Lekarka, która nie poszła na kompromis. Historia Genowefy Abłażej

Wojna, zesłanie, dramatyczne wybory i sprzeciw wobec systemu – życie Genowefy Abłażej mogłoby stać się scenariuszem filmu. A jednak najważniejsze było w nim coś innego: codzienna wierność wartościom i odpowiedzialność za drugiego człowieka, nawet wtedy, gdy oznaczało to wysoką cenę.
Czyta się kilka minut
fot. Zbiory prywatne rodziny Abłażej/Muzeum Regionalne w Świebodzinie
fot. Zbiory prywatne rodziny Abłażej/Muzeum Regionalne w Świebodzinie

Aszchabad, Nowogródek, Aktiubińsk, Szamotuły, Virika oraz Świebodzin to miejsca, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego. W rzeczywistości jednak łączą się one poprzez różne etapy życia Genowefy Abłażej. Każdy z tych punktów wyznaczał ważny okres jej biografii i w istotny sposób wpłynął na kształt jej tożsamości i osobowości.

Za rodzinę

– Była lekarką niezwykle niezłomną, a zarazem osobą zdolną do podejmowania najtrudniejszych wyzwań. Jej siła ujawniła się już w czasie wojny. Gdy miała 21 lat i ukończyła drugi rok studiów medycznych na Uniwersytecie Wileńskim, jej ojciec, policjant, został internowany po wkroczeniu wojsk sowieckich 17 września 1939 roku. Rodzina, pozbawiona środków do życia, znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Wówczas młoda studentka podjęła pracę jako pielęgniarka w szpitalu zakaźnym, aby utrzymać matkę i rodzeństwo. Mimo możliwości uniknięcia zesłania poprzez małżeństwo pozostała przy rodzinie. Jak wspominała jej siostra, to właśnie dzięki jej zaradności i determinacji bliscy przetrwali deportację do Kazachstanu. 
Od początku przejęła odpowiedzialność za rodzeństwo, stając się faktyczną głową rodziny. To ona podejmowała decyzje, prowadziła rozmowy z władzami i dbała o przetrwanie wszystkich w skrajnie trudnych warunkach – opowiada Walentyna Galimowska, autorka publikacji Doktor Genowefa Abłażej wydanej przez Muzeum Regionalne w Świebodzinie. – Brała udział we wszystkich zebraniach, bo to właśnie na „głowie rodziny” spoczywał obowiązek wysłuchiwania poleceń i przekazywania ich dalej. Jednocześnie ciężko pracowała: najpierw w oborze, później jako traktorzystka i operatorka kombajnu. To była najtrudniejsza praca, ale dawała szansę na większe racje żywnościowe lub choć niewielkie wynagrodzenie. Jak zapisała w pamiętniku, bywało, że przez tydzień nie wracała do domu, nocowała w stepie, czasem wśród wilków. W tych chwilach prowadziła swoje wewnętrzne rozmowy z Jezusem, powierzając Mu wszystko, co przeżywała – wspomina Walentyna Galimowska.

Powrót

Po ogłoszeniu amnestii i podpisaniu układu Sikorski–Majski została wezwana do wojska. Dotarła do Akciubińska, jednego z punktów werbunkowych do armii generała Andersa. – Tam jednak dowiedziała się, że w miejscowym szpitalu przebywa jej ojciec, ciężko chory, wyniszczony zesłaniem. Zrezygnowała ze wstąpienia do wojska i wyprosiła odroczenie, by móc się nim zaopiekować. Jak wspominała jej siostra, ta decyzja ocaliła całą rodzinę. Po ojca do szpitala pojechała furmanką, pokonując około 80 kilometrów. Po drodze spotykała osierocone dzieci, którym zaczęła pomagać. Wtedy po raz pierwszy wypowiedziała słowa, które stały się jej życiowym mottem: „wszystkie dzieci są nasze”. W Akciubińsku, gdzie ostatecznie z kołchozu przeniesiono całą rodzinę, początkowo pracowała przy wyrobie odzieży, a następnie w polskim domu dziecka. Wróciła do Polski w 1946 roku, zabierając do kraju swoich podopiecznych – opowiada Walentyna Galimowska. – Mimo siedmioletniej przerwy w nauce podjęła studia medyczne w Poznaniu, a po roku rozpoczęła również studia humanistyczne, zdobywając także tytuł magistra filozofii. Już jako lekarz złożyła, obok przysięgi Hipokratesa, własne przyrzeczenie: że będzie bronić życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Tej zasady pozostała wierna przez całe życie, choć zapłaciła za to niemałą cenę – przyznaje autorka.

Sumienie kontra system

W 1956 roku, po wprowadzeniu ustawy dopuszczającej przerywanie ciąży do 12 tygodnia, wówczas jako ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego w Szamotułach, stanowczo odmówiła wykonywania aborcji. – Nie zgodziła się również na to, by takie zabiegi odbywały się na jej oddziale. Według jej współpracowników z każdą kobietą, która chciała usunąć ciążę, bardzo długo rozmawiała. Wiele przekonała do tego, żeby te dzieci urodziły, pozostawiając im ostateczną decyzję co do dalszego ich losu. Miała zaprzyjaźnione siostry zakonne, które opiekowały się pozostawionym noworodkiem, a potem przygotowywały go do adopcji.  Pani doktor w ten sposób u ratowała około setki dzieci – opowiada Walentyna Galimowska. – Jednak zainteresowanie lekarką odmawiającą aborcji było zbyt duże. Wkrótce zainteresowała się nią komunistyczna prasa. Jej sprzeciw został nagłośniony, w konsekwencji czego straciła możliwość pracy jako ginekolog w kraju – wyjaśnia.

To był dla niej trudny czas konfrontacji marzeń o byciu ginekologiem położnikiem, sumienia, które broni życia od poczęcia, i systemu, który zbudowany jest na innych wartościach. W tym samym czasie w „Przewodniku Katolickim” przeczytała artykuł o Wandzie Błeńskiej, która wówczas pracowała w Ugandzie. Odczytała to jako odpowiedź na to, co ma dalej robić ze swoim życiem. Podjęła decyzję o wyjeździe na pięcioletnią misję do Ugandy. Tam pracowała jako ginekolog, pediatra, lekarz ogólny, chirurg i stomatolog wyłącznie wyrywający zęby.

Od zera

– Wracając do Polski z Ugandy, znalazła się w bardzo trudnej sytuacji, bez dokumentów, pracy, mieszkania i środków do życia. Po powrocie oddała paszport na milicji w Szamotułach i nie otrzymała dowodu osobistego. Pozbawiono ją obywatelstwa, ponieważ nie spodziewano się, że wróci. Jak wspominał w rozmowie ze mną jeden z księży, profesor historii Kościoła, w IPN w Poznaniu znajdują się jej teczki, co pokazuje, że była uważnie obserwowana – opowiada Walentyna Galimowska. – Dopiero jej brat Zygmunt, mieszkający w Poznaniu, mógł ją u siebie zameldować i zapewnić jej podstawowe wsparcie. Mimo tego nadal nie pracuje. Nie ma żadnych dochodów ani własnego miejsca. W tej trudnej sytuacji koleżanka, wcześniej mieszkająca w Nowogródku, zaprasza ją do siebie do Świebodzina, który dziś słynie z figury Chrystusa Króla, a wówczas najbardziej charakterystycznym punktem miasta było Sanatorium Rehabilitacyjno-Ortopedyczne dla Dzieci i Młodzieży. Za sprawą ówczesnego dyrektora dr. Lecha Wierusza ośrodek znany był w Polsce i za granicą. Gdy Abłażej przyjeżdża do Świebodzina, sanatorium poszukuje lekarza ze znajomością angielskiego. Od 1 września 1965 roku Genowefa Abłażej podejmuje pracę w ośrodku (dzisiejszym Lubuskim Centrum Ortopedii im. dr. Lecha Wierusza), aby pracować tam aż do swojej śmierci w 1988 roku.

Ręce z rentgenem

Niski wynik w skali Apgar ze względu na zasinienie spowodowane owinięciem pępowiną i wyrwane bioderka: najmłodsza córka Renaty Dominiczak ze Świebodzina nie miała łatwego startu. O ile pierwsza trudność nie przyniosła dziewczynce żadnych konsekwencji, o tyle zwichnięte bioderka znacznie zaburzyły jej rozwój motoryczny. – Dziś w dobie internetu można sprawdzić fazy rozwoju motorycznego dziecka. W 1985 roku rozwój ruchowy Weroniki porównywałam jedynie do niemowlęctwa jej starszych sióstr i byłam zaniepokojona. Wizyta u pediatry mój niepokój pogłębiła. Lekarka dostrzegła nierówne fałdki na nóżkach córki i zawyrokowała poważne problemy z bioderkami. Operacja, o konieczności której mówiła lekarka, jawiła mi się jako koniec świata– wspomina Renata. Babcia dziewczynki należała do jednej ze świebodzińskich wspólnot charyzmatycznych. To właśnie ona zasugerowała Renacie, aby udała się z córką na wizytę do znajomej ze wspólnoty, Genowefy Abłażej, uznawanej za najlepszą specjalistkę w leczeniu chorób ruchowych u dzieci. – Doktor Abłażej w połowie lat 80. była w Świebodzinie legendą. Ustawiały się do niej kolejki rodziców z maluchami, cierpiącymi z powodu różnych ortopedycznych schorzeń. To było ponad 40 lat temu i medycyna była w zupełnie innym miejscu nie tylko pod względem leczenia, ale i diagnostyki. Doktor Genowefa Abłażej łączyła niesamowitą wiedzę z doświadczeniem i troską o każdego pacjenta. Zapewne dlatego miała opinię tej, która wyprowadzi dziecko z najbardziej skomplikowanych schorzeń ortopedycznych – wspomina Renata.

Renata, mimo upływu czasu, pamięta ręce lekarki. – Po tylu latach przed oczyma mam obraz doktor Abłażej badającej Weronikę: miałam wrażenie jak gdyby miała w rękach rentgen. Dotykała nóżek i bioderek córki ze wszystkich stron, kostka po kostce, mięsień po mięśniu, diagnozując potencjalne nieprawidłowości. W trakcie badania milczała, uśmiechając się tylko do dziecka. W kontakcie z dorosłymi nie była wylewna, jednak w relacji z dzieckiem była niesamowicie czuła i ciepła, jak gdyby chciała oszczędzić maluchowi jakichkolwiek cierpień. To było dla niej charakterystyczne – wspomina Renata.

Córka Renaty musiała mieć zakładaną specjalną pieluchę, która stabilizowała jej bioderka. Co miesiąc mama Weroniki poszerzała zakres pieluchy, wprowadzając nogi dziewczynki niemalże w pozycję szpagatu. – Co miesiąc przychodziliśmy na kontrole. Po roku nadszedł upragniony dzień: wizja operacji zniknęła zupełnie. Gdybyśmy nie trafili na doktor Abłażej, córka zapewne miałaby poważne konsekwencje zdrowotne. Tymczasem dziś po chorobie z dzieciństwa nie ma śladu. Za kilka dni Weronika biegnie swój kolejny półmaraton – uśmiecha się Renata.

Społecznie

Pierwsze katolickie poradnie rodzinne w Polsce zaczęły powstawać już na początku lat 50.   XX wieku. Ich działalność była początkowo ograniczona, jednak z czasem zaczęła się rozwijać. Wyraźne przyspieszenie tego procesu nastąpiło po 1956 roku, kiedy w Polsce wprowadzono ustawę dopuszczającą przerywanie ciąży w określonych przypadkach. Wkrótce zaczęły odgrywać coraz istotniejszą rolę: oferowały wsparcie dla małżeństw i rodzin, prowadziły poradnictwo w zakresie życia rodzinnego oraz podejmowały działania edukacyjne i formacyjne, zgodne z nauczaniem Kościoła katolickiego. W 1972 roku, po namowach ówczesnego proboszcza świebodzińskiej parafii pw. św. Michała ks. Piotra Janika założyła poradnię życia rodzinnego, w której do 1977 roku posługiwała sama, nie pobierając żadnego wynagrodzenia. Od lipca 1974 roku do czerwca 1975 roku przyjęła w poradni 972 osoby. Angażowała się w tę pracę z dużym oddaniem, podejmując zarówno indywidualne spotkania z rodzinami, jak i działania o charakterze edukacyjnym. Chętnie współpracowała także ze szkołami, gdzie prowadziła prelekcje poświęcone zagadnieniom dojrzewania, rozwoju człowieka oraz odpowiedzialności w życiu osobistym i społecznym.

Przez cztery lata uczestniczyła również w kursach przedmałżeńskich organizowanych dla Polaków pracujących w Niemczech Wschodnich. Wspólnie z duszpasterzem z Towarzystwa Chrystusowego wyjeżdżała na spotkania z robotnikami, prowadząc dla nich wykłady i rozmowy przygotowujące do życia małżeńskiego i rodzinnego. Ponadto brała udział w szkoleniach dla doradców parafialnych, występując jako prelegentka zarówno w Świebodzinie, jak i na terenie całej diecezji. Jej działalność miała charakter formacyjny i edukacyjny, przyczyniając się do podnoszenia kompetencji osób zaangażowanych w poradnictwo rodzinne.

Brat

Pięć lat po śmierci Genowefy Abłażej Walentyna Galimowska ukończyła Diecezjalne Studium Poradnictwa Rodzinnego. Pracą dyplomową absolwentki był życiorys doktor Abłażej, założycielki pierwszych poradni rodzinnych w diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. – Od 1993 roku do 2006 wokół osoby doktor Abłażej oficjalnie nie działo się nic. Żyła przede wszystkim w pamięci pacjentów Lubuskiego Centrum Ortopedii, par, które w przeszłości przygotowała do sakramentu małżeństwa, i mieszkańców Świebodzina, którzy przekazywali sobie wiadomość o lekarce ratującej małe dzieci przed niepełnosprawnością ruchową – opowiada Walentyna Galimowska. – W 2006 roku Świebodziński Dom Kultury rozpoczął wydawanie publikacji poświęconych ważnym wydarzeniom historycznym naszego miasta. Był to cykl zatytułowany „Annały Złotego Wieku”. W drugim tomie planowano przedstawić trzy istotne postacie związane zarówno z Lubuskim Centrum Ortopedii, jak i ze Świebodzinem: dr. Lecha Wierusza, prof. Jana Sobocińskiego oraz doktor Genowefę Abłażej. Zaproponowano mi opracowanie biografii pani doktor. W międzyczasie poznałam jej brata, Zygmunta, mieszkającego w Poznaniu. Wiedząc już, że będę pisać o doktor Abłażej, zależało mi, aby tekst był obszerniejszy niż moja wcześniejsza praca ze studium. Kilkakrotnie rozmawiałam z panem Zygmuntem oraz jego córką Darią – przekazali mi wiele cennych informacji na temat życia pani doktor. Udostępnili także bogate materiały archiwalne – dodaje.

Trzeci, bezpośredni etap przygotowania książki rozpoczął się w 2018 roku. Był to moment szczególny, doktor Abłażej została wówczas pośmiertnie odznaczona przez prezydenta Andrzeja Dudę Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Źródło

W 2025 roku, podczas kolejnej wizyty u pani Kazimiery Napiórkowskiej, siostry doktor Abłażej, z którą wcześniej nawiązała kontakt, Walentyna Galimowska usłyszała: „Szukałam ostatnio różnych rzeczy i znalazłam jeszcze jeden pamiętnik siostry. Próbowałam go czytać, ale pismo jest bardzo słabo widoczne. Może pani spróbuje, jeśli uda się go odczytać, proszę go wykorzystać”. Okazało się, że to niezwykle cenny materiał, pamiętnik obejmujący lata 1952–1968, czyli okres od momentu, gdy Genowefa Abłażej rozpoczęła pracę jako lekarz, aż do trzeciego roku jej pracy w Świebodzinie. – Jej zapiski, zarówno z pierwszego, jak i drugiego pamiętnika, mają w dużej mierze formę listów lub osobistych rozmów z Panem Jezusem. Pani doktor była osobą głęboko religijną i traktowała tę formę jako sposób wyrażania swoich przeżyć. To właśnie tam powierzała swoje codzienne troski, wydarzenia i emocje. Część zapisów kierowała także do swoich przyjaciółek z Nowogródka: Janci, Polci i Romci. Po wojnie wszystkie zamieszkały w Polsce, utrzymywały ze sobą bliską więź. Przyjechały również do Świebodzina, gdy pani doktor w 1988 roku otrzymywała krzyż papieski „Pro Ecclesia et Pontifice” – opowiada Walentyna Galimowska.


Śledząc życie Genowefy Abłażej, łatwo ulec pokusie ujęcia go w kilku podniosłych, górnolotnych określeniach i przedstawienia jej samej jako wzoru osoby wręcz pomnikowej, niemal niemożliwej do naśladowania. Poświęcenie dla rodziny we wczesnej młodości, nonkonformistyczne opowiedzenie się przeciw aborcji, misje, społeczna praca na rzecz poradni rodzinnych, tytaniczna praca ortopedy dziecięcego, otrzymane odznaczenia mogą onieśmielać nas, którzy żyjemy zwyczajną codziennością. Pod całą spektakularnością dokonań Genowefy Abłażej kryje się jednak coś, co, jak pokazuje historia jej życia, opanowała niemal do perfekcji, a co pozostaje powszechnym wyzwaniem dla każdego człowieka: autentyczne zaangażowanie w życie. Wszystkie jej decyzje, wybory, troska o dzieci są dowodem na to, że codziennie dawała odpowiedź temu, co przynosiła jej codzienność. Nie uciekała, nie zżymała się na rzeczywistość, ale była maksymalnie obecna w swojej codzienności, jednocześnie kształtując ją zgodnie z wartościami, które były w niej głęboko osadzone.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł
Weronika Frąckiewicz
frackiewicz@swietywojciech.pl

Artykuł pochodzi z numeru 14/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Odpowiedź codzienności