Logo Przewdonik Katolicki

Na terapię trafiają najodważniejsi

Z Ireną Śliwińską o tym, jaką drogę pokonują DDA, by poskładać życie na nowo rozmawia Jarosław Jurkiewicz.

Dorosły człowiek, który ma własną rodzinę, dochodzi do wniosku, że jest mu w życiu źle, bo wychował się w rodzinie dysfunkcyjnej, w której rodzic nadużywał alkoholu. Jaką drogę trzeba przejść, by przyznać się przed sobą, że bez pomocy z zewnątrz się nie obejdzie?
– Historycznie patrząc, kiedyś ludzie tego w sobie nie rozpoznawali. Wszystkie trudności życiowe, które pojawiały się w związku ze śladami doświadczeń z dzieciństwa, interpretowali jako wady swojego charakteru, symptomy ułomności, upośledzenia psychicznego. Albo jako skutki działania wrogiego świata, z którym trzeba się zmierzyć. Jedno i drugie podejście jest mało konstruktywne, nieprzynoszące ulgi w cierpieniu. Bo osoby z syndromem DDA nie wykorzystują swojego potencjału, swoich możliwości i żyją z ogromnym ciężarem.
 
Na czym polega ich cierpienie?
– Obserwujemy dwa obszary trudności. Pierwszy to problemy w relacjach z samym sobą. To przede wszystkim negatywne mniemanie na swój temat, coś, co potocznie określa się zaniżoną samooceną, poczuciem niższej wartości. Niedawanie sobie szans życiowych, poczucie, że jest się gorszym od innych. Drugi dotyczy relacji z innymi ludźmi i obejmuje trudności w nawiązywaniu i utrzymywaniu dobrych, satysfakcjonujących kontaktów z partnerami, ale też z własnymi dziećmi, rodzicami, przyjaciółmi. Często w tych związkach jest niewygodnie, ludzie nawiązują kontakty i nie umieją ich utrzymać. Bywa, że osoby obarczone syndromem DDA wchodzą w związki, które często też są destrukcyjne.

Pełna treść artykułu w Przewodniku Katolickim 23/2019, na stronie dostępna od 02.07.2019

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki