Parafrazując tytuł jednej z książek Po co światu mnich, chciałabym zapytać Ojca, po co współczesnemu światu benedyktyni? Czy zakon monastyczny nie jest tylko duchowym skansenem – ciekawym i pięknym, ale oderwanym od życia?
– Benedyktyni istnieją od ponad 1500 lat, przetrwali więc upadki cywilizacji, wojny, zmiany ustrojów, rewolucje, sobory i wiele innych wydarzeń. To, co jest szczególnie istotne, to to, że nie definiuje nas żaden konkretny charyzmat. Zajmujemy się tym, czym w danym czasie i w danym miejscu powinniśmy się zajmować, a gdy pojawiają się inni, którzy robią to lepiej, wycofujemy się. Właśnie dlatego nasz „charyzmat” – skoro nie istnieje jako jasno określona forma zewnętrzna – nie ulega przedawnieniu. Istotą naszego życia jest bowiem to, że życie benedyktyńskie jest jedynie szczególną formą życia chrześcijańskiego, która w możliwie najbardziej efektywny sposób ma umożliwiać szukanie Boga w codzienności. W tym sensie uważam, że benedyktyni nigdy się nie skończą, choć sama forma tego poszukiwania, a więc forma życia wspólnotowego, może się zmieniać. Zresztą już teraz to obserwujemy. Powstają wspólnoty oparte na Regule św. Benedykta, które składają się ze świeckich. Są też takie, w których żyją bracia i siostry składający śluby obok osób, które ich nie składają. Zewnętrzna forma przybiera więc różne kształty i wygląda bardzo różnorodnie. Nawet w mojej Kongregacji Zwiastowania panuje tak duża różnorodność, że trudno mówić o jednym wspólnym profilu. Mamy wspólnoty małe i duże, na wsi i w mieście, prowadzące szkoły i całkowicie kontemplacyjne, bardzo liberalne i bardzo tradycyjne. Warto zauważyć, że życie monastyczne nie jest wyłącznym przywilejem Kościoła katolickiego. Występuje ono w każdej religii. W każdej tradycji religijnej istnieje bowiem grupa ludzi, którzy chcą w sposób bardziej radykalny oddać się poszukiwaniu Boga w codzienności. I wtedy, prędzej czy później, odkrywają życie monastyczne jako odpowiedź na to pragnienie.
Benedyktyni nie posiadają wyraźnie zdefiniowanego charyzmatu, który odróżniałby ich od innych zakonów, a jednak Reguła św. Benedykta pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych w historii życia zakonnego. Co sprawia, że od ponad tysiąca lat wciąż jest ona aktualna i podlega nieustannej reinterpretacji?
– Wiele zapisów Reguły, gdy ktoś ją przeczyta jednorazowo i powierzchownie, może wydać się dziś po prostu nierealnych do zastosowania. Natomiast kiedy człowiek zaczyna się w nią naprawdę wczytywać, bardzo szybko dostrzega, że jest ona przede wszystkim tekstem mądrościowym, swoistym regulaminem porządkującym życie. Jest jak każda inna księga mądrościowa – nie da się jej przeczytać tylko raz. Trzeba do niej wracać wciąż na nowo, odczytywać ją ponownie i ponownie. Dlatego właśnie w każdej wspólnocie benedyktyńskiej Reguła czytana jest codziennie. Ja sam jestem w klasztorze prawie trzydzieści lat i codziennie czytamy Regułę. Codziennie, ponieważ jest ona niewyczerpana. To znaczy: jeśli interpretuje się ją przez pryzmat własnego życia, można w niej odnaleźć wiele treści, które inspirują, porządkują, nadają kierunek. W tym sensie Reguła nie może się zdezaktualizować, nawet jeśli nadejdą zupełnie inne czasy. Mimo że dziś tabliczkę i rysik zastąpiliśmy tabletami i sztuczną inteligencją, mądrość Reguły pozostaje zasadniczo taka sama. Reguła sama w sobie nie oddziałuje bezpośrednio na czasy, w których żyjemy. Gdyby bowiem próbować stosować ją dosłownie, szybko okazałoby się to niemożliwe. Nikt dziś nie chodzi w pończochach, nie pisze rysikiem na tabliczce ani nie nosi noża przypiętego do pasa. To są realia VI wieku – zupełnie innej epoki. Powstała ona w konkretnym czasie historycznym, dlatego jej literalne odczytanie nie może być kluczem do jej aktualności. Tym, co naprawdę pozwala ją interpretować, jest życie tu i teraz. Jeżeli żyję dzisiaj i zmagam się z konkretnymi wyzwaniami, to właśnie przez pryzmat tych doświadczeń Reguła zaczyna do mnie mówić. Jeśli więc mierzę się z konkretnymi problemami czy słabościami, sięgając po Regułę, nagle odkrywam, że Benedykt proponuje konkretne środki, które pomagają stopniowo się z nimi zmagać. Nie chodzi o całkowite „wyleczenie” – bo różne napięcia towarzyszą nam przez całe życie – ale o proces. Kluczem do interpretacji tekstu mądrościowego nie jest przeszłość, w której on powstał, lecz teraźniejsze życie – życie, które wciąż odbija te same prawdy o człowieku, obecne w każdej epoce.
Patrząc w perspektywie globalnej, czy pokusiłby się Ojciec o zdiagnozowanie potrzeb i tęsknot, które stoją za wyborem benedyktyńskiej drogi życia? Na jakie pytania współczesnego człowieka narracja benedyktyńska wydaje się dziś szczególnie odpowiadać?
– Widzę tu trzy zasadnicze aspekty. Pierwszy z nich polega na tym, że niemal wszędzie, gdzie spotykam mnichów i mniszki – bo mówimy także o siostrach – osoby wybierające życie monastyczne kierują się głębokim pragnieniem duchowym. Nie chodzi więc o realizację konkretnej posługi, takiej jak opieka nad chorymi, kaznodziejstwo czy jakiś zewnętrzny charyzmat, który byłby osobistą pasją. Do życia benedyktyńskiego przychodzą najczęściej ludzie, którzy chcą przede wszystkim pogłębić swoje życie duchowe. To pierwszy, fundamentalny aspekt związany z szukaniem Boga. Drugi aspekt, równie istotny, to życie braterskie. Benedyktyni składają ślub stałości miejsca, co oznacza, że nie jesteśmy „funkcjonariuszami” delegowanymi na określony czas do konkretnej placówki w celu wykonania zadania czy misji. Wstępujemy do wspólnoty, w której decydujemy się żyć przez długie lata, budując – z różnym powodzeniem – wspólne życie. I właśnie to życie wspólnotowe stanowi jeden z najbardziej istotnych wymiarów naszego powołania. Z tego wynika trzeci aspekt, który wszystko spaja: wspólna liturgia i modlitwa. To one stanowią samo centrum życia benedyktyńskiego. W zgromadzeniach zakonnych opartych na zewnętrznym charyzmacie to właśnie jego realizacja w dużej mierze definiuje tożsamość zakonnika. U benedyktynów tego nie ma. Bycie benedyktynem oznacza zatem pełne uczestnictwo w życiu wspólnoty: w codziennej liturgii i wspólnej modlitwie. I to jest również jeden z powodów, dla których wiele osób odnajduje w tej formie życia coś pociągającego. W benedyktyńskiej wspólnocie nie ma możliwości, by ktoś mieszkał w klasztorze i nie uczestniczył w modlitwie – oczywiście z wyłączeniem sytuacji takich jak choroba. Zasadą jest jednak to, że życie wspólne i modlitwa są nierozerwalne.
Jest Ojciec opatem prezesem ponad trzydziestu wspólnot w Polsce i na świecie. Jednak wielu wierzących w Polsce kojarzy Ojca z popularyzowaniem medytacji chrześcijańskiej, prowadzeniem sesji medytacyjnych. Mam wrażenie, że wykroczył Ojciec poza „status” osoby konsekrowanej i poszedł indywidualną drogą, jednocześnie nie porzucając tożsamości mnicha.
– Moja historia wiąże się z tym, że nawróciłem się dopiero wtedy, gdy chodziłem do szkoły średniej. Wybór życia konsekrowanego był więc naturalną kontynuacją mojego pragnienia oddania się Bogu. Nie jest tak, że dorastałem w głęboko katolickim środowisku i po prostu „zadomowiłem się” w Kościele, a potem – ponieważ było mi tam dobrze – wybrałem zakon. Przez długi czas nic mnie z Kościołem nie łączyło, aż do momentu, w którym odkryłem, że Bóg jest sensem mojego życia i że chcę poświęcić Mu zasadniczą część, a właściwie całe swoje życie, by się do Niego zbliżać. To jest punkt wyjścia. Motywacją mojej konsekracji nie była sama konsekracja, lecz życie duchowe. Konsekracja przyszła później – jako konsekwencja tego wyboru. I myślę, że to jest bardzo ważne. Jeżeli bowiem konsekracja staje się celem samym w sobie, łatwo ulec pokusie zatrzymania się na tym etapie: „złożyłem śluby, jestem osobą konsekrowaną”. Tymczasem jeśli konsekracja jest jedynie kolejnym etapem na drodze poszukiwania Boga, drogą, na której pojawia się także medytacja jako jedna z podstawowych przestrzeni realizowania tego pragnienia, to ta historia nigdy się nie kończy. Nie można zatrzymać się na złożeniu ślubów, bo przygoda duchowa wciąż pociąga dalej – zaprasza do kolejnego kroku. Jeśli konsekracja byłaby punktem docelowym, to po jej osiągnięciu można by symbolicznie „rozłożyć leżak”: pełnić swoje funkcje i trwać w status quo. Jeśli jednak jest ona tylko etapem na drodze duchowego poszukiwania Boga, to nie pozwala na zatrzymanie – zawsze pozostaje coś jeszcze do odkrycia. W tym kontekście wracam do wątku medytacji, o którym pani wspomniała. Od momentu nawrócenia bardzo zależało mi na tym, by nauczyć się modlić. Szukałem różnych form modlitwy i mam poczucie, że medytacja nie była tyle moim świadomym wyborem, ile czymś, do czego zostałem pociągnięty – przez Boga. Jest to forma trudna, zwłaszcza w perspektywie wielu lat, ale jednocześnie niezwykle transformująca. Autentyczne życie duchowe zawsze bowiem wiąże się z przemianą człowieka. A ta przemiana zawsze owocuje wyjściem ku drugiemu człowiekowi. Nie zamyka mnie ona w statusie osoby konsekrowanej, bo konsekracja jest jednym z elementów mojego życia, ale nie tym, który definiuje mnie najbardziej. Tym, co definiuje mnie najgłębiej, jest poszukiwanie Boga – w codziennym zmaganiu, w medytacji, w życiu duchowym. W tym miejscu schodzi się z piedestału nauczyciela, osoby duchownej, która mówi innym, „jak powinno być”, i staje się towarzyszem drogi. Spotyka się drugiego człowieka na tym samym poziomie – kogoś, kto również się zmaga, walczy ze sobą i ze swoim cieniem. Na tym poziomie nie ma różnicy między osobą konsekrowaną i niekonsekrowaną. Wszyscy się zmagamy. A jeśli mamy doświadczenie tego zmagania, wtedy właśnie możemy się naprawdę spotkać. Myślę, że bez takiego doświadczenia trudno zejść z pozycji nauczyciela czy wykładowcy do roli towarzysza drogi. I dlatego wracam do punktu wyjścia: życie konsekrowane zaczyna się od autentycznego poszukiwania Boga.
Zawsze z dużym napięciem i pewnego rodzaju współczuciem myślę o osobach konsekrowanych, które konfrontują się ze skandalami wybuchającymi w samym sercu Kościoła. Jak Ojciec, po 28 latach życia w zakonie, mierzy się z tym wszystkim, co nie jest w Kościele już tylko cieniem, lecz czernią?
– Jeżeli ktoś ma bardzo idealistyczną wizję Kościoła – zwłaszcza wtedy, gdy w polskim kontekście Kościół utożsamiany jest głównie z określoną grupą duchownych, osób konsekrowanych – łatwo może popaść w rozczarowanie. Przy takim wyidealizowanym obrazie oczekuje się, że ta grupa będzie reprezentować coś nadzwyczajnego, niemal bez skazy. Zapomina się przy tym, że ludzka słabość i nędza są takie same w każdej przestrzeni życia. Wtedy pojawia się zgorszenie. Tymczasem, jeśli spojrzeć na to uczciwie, można powiedzieć, że ludzka mizeria wszędzie wygląda podobnie – zmieniają się jedynie szaty, w które jest ubrana. Zmaganie pozostaje to samo. Gdy człowiek przestaje widzieć siebie w oddzieleniu od innych i – jak mówiłem wcześniej – podejmuje wysiłek zejścia „niżej”, konfrontując się z własnym cieniem, odkrywa, że ta ciemna strona jest także w nim samym. Konsekracja nie sprawia automatycznie, że człowiek staje się „jaśniejący”. Ona nie znosi zmagania – przeciwnie, wymaga nieustannego wysiłku, takiego samego, jaki podejmuje każdy inny człowiek. Mogę powiedzieć z własnego doświadczenia, że i ja przechodziłem kolejne etapy: najpierw zgorszenie, zawód i rozczarowanie; potem próbę zrozumienia; a w końcu etap, w którym jestem dziś – kiedy dominuje raczej smutek i współczucie. Jako opat prezes spotykam się z trudnymi sytuacjami w różnych wspólnotach i kontekstach. I jest mi po prostu przykro, gdy widzę, że ktoś, kto zdecydował się na życie konsekrowane czy życie z Bogiem, nie wykorzystał tej szansy i pozwolił, by zdominował go cień. Mam w sobie więcej współczucia niż postawy sędziowskiej. Z drugiej strony uważam, że wszystko to, o czym dziś słyszymy – skandale, nadużycia, kryzysy – może stać się ważnym momentem oczyszczenia. Bardzo łatwo bowiem obudować życie konsekrowane świętoszkowatą fasadą i odgrywać rolę, która niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Co więcej, klerykalizm nie jest problemem wyłącznie duchownych – często bywa podtrzymywany również przez świeckich, nieraz bardziej klerykalnych niż sami księża. Obecna konfrontacja Kościoła z trudnymi faktami sprawia, że ten piedestał pęka. Przestaje mieć znaczenie to, czy ktoś nosi habit albo jest księdzem. Liczy się to, jakim jest człowiekiem. Autorytet nie wypływa już z pełnionej roli, lecz z jakości życia. I myślę, że to jest znacznie bardziej ewangeliczne niż trwanie w systemie, który przykrywa niewygodne prawdy. Dlatego uważam, że każdy kryzys – także ten, którego Kościół doświadcza dziś – jest szansą na nawrócenie i na uproszczenie życia. Widać to szczególnie wyraźnie na Zachodzie. Mieszkam obecnie w Niemczech i tam fakt, że ktoś jest księdzem, nie robi już na nikim wrażenia. Natomiast to, jakim jest człowiekiem, co sobą reprezentuje, może naprawdę pociągać. W tym sensie każdy kryzys jest zaproszeniem, by zrobić jeszcze jeden krok w stronę prawdy i autentyczności. Należy jednak wyraźnie zaznaczyć, że nie ma żadnego usprawiedliwienia dla zła, dla nadużyć ani dla wyrządzonej krzywdy. Żadnego. To, co się wydarza, jest wyrazem ludzkiej biedy i słabości, ale zło samo w sobie nigdy nie może zostać usprawiedliwione ani relatywizowane. Nie wolno też używać go instrumentalnie, mówiąc, że „dzięki temu” coś się wydarzy lub czegoś się nauczymy. Człowiek może się bowiem czegoś nauczyć – ale może też nie nauczyć się niczego. Myślę, że Kościół stoi dziś przed taką alternatywą: albo wyciągnie wnioski z tej bolesnej rany, którą sam sobie zadał, albo nie wyciągnie z niej żadnej lekcji. I zapewne nie dotyczy to całej wspólnoty jako takiej, lecz konkretnych osób. Jedni coś przemyślą, inni pozostaną całkowicie obojętni. Dlatego jestem głęboko przekonany, że przyszłość wspólnot konsekrowanych w dużej mierze zależy od bardzo ścisłej współpracy ze świeckimi. Od podążania razem, ręka w rękę, na tej samej drodze duchowej. Nie ma już miejsca na podział: „my” – osoby konsekrowane i „wy” – świeccy; „my” – duchowni i „wy” – reszta. Taki podział doprowadził między innymi do tego, że wiele rzeczy było tolerowanych, przemilczanych i ukrywanych. Musimy tworzyć wspólnoty, w których każdy ma inne powołanie i inną rolę, ale wszyscy idziemy razem. To jest jedyna realna szansa na wejście w proces nawrócenia i uzdrowienia. I – w moim przekonaniu – jest to także droga najbardziej ewangeliczna.
W jakim punkcie potrzeby i tęsknoty duchowe osób świeckich i konsekrowanych się przenikają?
– Tęsknoty za głębią spotkania z Bogiem są takie same zarówno w osobach świeckich, jak i konsekrowanych. Głód jednak wyraźnie narasta. Widać to choćby po liczbie osób zgłaszających się na sesje medytacyjne. I nie są to wyłącznie osoby świeckie. Coraz częściej przychodzą również duchowni. To są wyraźne znaki, że samo zewnętrzne uczestnictwo w nabożeństwach przestaje wystarczać. Coraz silniej odczuwamy wewnętrzny głód duchowej drogi, prowadzącej do realnego spotkania z Bogiem. Ja sam nazywam medytację „byciem wobec Tego, który jest”. Intuicyjnie to wyczuwamy – i tu nie ma żadnej różnicy: czy ktoś jest osobą konsekrowaną, duchowną czy świecką. Każdy, kto doświadcza tego głodu, staje na tej samej drodze. To jest droga dla nas wszystkich. I właśnie to pokazuje, że możemy nią iść razem. W ośrodku medytacji w Lubiniu nauczamy wspólnie – ja oraz Dariusz Hybel, osoba świecka, rozpoznawana i ceniona jako nauczyciel medytacji. I również tutaj nie ma żadnej hierarchicznej różnicy. Przez lata towarzyszymy sobie nawzajem na tej drodze: ja jemu, on mnie. Dariusz odegrał niezwykle ważną rolę w moich początkach – i później również – pomagając mi jako mnichowi odnaleźć się na tej drodze. Jest dla mnie kimś w rodzaju bratniej duszy. To pokazuje bardzo jasno, że na poziomie duchowym podział na duchownych, osoby konsekrowane i świeckich po prostu nie istnieje. Istnieje natomiast wspólne pragnienie. I oby – daj Boże – jak najwięcej osób to pragnienie w sobie odkryło i odważyło się wejść na drogę życia duchowego. Myślę, że w Polsce wciąż jeszcze obecna jest mentalność, według której „gdzie dwaj albo trzej są zebrani w imię moje, tam musi być ksiądz”. Ale to podejście powoli odchodzi – i musi odejść. Bo w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy uczniami i wszyscy idziemy tą samą drogą.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













