roku. Dodatnie saldo migracji od kilku lat notujemy także w odniesieniu do Wielkiej Brytanii. W ostatniej dekadzie z Wysp wracało 30 tys. osób rocznie. W tym przypadku impulsem był jednak brexit, czyli wyjście Londynu z UE, co skomplikowało sytuację Polaków w Zjednoczonym Królestwie (UK), a na pewno bardzo utrudniło nowym emigrantom wyjazd na Wyspy. Nie jest więc powiedziane, że całe 300 tys. byłych ekspatów nie wyjechało znów w inne miejsce. Niewątpliwie jednak ci, którzy wrócili w ostatnich kilku latach, motywowani byli również chęcią rozpoczęcia ponownego życia nad Wisłą, a nie tylko restrykcjami biurokratycznymi.
Eksodus Polaków z Niemiec, a z Wysp także pozostałych nacji Europy Środkowo-Wschodniej, spowodował duże perturbacje gospodarcze. W Niemczech od kilku już lat notuje się problem ze znalezieniem rąk do pracy w rolnictwie, czego najgłośniejszym przypadkiem były kłopoty farm uprawiających szparagi. Nagle zabrakło chętnych do ich zbierania zarówno wśród stałych mieszkańców krajów Europy Środkowo-Wschodniej, jak i emigrantów przebywających już w Niemczech. Brytyjczykom przyszło się natomiast mierzyć z ogromnym deficytem kierowców, co odbijało się szczególnie w branży przewozów towarowych. Brytyjczykom brakuje również około 60 tys. hydraulików, którzy są obecnie jednym z najbardziej rozchwytywanych zawodów na rynku.

Bezpiecznie jak w Polsce
Eksodus Polaków wzbudził na Wyspach bardzo duże zainteresowanie społeczeństwa. Gdy Brytyjczycy zaczęli odkrywać powody tych masowych powrotów, nie mogli ukryć zdziwienia. Najczęściej przywołaną przyczyną jest ogromna różnica w poziomie bezpieczeństwa. W filmie Why Are Polish People LEAVING the UK And Moving Back to Poland? w serwisie YouTube Rory Paints rozrysował kluczowe przyczyny porzucania Wielkiej Brytanii przez naszych rodaków i najwięcej miejsca poświęcił różnicy w przestępczości. Istotna różnica występuje już przy najcięższych przestępstwach, czyli celowych zabójstwach. W Wielkiej Brytanii notuje się około 1,1 zabójstwa na 100 tys. mieszkańców, tymczasem w Polsce 0,7 (w 2024 roku wskaźnik wzrósł do 0,8). Polska wspólnie z Niemcami pod tym względem wypadła dokładnie w środku państw UE. W Czechach było to tylko 0,6, ale na Łotwie aż 4,2. Na Litwie zanotowano 2,4 zabójstw na 100 tys. osób. Łotwa przypomina pod tym względem USA. Polska za to w latach 90. przypominała pod tym względem kraje bałtyckie, ale dzięki skutecznej pracy organów ścigania udało się wsadzić do więzień najgroźniejszych gangsterów i zapobiec rozpowszechnieniu posiadania broni. To jeden z tych sukcesów cywilizacyjnych III RP, o których mało się mówi i nie docenia.
Wielka Brytania akurat nie charakteryzuje się szczególnie wysokim wskaźnikiem zabójstw. Prawdziwą różnicę widać dopiero w mniej poważnych przestępstwach i drobnej bandyterce, które na Wyspach są normą. W Polsce w 2023 roku zanotowano 13 rozbojów (kradzież z użyciem przemocy) na 100 tys. mieszkańców. W Wielkiej Brytanii ostatnie dane obejmują 2017 rok, ale są zatrważające – mowa o ponad 130 rozbojach/100 tys. W Zjednoczonym Królestwie jest dziesięć razy bardziej prawdopodobne, że zostanie się ofiarą rozboju niż w Polsce. W Niemczech wskaźnik rozbojów również był wysoki i wyniósł 54/100 tys. W pierwszej Hiszpanii aż 135. Polska była pod tym względem szósta od końca w UE, a Niemcy siódme od góry.
Gigantyczną różnicę widać także w przemocy seksualnej. W Polsce notuje się niespełna 10 przypadków na 100 tys. populacji, tymczasem w UK ostatnie dane, którymi dysponuje Eurostat (2018), mówią o 275 przypadkach przemocy seksualnej. Wielka Brytania byłaby w UE bezapelacyjnie na pierwszym miejscu. W drugiej Szwecji wskaźnik ten również jest dramatyczny, gdyż wyniósł 192/100 tys. W Niemczech 63. Oczywiście zapewne część racji mają te komentatorki, które zwracają uwagę na niski odsetek zgłoszeń na policję i rzadkie skazywanie przestępców seksualnych przez sądy. Różnica jest jednak zbyt duża, by zrzucać ją tylko na karb mniejszej skłonności do zgłaszania tego typu działań i większą tolerancję na nie. W bardzo podobnej pod względem mentalności społecznej Irlandii wskaźnik przestępstw seksualnych wyniósł 56/100 tys., a w Hiszpanii 40. Niestety Europa Zachodnia zmaga się z falą nieodpowiednich zachowań w obszarze seksualności, które mieszkańcom dzielnic biedy służą nie tyle do rozładowania napięcia, ile raczej do okazania dominacji w stosunku do przedstawicieli zamożniejszych klas i grup etnicznych.
Polska pod względem przestępstw seksualnych jest trzecia od końca w UE. Niemcy szóste od góry. W przypadku kradzieży z włamaniem Polska jest czwarta od końca, a Niemcy w górnej dziesiątce. W tej kategorii Wielka Brytania znajdowałaby się na trzecim miejscu w UE, z wynikiem 8,5 razy wyższym niż w Polsce. Te różnice są gigantyczne i to już jest poziom odczuwany na co dzień. Nawet jeśli samemu się nie zostało ofiarą włamania, to każdy zna kogoś z sąsiedztwa, kto musiał coś takiego przeżyć. Dla mieszkańców Wysp pierwszy przyjazd do Polski często wiąże się z szokiem, że na polskich ulicach czy w metrze jest tak spokojnie, bezpiecznie i czysto, a nocą nie trzeba oglądać się za siebie.
„Mieszkam w Polsce od 13 lat. Zgubiłem portfel w pociągu – facet przyjechał i dostarczył mi go dwa dni później (miał mój adres w książeczce zdrowia psa). Nic nie zginęło. Poza tym czuję się bezpiecznie wyprowadzając psa o 2 w nocy, a mieszkam na obrzeżach” – napisał jeden z użytkowników YT pod filmem Rory’ego Paintsa.

Biedna? Już dawno nie
Życie w Polsce przestało już być udręką, szczególnie pod koniec miesiąca. Obecnie większość pracujących nie tylko spokojnie się utrzymuje, ale też może sobie pozwolić na przyjemności. To efekt dynamicznie rosnących płac, co było szczególnie widoczne od połowy zeszłej dekady. W 2008 roku średnie wynagrodzenie godzinowe w Polsce brutto wynosiło 7,6 euro, co było trzykrotnie gorszym wynikiem od średniej UE. W 2024 roku za godzinę pracy w Polsce trzeba już było zapłacić średnio 17,3 euro, co było niespełna dwukrotnie niższym wynikiem niż średnia UE. Różnica nadal jest więc spora, ale obecnie nie stanowi już ona takiej zachęty jak w pierwszych latach po akcesji do UE. A to ze względu na różnicę cen, którą trzeba uwzględnić przy planowaniu ewentualnej przeprowadzki. Według Eurostatu w 2024 roku ceny konsumpcyjne w Polsce wyniosły 72 proc. średniej UE, co było trzecim wynikiem od końca, jedynie przed Rumunią i Bułgarią. W Niemczech ceny wynoszą 109 proc. średniej UE, a w Holandii 116 proc. Polska płaca realnie wynosi więc około 23 euro, natomiast niemiecka nominalnie to 43 euro, ale realnie 39 euro. W Holandii po uwzględnieniu cen płacą równowartość 38 euro za godzinę.
Polskie płace realne dobijają więc obecnie do dwóch trzecich wynagrodzeń w Niemczech i Holandii. A to już nie jest różnica, która mogłaby skłaniać do masowych wyjazdów do obcego kraju. Nadal opłacalne są wyjazdy krótkookresowe w celu zarobienia euro, powrotu i wymiany wynagrodzenia na złote, jednak pobyt stały może być per saldo wręcz nieopłacalny. Oprócz różnicy w cenach konsumpcyjnych dochodzą jeszcze różnice w kosztach utrzymania mieszkania. W Europie Zachodniej łatwo jest o pracę w największych miastach, w których najtrudniej jest za to o dostępne cenowo mieszkania. W Berlinie czy Londynie króluje najem okazjonalny, a wiele mieszkań nie jest wykorzystywana nawet jako lokale dla turystów. Stoją zwyczajnie puste, gdyż ich właściciele – często wschodni oligarchowie lub szejkowie arabscy – traktują je jak inwestycje i czekają na wzrost cen. Przyjęcie lokatora wiązałoby się z różnymi dodatkowymi obowiązkami, a po co sobie zawracać głowę.
W przypadku nieruchomości mieszkalnych różnice w kosztach są jeszcze bardziej drastyczne niż w przypadku cen w sklepach. W 2023 roku przeciętne ceny lokali mieszkalnych w Polsce wynosiły 46 proc. średniej UE. W Niemczech było to 114 proc. średniej unijnej, a w Holandii aż 134 proc. W stolicach państw Europy Zachodniej – szczególnie w Madrycie, Londynie, Berlinie, Kopenhadze czy Rzymie – utrzymanie się w wynajmowanym tylko przez siebie lokalu jest bardzo trudne, więc emigranci często mieszkają w kilka osób, jak studenci. Można w ten sposób przetrwać trzy miesiące, szczególnie jeśli i tak nie bywa się w domu, lecz pracuje długimi godzinami. Na stałe taki tryb życia po trzydziestce przestaje być interesujący.
Poza tym w Polsce szybciej można znaleźć pracę, gdyż stopa bezrobocia jest ekstremalnie niska – wynosi obecnie 3,1 proc. i jest czwarta od końca w UE. Akurat w Niemczech i Holandii również jest dosyć niska (po ok. 3,8 proc.), ale w innych tradycyjnych destynacjach emigracji jest znacznie wyższa – w zamożnej Szwecji to niespełna 9 proc. Kto by przypuszczał, że już dwie dekady po wejściu Polski do UE stopa bezrobocia nad Wisłą będzie trzykrotnie niższa niż po drugiej stronie Bałtyku. We Francji (7,6 proc.) jest 2,5 razy wyższa niż w Polsce, a w Finlandii jest wręcz dwucyfrowa (10 proc.).
Nie ma więc co się dziwić, że Polacy rozpoczynają masowe powroty także z innych państw niż Wielka Brytania, z której trwa to już od 2017 roku. Polska dosyć niepostrzeżenie stała się jednym z lepszych miejsc do życia na świecie, o ile tylko zna się przynajmniej język angielski i chce się pracować. Jest także bardzo atrakcyjna dla rodzin z dziećmi, gdyż oferuje nie tylko całkiem hojne benefity (800 plus, ulgi podatkowe itd.), ale też bezpłatną edukację i szkolnictwo wyższe, co zdecydowanie nie jest normą nawet w UE. Pod względem nominalnych zarobków różnica jest nadal spora, jednak nasz kraj jest dowodem na to, że odpowiednim sposobem organizacji państwa i redystrybucją dochodu można zniwelować nawet dwukrotne różnice w wynagrodzeniach. Obyśmy nie osiedli na laurach, gdyż obszarów dysfunkcjonalności państwa wciąż jest co niemiara. 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 37/2025