Mieszkając kiedyś przez kilkanaście dni w jednej z benedyktyńskich wspólnot na południu Francji, nająłem się wraz z mnichami do pracy. Skierowano mnie do zrywania fasoli. Dwie albo trzy grządki dalej tę samą pracę wykonywał jeden z braci. Ubrany w roboczy habit i słomkowy kapelusz siedział na odwróconym do góry nogami wiadrze i pracował w ciszy. W pewnym momencie rozległ się dźwięk dzwonów. Mnich wstał, zostawił wszystko i zaczął się kierować w stronę klasztoru. W pewnym momencie zatrzymał się, odwrócił do mnie i wskazując na zegarek, którego nie miał (bo i po co, skoro rytm zajęć wyznaczają dzwony kościelne), dawał mi do zrozumienia, że czas na modlitwę. Szczerze powiedziawszy, chciałem dokończyć zrywanie fasoli. Benedyktyni odmawiają więcej godzin kanonicznych, ja nie musiałem, więc stwierdziłem, że będę pracował dalej. Mnich pozostawał jednak nieugięty. Dawał do zrozumienia, że czas pracy minął, teraz jest czas na modlitwę. Pomyślałem, że chce być wierny Regule, co jest dla mnie zrozumiałe, ale ja przecież nie jestem nią związany, więc chciałem dokończyć pracę. W końcu musiałem ustąpić wobec jego nieustępliwości.
Zrozumiałem po czasie, że wówczas niczego nie rozumiałem. Tu nie chodziło jedynie o posłuszeństwo Regule, ani nawet o to, żeby się wspólnie pomodlić. Chodziło o wspólnotę. Zasadniczym celem życia benedyktynów jest życie wspólne. Rytm wspólnej modlitwy temu dopomaga. Różne prace też służą wspólnocie. W końcu nawet mnich musi jeść. To właśnie dlatego ów francuski benedyktyn tak bardzo nalegał. Życie wspólne właśnie miało się skoncentrować na modlitwie w kościele. Tam było nasze miejsce, nie gdzie indziej.
Maksymilian Nawara OSB mówi Weronice Frąckiewicz, że „w benedyktyńskiej wspólnocie nie ma możliwości, by ktoś mieszkał w klasztorze i nie uczestniczył w modlitwie – oczywiście z wyłączeniem sytuacji takich jak choroba”. I dodaje: „Zasadą jest jednak to, że życie wspólne i modlitwa są nierozerwalne”.
Dzień Życia Konsekrowanego, który przypada 2 lutego, jest dobrą okazją, by przemyśleć tożsamość osób, które na taką drogę się decydują. Formy konsekracji są dzisiaj bardzo różnorodne. To nie tylko klasyczne zakony, jak benedyktyni, franciszkanie, dominikanie czy jezuici, żeby wspomnieć te najpopularniejsze w Polsce, ale liczne zgromadzenia zakonne oraz rzesza mężczyzn i kobiet, które żyją konsekracją pośród nas, często tego nie ujawniając.
Ojciec Nawara zwraca uwagę, że dziś przestaje mieć znaczenie to, czy ktoś nosi habit albo sutannę. „Liczy się to, jakim jest człowiekiem. Autorytet nie wypływa już z pełnionej roli, lecz z jakości życia. I myślę, że to jest znacznie bardziej ewangeliczne niż trwanie w systemie, który przykrywa niewygodne prawdy” – mówi. Polecam całą jego wypowiedź w temacie skandali związanych z duchownymi lub reakcjami (albo ich brakiem) ze strony instytucji Kościoła. Zwłaszcza że benedyktyn mocno opiera swoje przemyślenia na własnej drodze duchowej. Ja tylko podbiję wątek, który wydaje mi się niezwykle ważny w kontekście naszych ról w Kościele, a przede wszystkim wspólnej nam wszystkim tożsamości chrzcielnej.
Paradoksalnie, pierwszy raz o kapłaństwie powszechnym, a więc wynikającym z chrztu świętego, w odróżnieniu od kapłaństwa służebnego, które jest włączeniem w urząd kapłański Chrystusa, przeczytałem w mszaliku do liturgii sprzed 1970 roku. Choć tam podział między duchowieństwem a świeckimi wydaje się szczególnie wyraźny, trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że w naszej mentalności, mimo upływu dekad i wyraźnych intuicji Soboru Watykańskiego II, niewiele się zmieniło. Przynajmniej w kraju nad Wisłą. Co ciekawe, czasem to rozróżnienie podtrzymują sami świeccy, co o. Nawara podsumowuje z nutką ironii, mówiąc, że zdajemy się kierować często zasadą: „gdzie dwaj albo trzej zebrani są w imię moje, tam musi być ksiądz”.
„Tym, co definiuje mnie najgłębiej, jest poszukiwanie Boga – w codziennym zmaganiu, w medytacji, w życiu duchowym” – mówi benedyktyn, dodając, że nie zamyka go ona w statusie osoby konsekrowanej, bo konsekracja jest jednym z elementów jego życia, ale nie tym, który definiuje go najbardziej”. Przypominają mi się słowa pewnego księdza, który prowadził w poznańskim seminarium dzień skupienia. Mówił wtedy – naturalnie nie bez ironii – by strzec się postawy: „jeszcze nie ksiądz, a już nie chrześcijanin, już nie człowiek”.
Ostatecznie, nie pomijając naszych darów i talentów, charyzmatów i funkcji powierzonych w Kościele, chodzi przecież o wspólnotę, dla której i z którą żyjemy – wspólnotę ochrzczonych, uczniów Chrystusa, braci i sióstr. Wspólnotę, która idzie razem, towarzyszy sobie, wspiera, ale też koryguje. Dlatego żadna funkcja nas nie powinna wywyższać, zwłaszcza że nasz Mistrz i Nauczyciel przyjął postać sługi…
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













