Zwykliśmy myśleć i mówić o sobie jako o istotach racjonalnych, podejmujących decyzje w oparciu o merytoryczne argumenty. Rzeczywistość mediów – zwłaszcza społecznościowych – wzmacnia w nas jednak tendencje do magicznego i schematycznego myślenia.
Naśladować, by przetrwać
Z perspektywy ewolucyjnej zdolność do uproszczeń i myślenia magicznego (czyli „szybkiego”) jest nam, ludziom, absolutnie niezbędna. Skoro nie zostaliśmy wyposażeni w ostre kły i pazury, musieliśmy utorować sobie drogę do przetrwania gatunku poprzez intelekt i zdolność do sprawnego podejmowania decyzji, a także instynkty stadne. Widok innego członka plemienia, który ciężko zachorował lub zmarł na skutek zjedzenia tajemniczej rośliny, skutecznie odstraszał nas od jej spróbowania, a trzymanie się blisko źródeł ciepła i najsilniejszych osób w „stadzie” zwiększało szanse na przeżycie w czasie kryzysów i niebezpieczeństw. Umiejętność błyskawicznego decydowania, formułowania osądów i uleganie prehistorycznym „trendom” pozwoliło homo sapiens „podbić” wszystkie kontynenty i – idąc za Księgą Rodzaju – uczynić sobie ziemię poddaną. Jednak w miarę rozwoju cywilizacji, zwłaszcza złożonych struktur społecznych i przemysłu, myślenie oparte na impulsach i bezkrytycznym naśladowaniu, charakterystyczne dla naszych przodków, zaczęło ustępować miejsca pogłębionej refleksji nad rzeczywistością. Etos oświeceniowy „zalecał” Europejczykom samodzielność myślenia, promował refleksyjność i dowartościowywał ludzki rozum, dzięki któremu człowiek miał być w stanie ostatecznie ujarzmić naturę. Wraz z upowszechnieniem się mediów społecznościowych, które opierają się na szybkich „pigułkach” informacyjnych i pobudzeniu emocjonalnym, odsunęliśmy się jednak od pogłębionego myślenia. Nasz rozum – więc de facto my sami – kapituluje wobec potęgi algorytmów, a okoliczności życia coraz bardziej premiują pierwotne i szybkie magiczne myślenie. Amanda Montell w swojej nowej książce Wiek magicznego myślenia wskazuje, że twórcy internetowych treści oraz sami właściciele firm cyfrowych wzmacniają w nas sposoby postrzegania rzeczywistości, które opierają się na heurystykach, czyli skrajnie uproszczonych metodach wnioskowania i podejmowania decyzji. Można więc powiedzieć – choć wymaga to pewnej odwagi – że jesteśmy obecnie o wiele mniej racjonalni i skłonni do kierowania się narzędziami własnego intelektu, niż sądzimy.
Ciągła praca bez płacy
Niezwykle ciekawym wymiarem naszej irracjonalności jest to, że nieustająco wykonujemy darmową pracę – nie otrzymując od „przełożonego” nawet umowy wolontariackiej. Tak, tak – w czasach, w których mówimy o idei work-life balance i w której wielu z nas uczy się odpoczywać, zupełnie za darmo oddajemy swój czas korporacjom. Czasami jesteśmy tak zaangażowanymi „pracownikami”, że zarywamy noce, aby wykonać więcej zadań. Publikowanie postów w mediach społecznościowych, lajkowanie zdjęć i rolek, a nawet samo scrollowanie jest przecież wykonywaną przez nas zupełnie nieodpłatnie pracą. Kiedy przeglądamy internetowy content i reagujemy na niego (a reakcją jest przecież także zwykłe poświęcenie uwagi), to w istocie wykonujemy pracę na rzecz reklamodawców, twórców aplikacji, a ostatnio także – na rzecz rozwoju sztucznej inteligencji. Nawet pozornie spontaniczna zabawa, jaką było udostępnianie w mediach społecznościowych swoich zdjęć sprzed dekady, służyła „trenowaniu” AI, by mogło skuteczniej zbierać informacje na nasz temat i przewidywać, jak zmienimy się w następnych latach – co oczywiście przełoży się na marketing i sprzedaż. Oczywiście, korzystanie z dobrodziejstw świata online jest przyjemne – mało kto z nas jednak podjąłby się wykonywania innej pracy w nieregulowanym czasie i bez żadnej zabezpieczającej nas umowy, w której jedynym „wynagrodzeniem” byłyby właśnie przyjemne chwile. Z jednej strony więc uczymy się szanować swój czas – z drugiej oddajemy go zupełnie za darmo wielkim korporacjom. Nasze „zarządzanie sobą w czasie” nie opiera się więc na rozsądku, lecz na pogoni za dopaminą i oksytocyną, której wyrzut wywołuje choćby mem z uroczym kotkiem. Hormonalny „pokarm” zapewniają nam także „interakcje” z AI i „postaciami” stanowiącymi bohaterów towarzyszących nam każdego dnia aplikacji. Również w tym zakresie istnieje zatem przepaść pomiędzy tym, co deklarujemy: uważność przy wyborze partnera czy przyjaciół oraz chęć tworzenia zdrowych związków, a tym, co faktycznie czynimy: „odsłanianie” siebie w całości przed bezosobowym modelem językowym. Wśród psychologów, neurologów i psychiatrów coraz więcej mówi się o dotkliwych konsekwencjach samotności: niektóre kraje (np. Japonia) starają się nawet pomóc swoim obywatelom w budowaniu relacji. Słuchanie „ekspertów od więzi”, występujących choćby w darmowych podcastach, nie sprawia jednak, że jako społeczeństwo jesteśmy bardziej krytyczni wobec wygenerowanych przez programistów „towarzyszy”. Instynkt bycia blisko i zbiorowe uzależnienie od technologii są silniejsze niż analizy i „wielopiętrowe” refleksje.
Dodatkowe obywatelstwo
Można powiedzieć, że wszystkie cyfrowe imperia, których obywatelami staliśmy się wszyscy, są wręcz zbudowane na naszych błędach poznawczych. Superfirma Meta nie osiągnęłaby niewyobrażalnie wysokich zysków i nie sprawowała takiej władzy, gdyby promowała refleksyjność w miejsce impulsów i stoicką eudajmonię zamiast rozkoszy nabywania. Śmiem wątpić, czy istnieje możliwość wypisania się z cyfrowego ultramocarstwa, zarządzanego twardym prawem (ale jednak prawem) heurystyk – życie polityczne i społeczne, edukacja i konsumpcja zostały obecnie wessane przez internet. Nie musimy jednak popadać w skrajny defetyzm, o czym także w swojej książce wspomina Montell. Autorka zaleca nam, mimowolnym uczestnikom życia w cyfrowo-heurystycznym świecie między innymi kontakt z naturą (którą powinniśmy doceniać podwójnie, skoro tak szybko znika i zostaje zastąpiona betonem i kostką brukową), a także pielęgnowanie autentycznych relacji. Być może sugestie te brzmią mało odkrywczo – jednak podążanie za nimi może być dla nas rzeczywistym ratunkiem, swoistą szalupą na wezbranym morzu uproszczeń i strzałów dopaminy. Bez wątpienia każdy z nas powinien także zadać sobie pytanie, kto i co kształtuje jego poglądy oraz w jaki sposób przebiega jego proces podejmowania decyzji. Uproszczenia i impulsywność, które są premiowane w sieci, przenoszą się także do naszego życia miłosnego, rodzinnego i zawodowego. Tego typu autorefleksja może sprawić, że przestaniemy dostrzegać w jednym krewnym wyłącznie pozytywne cechy, a drugiego uważać za „oszołoma”, bo prezentuje poglądy niemieszczące się w naszej „bańce”. Świat internetowy bywa zero-jedynkowy: przekazywany w formie rolki news złości nas lub cieszy (zazwyczaj możemy wyrazić pojawiające się w nas uczucia poprzez jedną z facebookowych reakcji). Zmiana tego stylu poznawczego funkcjonowania online wymagałaby zapewne jakiegoś rodzaju cyfrowej rewolucji na ogromną skalę. Możemy jednak dołożyć starań, by internetowe algorytmy nie przejęły pełnej władzy nad pozostałymi aspektami naszego życia.
Raskolnikow i Instagram
Montell w Wieku magicznego myślenia zaznacza, że nie powinniśmy wierzyć w rzeczywistość, którą obserwujemy za pomocą smartfonów i laptopów. Informacje, które otrzymujemy, są starannie przeplecione reklamami i jednocześnie odwołują się do naszych zniekształceń poznawczych, czyli uproszczonych, ale też wygodnych sposobów myślenia. Jednocześnie, jako zbiorowość chcemy wierzyć, że my sami wcale nie jesteśmy podatni na prymitywną perswazję ze strony twórców internetowych treści. Jednym z najgłębiej zapisanych w nas psychologicznych „instynktów” jest ten, który wzywa nas do myślenia o sobie dobrze. Oczywiście, gdzieś w nas kłębią się negatywne przekonania na własny temat, niewygodne myśli automatyczne, tłumione wyrzuty sumienia czy niechęć do pewnych swoich cech – jednak człowiek z natury dąży do utrzymania przeświadczenia, że ogólnie jest „w porządku”. Lubimy czuć się kompetentni i mieć poczucie kontroli – a cyfrowi giganci doskonale zdają sobie z tego sprawę. Promując rolki i czytelne infografiki karmią nasze poczucie, że wystarczy pięć minut scrollowania, aby stać się ekspertem od zdrowia czy geopolityki. Ulegliśmy więc złudzeniu, że wszyscy jesteśmy ekspertami – choć przecież teoretycznie wiemy, że aby analizować złożone zjawiska społeczne potrzebne jest odpowiednie wykształcenie i lektura „cięższych” treści, niż wypowiedzi instagramowych „specjalistów”. Dajemy także uwieść się myśleniu, że osoby, które wydają się sympatyczne i które mówią przyjemnym głosem (mają tzw. dobre flow), rzeczywiście zasługują na to, abyśmy ich słuchali oraz wdrażali w życie ich „zalecenia”. Oczywiście, nasze tendencje do magicznego myślenia są także wykorzystywane przez specjalistów zajmujących się sprzedażą i marketingiem. Każdego dnia miliony ludzi na świecie dają się nabrać na to, że określony produkt zmieni ich życie – może to być kosmetyk, kurs online bądź obóz samorozwojowy dla dorosłych polecony przez influencera. Algorytmy chętnie wytłumaczą nam, że nasze wybory są słuszne, a kolejny impulsywny zakup stanowi w istocie inwestycję, do której wzywa nas głos serca. Również w kwestii zarządzania własnymi pieniędzmi coraz bardziej oddalamy się od rozsądku i wpadamy w spiralę ciągłych zakupów – system odroczonych płatności ułatwia nam myślenie, że jesteśmy bogatsi niż w rzeczywistości i wcale, ale to wcale nie mamy długów. Droga do odzyskania realizmu wiedzie zatem przez przyznanie, że ulegamy tym samym złudzeniom, co ogół ludzkości – czyli że w pewnym sensie nie jesteśmy tak wyjątkowi, jak nam się wydaje. Tego rodzaju zmiana postrzegania siebie doprowadziła do wewnętrznej wolności (mimo konieczności odbycia kary!) Rodiona Raskolnikowa – podobnie może pozwolić nam odnaleźć swoje miejsce w internetowym uniwersum.
Sądzę, że jak najbardziej uzasadnione jest stwierdzenie, iż funkcjonujemy obecnie w epoce postrozumu (czy może pooświecenia). Posługiwanie się uproszczeniami bywa wygodne. Paradoksalnie, jest ono jednak także obciążające dla naszych umysłów i może nas wiele kosztować. Aby choć w pewnym stopniu zdystansować się od paradygmatu magicznego myślenia, warto przyjąć pewną nieprzyjemną prawdę na nasz własny temat: nie jesteśmy wszechwiedzący i nie jesteśmy racjonalni. Wszyscy w jakimś stopniu dążymy do tego, by – niczym odbiorcy iluzji wykonywanych przez bohaterów filmu Prestiż – dać się oczarować przyjemnym złudzeniom.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













