Bigos, mydło i powidło

Milionom widzów – jak inżynierowi Mamoniowi z Rejsu – podobają się tylko te filmy, które już raz widzieli. I to jedyny powód, by poświęcić sto minut, plus reklamy, na komedię romantyczną Miszmasz, czyli Kogel-mogel 3.
Czyta się kilka minut
FOT. MATERIAŁY PRASOWE
FOT. MATERIAŁY PRASOWE

Tę samą historię opowiedzianą po raz trzeci można by sobie słodko odpuścić, gdyby nie to, że za każdym razem rozgrywa się ona w innej Polsce. I to nie damsko-męskie perypetie – banalne do bólu zębów – trzymają nas przed ekranem, lecz Polska, która przemyka w tle.
 
Szatkownica pracuje
Nie zostawiamy widzom złudzeń: twórcy „trójki” mocno się uwstecznili. Poprzednie Kogle-mogle to nie był brylant wśród komedii romantycznych, ale przynajmniej konsekwentnie relacjonowały wojenkę Polski „miastowej” z „wsiową”. Oczywiście na własną miarę. W Miszmaszu panuje jednak zasada kompletnej sieczki. Nic tu do niczego nie przylega – oglądamy z rosnącym zażenowaniem rozpaczliwą łataninę wątłej historyjki za pomocą gotowców i grepsów. Że pierwsza miłość razi jak piorun, że jak zakochani, to tylko na ławeczce i pod księżycem i podobne.
Poza tym aktorzy mówią o tym, co akurat robią albo tłumaczą, co widz ogląda na ekranie, a pomiędzy wkładają mądrości życiowe z internetu. Miszmasz ujawnia się nawet w muzyce: jak rzecz startuje od piosenki Szukaj mnie z pierwszej części serii  (tym razem śpiewają Ania Rusowicz i Sławek Uniatowski), a kończy się występem Zenka Martyniuka, to pośrodku musi się oczywiście znaleźć zespół Breakout i Andrzej Zaucha. Szatkownica pracuje!
 
Pół litra i słone paluszki
Zobaczmy jednak, co ta partanina mówi mimochodem o nas samych. I to od premiery pierwszego Kogla-mogla (sierpień 1988). Otóż Polska z epoki gnijącego socjalizmu to taki osobliwy dwudzielny wiejsko-miejski kraik gdzieś na wygwizdowie Europy. Wieś pozostała zachowawcza i przywiązana do tradycji. Nie zawsze tej najlepszej. Jak organizują wesele, to półlitrówka przypada na głowę: obojętnie męską czy damską. A i tak: „dla pewności trzeba będzie skrzynkę dokupić”. Ostatecznie „dla przyjemności nikt nie pije. Tylko jako mus”. W chałupach – już murowanych, choć krytych eternitem – panuje stosowna elegancja: na stole kryształ, na ścianie oleodruk, na parapecie pelargonia. Za potrzebą chodzi się do wychodka (z serduszkiem) koło stodoły. Wioskowym pod względem duchowym patronuje z wysoka ksiądz proboszcz. Resztą zarządza towarzysz naczelnik, bo od niego zależy, kto dostanie talon na ciągnik albo na pustaki.
Dziewczyna z takiej wsi ma jasno wytyczoną ścieżkę życiową: wydać się korzystnie za mąż (najlepiej za jak najwięcej hektarów) i urodzić rodzicom wnuki (też jak najwięcej). Jedyny sposób, by przeniknąć do wyższej sfery, to ukończyć studia i wkraść się w szeregi inteligencji. Inna ścieżka awansu po prostu nie istnieje.
Ale Kasię ze wsi Brzózki Warszawa też rozczarowuje. To również regiony biedy i kiczu – odmiennego, ale jednak. Stolica jest pociągająca, ale tylko w telewizji. Z bliska obłazi z tynku, jest brudna, szarobura i ponura. Prawdziwy handel – bo na państwowe sklepy nie ma co liczyć – toczy się na chodnikach, warzywa, ciuchy i elektronikę sprzedaje się wprost ze składanych łóżek.
W mieszkanku uniwersyteckiego docenta (dziupla w mrowiskowcu) plusze, meble „rustykalne” i fototapeta plus sprzęt hi-fi. Gości podejmuje się krakersami i słonymi paluszkami. Docent dojeżdża na uczelnię mały fiatem, co i tak jest wyróżnikiem wyższego statusu materialnego. W dziekanatach i innych urzędach wyłącznie się plotkuje, popija kawki i warczy na interesantów.
 
Polska w stanie podgorączkowym
Od premiery Kogla-mogla upłynął ledwie rok z kawałkiem, gdy na ekrany weszła kontynuacja Galimatias, czyli kogel-mogel II. Życie w kraju nabrało jednak tymczasem niewiarygodnego przyspieszenia – od czerwcowych wyborów ‘89 minęło już pół roku. Polska zaczęła się zmieniać gwałtownie, nerwowo, jak w gorączce. Choć nie wszystkich ta kapitalistyczna wirówka wkręciła w jednakowym stopniu. Po miastach, miasteczkach i wsiach wystają wianuszki panów w piwem w łapie: popijają, obserwują i czekają, co z tego wyniknie. Ich żony obserwują świat z punktu widzenia kolejki do wiecznie pustego sklepu GS-u. Nowinek się boją, jak czegoś nie rozumieją, to z miejsca odrzucają albo wyśmiewają.
Ale już ci młodsi, z większym apetytem na pieniądze i karierę kombinują inaczej. Mąż Kasi – rolnik po studiach – stawia na specjalizację: będzie hodował owce. Nie takie to jednak proste, bo o przydziale materiałów budowlanych ciągle decyduje naczelnik gminy. Ale to pół biedy – można go zbałamucić albo przekupić. Gorzej z „ojcami”. Ci nie przepiszą na niego ziemi, którą przodkowie orali od pokoleń, żeby teraz tę ojcowiznę swoimi bobkami brukały jakieś barany. No i specjalizacja specjalizacją, ale najważniejsze to doczekać się gromady wnuków.
Do miasta już nie bardzo jest się po co spieszyć. Studia już żaden awans. Teraz kariery robią ci, którzy kupują w Berlinie Zachodnim tanią elektronikę i sprzedają ją z kosmicznym narzutem wprost na ulicy. Inteligencja spsiała i zeszła ze sceny. Państwo docentostwo Wolańscy nadal podejmują gości słonymi paluszkami i tarabanią się „maluchem”, choć kto bardziej obrotny jeździ już przechodzonym volkswagenem.
 
Raz na ludowo!
I na to wszystko repetycja dawnego romansu z Polską 2019 w tle. Historia startuje w stolicy, która porosła w turecki marmur i pleksiglas, ale od środka nie zmieniła się aż tak bardzo. Tu rządzi odwieczny blichtr i małpowanie zachodnich wzorców. Przykład: w „rezydencji” na „osiedlu grodzonym”, w recepcji pani o aparycji niegdysiejszej bufetowej z knajpy dworcowej życzy każdemu przechodzącemu „miłego dnia”. Ci opędzają się, ale ją trudno zniechęcić: ostatecznie „tak ma w kontrakcie”. Poza tym „miastowi” to ci sami kabotyni, tylko jeszcze bardziej. Profesor Wolański zbiedniał, poszarzał i stracił szacunek do samego siebie. Z badań nad „szkolnictwem w powiecie grójeckim” ledwo starczyłoby na czynsz i gaz. Dom więc utrzymuje małżonka – arogancka lampucera, która nachalnie lansuje się po telewizjach jako „sekstrenerka”. A pokrewne jej duchowo paniusie łykają produkowane tam banały jak gęś kluski.
Wieś też nie poszła do przodu. Ludzie tu wprawdzie nauczyli się paru zwrotów z „rozmówek polsko-angielskich”, ale po staremu chadzają w walonkach, a w ogródkach eksponują ulubione krasnale. Postęp taki, że figurki już nie z gipsu, lecz z plastiku. Bankom nie ufają: zaskórniaki na czarną godzinę trzymają zakopane w polu. W domach – teraz już powykańczanych, zadbanych, obsadzonych tujami – z radia od świtu do zmroku lecą pacierze (radia nikt nie słucha, ale też nikt go nie wyłącza). A przecież wystarczy, że się sztachną „zielem” albo popiją nalewki i od razu ruszają na wieś wyrównywać zaległe rachunki z sąsiadami. Tu pamięć im dopisuje – w sercu noszą krzywdy nawet sprzed 40 lat!
W finale każdego Kogla-mogla bohaterowie jednak na przekór wszystkiemu doświadczają moralnego uwznioślenia. Nie wiadomo, skąd się ono bierze, ale miło coś takiego obejrzeć przed napisem „Koniec”.
 
 
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 5/2019