Niespokojne serce papieża

O intelektualnym, duchowym i ludzkim rysie Leona XIV w pierwszą  rocznicę jego wyboru z ks. dr. Remigiuszem Szauerem rozmawia ks. Wojciech Nowicki, redaktor naczelny.
Czyta się kilka minut
fot. Massimo Valicchia/Getty Images
fot. Massimo Valicchia/Getty Images

Mam taką hipotezę. Po duszpasterskim pontyfikacie Jana XXIII i bardziej intelektualnym Pawła VI nastąpiła ich synteza w krótkim pontyfikacie Jana Pawła I i bardzo długim pontyfikacie Jana Pawła II. Zresztą, wybór imienia jest tu wymowny. Czy pontyfikat Leona będzie syntezą intelektualnego pontyfikatu Benedykta XVI i pastoralnego pontyfikatu Franciszka? Przy świadomości uproszczeń, jakie teraz robię, Leon jest Benedyktem Franciszkiem?

– Na pewno z Benedykta Leon bierze klarowność języka, to znaczy wyraźne odniesienie do doktryny, do liturgii, do pewnego teologicznego porządku. Od Franciszka – na pewno ukierunkowanie na ubogich, na peryferie, na pokój, na synodalność. I w tym sensie ta synteza wydaje się właściwa. Ale z drugiej strony, możemy też dopatrzeć się pewnej łączności z Janem Pawłem II.

Ja bym raczej optował za stwierdzeniem, że Leon jest po prostu Leonem. Wydaje się papieżem ciągłości. Dlatego będziemy widzieli w nim i Benedykta, i Franciszka, i Jana Pawła II. Ale przede wszystkim będziemy w nim widzieli Sobór Watykański II z jego wezwaniem do rozeznawania znaków czasu. Papież jest więc widzialnym znakiem ciągłości i tożsamości, z drugiej strony pozostaje otwarty na potrzeby czasu.

To wybrzmiało w jego homilii inauguracyjnej. Mówił w niej o sobie jako o bracie, słudze wiary, słudze radości. Odwoływał się też do Augustyna – mówił o niespokojnym sercu. Tu jawi nam się wprost obraz papieża Leona: zachowując to wszystko, co zostało powiedziane przez poprzedników jako cenne, jednocześnie jest papieżem, który w niespokojnych czasach, rozumiejąc niespokojne serca, zgodnie z rytmem Augustyna, też sam, mając niespokojne serce, prowadzi przez te czasy.

Dla mnie to jest pierwsza rzecz, która się bardzo rzuca w oczy, że on jest na wskroś augustiański i nie ma się co dziwić – jest augustianinem. I ten Augustyn pojawia się wszędzie niemalże jako punkt odniesienia i taki element porządkujący. Zresztą, podobnie jak u Franciszka, u którego dało się wyczuć wyraźnie tożsamość ignacjańską.

– To jest piękne, że papież nie wyzbywa się swojej tożsamości, ale wnosi ją do dziedzictwa papiestwa. To było widoczne podczas jego wizyty w Afryce, gdy był przy grobie św. Augustyna. Augustyn nie jest dla papieża dekoracją intelektualną, jakoby wypadało się odwoływać do niego, skoro jest się augustianinem. U Leona widać zapotrzebowanie na to, by Augustyna przekładać na życie, żeby on dostarczał pewnej kompozycji spojrzenia na współczesny świat. Ta metafora niespokojnego serca jest interesująca właśnie w kontekście przywołania jej podczas inauguracji pontyfikatu. Papież przywołuje to zdanie z intencją antropologicznego rozeznania tego, jaki jest dzisiaj człowiek, jaki jest świat, jaki jest też Kościół. Możemy powiedzieć, że żyjemy w niespokojnych czasach, a odpowiedzią papieża nie jest ani ideologia, ani jakiś sentyment, ani konfrontacyjne podejście do świata, tylko rozumiana w duchu Augustyna uporządkowana miłość, zakorzeniona w prawdzie, oparta na solidnym fundamencie.

Myślę, że po ośmiu latach pontyfikatu Franciszka, który był pod wieloma względami pontyfikatem znaków, takiego trochę wypuszczania się nieraz w tereny nieznane, trochę przyglądania się, jakie będą reakcje…

Niektórzy mieli wrażenie rozbujania łodzią Kościoła i pewnej dezorientacji.

– Franciszkowe, nazwijmy to, nieprzewidywalne czasami działanie wynikało, takie mam wrażenie, trochę z pragnienia poruszenia wody Kościoła. Leon, tak mi się wydaje, nie tyle widzi konieczność uspokojenia Kościoła po poprzedniku, ile po prostu idzie za jego natchnieniami, ale sam w sobie ma inną metodologię działania.

Styl Leona wynika z jego natury, z jego osobowości, a nie z ustawienia się wobec poprzednika. Leon sprawia wrażenie człowieka uporządkowanego, więc będzie też porządkował, nie tylko decyzjami, ale przede wszystkim pewnym stylem bycia. Być może wynika to z jego duchowości augustiańskiej, ale powraca u niego często wątek wspólnoty. Być może przez te niespokojne czasy mamy iść razem, a żeby to było możliwe, wymaga to jakiegoś uporządkowania opartego na kryteriach rozeznania, które nie dokładają dodatkowego niepokoju.

Pewną metodologię działania Leona widać na przykład w jego stosunku do sztucznej inteligencji. Papież widzi wyzwania, konieczność weryfikacji podejścia do nowych technologii, ale nie mówi przy tym językiem postulatywnym, raczej zachęca, by zobaczyć, jaka jest sytuacja, zbadać ją, zbadać stan technologii, zadać sobie pytania etyczne. To samo widać na przykładzie orędzia dotyczącego pokoju. Papież rozumie, czym jest prawo międzynarodowe publiczne, rozumie, jakie są narzędzia dyplomatyczne, uwzględniając to, podejmuje się szukania swojej drogi – tego, co my możemy zrobić jako Kościół.

Po pontyfikacie Franciszka Leon odziedziczył synodalność jako nowy model bycia Kościołem. Wiemy już, że będzie ją kontynuował i rozwijał, co niektórych rozczarowało, bo liczyli na porzucenie tej drogi, a przynajmniej znaczącą korektę.

– Franciszek miał dużo celnych intuicji, postulatów. Czasem rzucał je podczas konferencji w samolocie i można było odnieść wrażenie, że ich recepcja kończyła się wraz z lądowaniem samolotu. Myślę, że Leon spróbuje przełożyć intuicje poprzednika na tak zwane praktyczne implikacje.

Na ten moment możemy jedynie prognozować. Ale widać, że dla Leona synodalność jest czymś ważnym i on będzie to kontynuował. Jeśli u początku procesu była franciszkowa kultura słuchania, to u Leona widać to w praktyce – on jest bardzo uważny w słuchaniu. Podczas jego wizyty w Monako odbyło się spotkanie z młodzieżą. Swoje świadectwa dawali katechumeni, którzy mieli przyjąć chrzest w Wigilię Paschalną we Francji. Widziałem, jak on uważnie słucha i jak naturalnie odnosił się do tych wypowiedzi.

W przypadku synodalności nie tyle chodziło o konkretne zmiany, ile złamanie kodu. Po prostu Kościół jest Kościołem słuchającym – z jednej strony – wewnątrz, wzajemnie, z drugiej – na zewnątrz, słuchającym świata. Tu nie chodzi o jakieś wielkie akty wykonawcze, ale o to, żeby umieć na spotkaniach się słuchać, żeby zauważać różne perspektywy, różne rozwiązania, stawiać różne diagnozy, uzgadniać to, co wspólne. Jaki mamy z tym problem na gruncie polskim! Jak bardzo jesteśmy, niestety również w Kościele, uwikłani w logikę plemienności! To na pewno nie jest synodalne.

Ja myślę, że ze słuchaniem to my mamy problem na różnych poziomach i to nie tylko w Kościele. Słuchamy pozornie i tak wiedząc lepiej…

– A Leon nie tyle mówi o słuchaniu, ile po prostu słucha. Zorganizował konsystorz, żeby posłuchać od kardynałów, czym żyje Kościół. Ale spotkał się też ze świeckimi. Naturalne było dla niego spotkanie z ubogimi i nie krępował się pojechać do bogatego Monako. Z Monako pojechał do ubogiej Afryki. Leon pokazuje, że w Kościele jest miejsce dla wszystkich: ubogich i bogatych, centrum i peryferii, Europy i Afryki, kardynałów i świeckich, polityków i zwykłych ludzi.

Leon nie dzieli, szuka tego, co łączy. Temu służy to, co Franciszek nazywał kulturą spotkania i kulturą słuchania. Dobrze to było widać na przykładzie spotkania z prymaską Anglii i Walii. Spotkanie przez niektórych prześmiewane, może niezręczne. Papież zwyczajnie ją podjął, spotkali się, porozmawiali, wspólnie pomodlili. Nie jest sztuką komuś naubliżać. Ale znaleźć z nim wspólną przestrzeń spotkania już tak. Nie tracąc przy tym własnej tożsamości. Krzyża można używać, by bić nim kogoś po głowie. A można spojrzeć na krzyż z perspektywy Wielkiego Piątku.

Jeżeli zaczynamy od wydawania dyrektyw, zarządzeń, to ani nie ma spotkania, ani pojednania. Jeżeli papieżowi leży na sercu pojednanie, to najpierw trzeba się spotkać i posłuchać drugiej strony, zrozumieć jej inność, odmienność, uwarunkowania historyczne. Na to papież też jest wrażliwy, więc jedno nie wyklucza drugiego.

Zdaje się, że nakreśliliśmy trochę profil intelektualny i duszpasterski Leona. Spójrzmy jeszcze na niego jako człowieka. Zwróciłem uwagę na to, jak on się momentami wzrusza. Widzę, jak przeżywa Eucharystię. Widzę jego naturalność i radość, gdy spotyka się z ludźmi.

– Rzeczywiście, to bycie przez Leona papieżem wydaje się takie naturalne. Jakby nie musiał się w ogóle wcielać w rolę papieża. Widać, że on nie stracił tego rysu duszpasterskiego w sobie. Wiadomo, że przyjmuje pewną rolę, ale nie nadaje temu niepotrzebnej pompatyczności. Jest bliski. Widać czasem, że coś go rozbawi, jak tańce podczas procesji z darami, to się dyskretnie zaśmieje. Viralowy stał się widok, kiedy wpisuje się do księgi, mając pod stołem kartkę ze ściągą, jak student na egzaminie. To wszystko pokazuje, że on nie gra, nie tworzy pozorów, po prostu jest sobą.

Zastanawiające jest w tym wszystkim jeszcze coś innego. Papiestwo ma pewną swoją powagę, historię, tradycję, zwyczaje. Papież kiedyś chodził w tiarze, traktowany był jak dostojny władca. A z drugiej strony papież ma być pasterzem, który idzie pośród nas. I tu jest pewien konflikt natury kulturowej, socjologicznej. Jak to papiestwo ma być realizowane dzisiaj? Wydaje się, że w sposób, jaki pokazują nam ostatni papieże – bardzo ludzki, bliski człowiekowi. Leon świetnie łączy powagę urzędu ze zwyczajną, ludzką naturalnością.

Na razie wydaje mi się, że wystawiamy laurkę Leonowi. Nie ma żadnych rysów na jego pontyfikacie?

– Na początku miałem troszeczkę mu za złe, że jest opieszały. To jest pontyfikat, w którym papież działa dość spokojnie. Długo czekaliśmy na przykład na nominacje biskupie w Polsce. Ale z drugiej strony, widać, że warto czekać. Są sytuacje, w których papież interweniował, w których jasno się wypowiedział. Rok to dużo i mało, żeby powiedzieć, jaka jest logika pontyfikatu. Myślę, że najbardziej weryfikującym ją jest kryzys.

Być może będzie nim zapowiadana na początek lipca sakra biskupia w tradycjonalistycznym Bractwie Kapłańskim św. Piusa X?

– Reakcja Leona zdefiniuje go wobec tego typu sytuacji, grup czy ruchów. Wyświęcenie biskupów bez zgody Watykanu oznacza ekskomunikę. Czy papież wezwie ich do powrotu? Czy jednak droga dialogu nie została już wyczerpana? Papież, jako promotor ciągłości, synodalności, kolegialności jest jednocześnie przeczulony na jedność. Wydaje się, że nie pozwoli sobie na intencjonalne i świadome rozgrywanie jedności w imię forsowania jakichś własnych interesów.

Perspektywa jedności była też głównym punktem odniesienia w odpowiedzi na pytanie o opinię na temat decyzji biskupów niemieckich o błogosławieniu par jednopłciowych.

– To jest ustawienie pewnej hierarchii. Punktem wyjścia jest to, aby wiedzieć, kim w ogóle jesteśmy, do czego się odwołujemy, co jest ważne? Kogo my dostrzegamy w sobie? Zaczęliśmy niebezpiecznie dzielić świat na lepszych i gorszych, swoich i obcych, a jednym z podstawowych pytań w Biblii jest to, kto jest moim bliźnim. Na co dzień przyjmujemy taką postawę, że jeśli ktoś ma inny światopogląd, dokonuje innych wyborów moralnych, to my już nie możemy z nim rozmawiać, staje się dla nas gorszy, więc musimy się od niego odciąć, zdystansować, bo przecież on popełnia grzech. Tyle że taka logika jest obca tożsamości chrześcijańskiej.

Czekamy na pierwszą encyklikę Leona. Spodziewamy się, że będzie to dokument programowy?

– Ja bym nazwał takim programowym tekstem orędzie papieża na Światowy Dzień Pokoju. W temacie pokoju Leon jest bardzo konsekwentny. Tam się pojawiają te dwie konstrukcje: pokój nieuzbrojony i pokój rozbrajający. Bardzo trafne intuicje. On jest konsekwentny względem tej pokojowej retoryki. Podczas czuwania w Bazylice św. Piotra zwrócił uwagę na to, że wojna nie zaczyna się od pierwszego pociągnięcia za spust, od wystrzelania pierwszej rakiety, ona zaczyna się w głowie. W kontekście polaryzacji społeczeństw, plemienności to jest bardzo aktualne. Poza tym trzeba mieć odwagę powiedzieć na temat krytykującego go rodaka, prezydenta USA Donalda Trumpa: „Ja nie będę z nim dyskutował, ja się czym innym zajmuję”.

Ciekawie zilustrowano to w „Die Zeit”. Papież idzie za Trumpem i depcze butem jego krawat.

–  Bo trzeba zatrzymać ten szaleńczy pęd. Wrócę do tego orędzia o pokoju, które papież konsekwentnie realizuje. Na przykład teraz w Afryce. To kontynent, gdzie w wielu miejscach od dekad rządzą dyktatorzy. Władza jest skorumpowana, kwitnie nepotyzm, rządzi mafia. Siedzi taki dyktator na mszy, a papież wobec niego, bez żadnego skrępowania, krytykuje patologię władzy. Mówi wprost. Wszyscy wiedzą, kogo się te słowa tyczą. Podobnie brzmią wypowiedzi Leona w sprawie sytuacji w Stefie Gazy. Papież mówi wprost, że tam giną dzieci, że pokoju nie można interpretować w kategoriach czyichś interesów.

To jest naprawdę ważne w świecie fejków, postprawdy, dezinformacji. W świecie, gdzie używa się języka biznesu, języka siły, nie liczy ze słabszymi, ktoś nie boi się mówić prawdy i – nie patrząc na koszty – upomina się o prawdziwy pokój. W tym sensie uważam, że apele Leona i jego przemówienia trzeba potraktować bardzo poważnie, bo z nich wyłania się bardzo konkretna doktryna pokoju.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 19/2026