Logo Przewdonik Katolicki

Paradoksalny wyznawca

Jacek Borkowicz
G.K. Chesterton / fot. Wikipedia

To, że codziennie rano wschodzi słońce, a jabłoń każdej jesieni rodzi jabłka, uważał za zjawiska zupełnie niezwykłe. Gilbert Keith Chesterton – piewca tego, co pozornie zwyczajne, nakładający na człowieka „święty obowiązek zdumienia”.

Pewien człowiek, który jak co dzień wracał z pracy, zauważył że jego ulica – dotąd równa jak stół – dzisiaj jakoś dziwnie pnie się wzwyż. Przerażony zaczął biec w kierunku domu, ale pod górkę było mu coraz trudniej. Gdy zadyszany przystanął, w ogrodzie pobliskiej willi dostrzegł niewyraźną ludzką sylwetkę.
– Co za diabli opętali tę ulicę? – zapytał nieznajomego. – To jest przecież Bumpton Street, ulica, która idzie do przystanku Oldgate.
– Tak, rzeczywiście – odpowiedział mężczyzna z ogrodu – idzie tam… czasami. Ale dzisiaj idzie do nieba. Po sprawiedliwość. Musiałeś się z nią źle obchodzić. Trudziłeś ją, przemęczałeś, a nigdy nie pamiętałeś o jej istnieniu.
– To wszystko jakieś bzdury! – zawołał przechodzień. – Ulice zawsze idą do miejsca, do którego mają iść.
– Dlaczego tak myślisz o ulicy? – zdziwił się nieznajomy.
– Bo zawsze robiła to samo. Dzień po dniu, rok po roku zawsze szła do przystanku Oldgate…
– A ty co?! – przerwał mu gniewnie człowiek z ogrodu. – Pewnie wyobrażasz sobie, że ulica myśli o tobie. Czy ona myśli, że ty żyjesz? A czy ty w ogóle żyjesz? Przecież dzień w dzień, rok w rok i ty szedłeś do przystanku Oldgate.
To tylko jedna z wielu opowiastek Gilberta Keitha Chestertona, ale jakże charakterystyczna dla osobowości ich autora! Jako poeta, pisarz i publicysta był on piewcą tego, co pozornie zwyczajne. To, że codziennie rano wschodzi słońce, a jabłoń każdej jesieni rodzi jabłka, uważał za zjawiska jak najbardziej niezwykłe. Bo niby dlaczego coś musi się powtarzać? To tylko my, zaślepieni rutyną, zwykliśmy mniemać, że to normalne. „Wszystkie przyzwyczajenia są złymi przyzwyczajeniami” – mówi jeden z bohaterów jego powieści. Powinnością człowieka jest „święty obowiązek zdumienia”.
 
Zdumienie, wdzięczność, pokora
Chesterton, jak dziecko, dziwił się więc i zachwycał światem rzeczywistym, światem który możemy poznawać za pomocą zmysłów. Każde źdźbło trawy, każdy liść na drzewie jest – przez samo swoje istnienie – czymś więcej, niż kiedykolwiek będziemy mogli wyrazić ograniczonym ludzkim językiem. Ten rozrzutny, szalony nadmiar dobra owocuje też szaloną, nieograniczoną radością. Pełno jej wokół nas – w kosmosie, w przyrodzie. W jednym z chestertonowskich wierszy wiecznym śmiechem śmieje się nawet szkielet, zakopany gdzieś na ukwieconej łące: on już wie, że śmierć jest „tylko żartem dobrego Króla”.
Ta przewalająca się przez niebo i ziemię fala radości natychmiast wlewa się do naszych serc… gdy tylko otworzymy oczy na to, co dzieje się naprawdę. A naturalnym odruchem kogoś, kto w radosnym zdumieniu ogląda świat, jakby widział go po raz pierwszy, jest dziękczynienie. Już w tym, podstawowym sensie, jest Chesterton poetą głęboko chrześcijańskim.
Za dziękczynieniem idzie pokora. Dla Chestertona to nie tylko postawa moralna – to przede wszystkim narzędzie poznania. „Z doliny widzi się wielkie rzeczy, ze szczytu góry tylko małe” – mówi ksiądz Brown, bohater cyklu jego kryminałów. Chesterton, w istocie wielki filozof, teolog i antropolog, lubił ubierać swoje myśli w szaty pozornie błahych kryminalnych nowelek. To także wyraz pokory pisarza, ale też coś więcej. Zauważmy że klasyczny kryminał, z rozwijającą się przygodą, dramatycznym spiętrzeniem i zakończeniem, w którym dobro góruje nad złem… ma idealną strukturę opowieści chrześcijańskiej. Według tego schematu pisano przecież żywoty świętych, według niego też toczy się akcja Ewangelii.
 
Człowiek paradoksu
Chesterton, który w sposób niezwykły umiał malować świat rzeczy zwyczajnych, który pokorą opisywał wydarzenia największego, kosmicznego kalibru, który mówił wesoło o sprawach śmiertelnie poważnych – był w pełnym znaczeniu tego słowa człowiekiem paradoksu. Za wielki paradoks uznawał też objawienie Chrystusa: Jego wcielenie, ziemskie nauczanie, Jego śmierć na krzyżu i zmartwychwstanie, wreszcie jego obietnicę. Tak to przynajmniej wygląda w ograniczonej perspektywie naszych ludzkich oczu. Gdy jednak spojrzymy na Chrystusa oczyma wiary, to, co pozornie w Nim sprzeczne, harmonijnie złoży się nam w całość.  
Mówi o tym Ortodoksja, najważniejsze z dzieł Chestertona, wydane w 1908 r. Zawarte w nim refleksje czternaście lat później zaprowadziły ich autora – dotąd wyznawcę Kościoła anglikańskiego – do katolicyzmu.
 
Ortodoksja, czyli co?
Punktem wyjścia chestertonowskich rozważań jest radykalna krytyka całego dziedzictwa myśli Oświecenia. Racjonalizm, skupiony na ludzkim rozumie, doszedł do punktu, w którym oświecony rozum musiał zanegować sam siebie. Tymczasem chrześcijaństwo, jako system wiary, jest właśnie postawą trudnej obrony rozumu. Aby racjonalnie oceniać świat – przekonuje nas Chesterton – musimy przyjąć istnienie absolutnej i odseparowanej od tego świata skali wartości. Inaczej wszystkie nasze oceny nie będą miały sensu. Nie rozumieją tego tylko ci, którzy postawili na głowie porządek rzeczy. Pewni są samych siebie, wątpią natomiast w to, w co wątpić nigdy nie powinni: w rozum Stwórcy świata, rozum który my, chrześcijanie, nazywamy Słowem Bożym. Negują to także zgorzkniali mędrcy, siedzący jak sowy „pod garbatym drzewem Wiadomości” i nazywający świat mydlaną bańką.
W dzisiejszym świecie – Chesterton pisał to przed stu laty, ale jego słowa  nie straciły na aktualności – ludzkie cnoty jakby rozwłóczyły się na wszystkie strony. Ich niechrześcijańscy głosiciele są przez to, każdy z osobna, apostołami tylko jednej z nich. I to doprowadzonej do skrajności. Tymczasem chrześcijanin, jako człowiek paradoksu, te skrajności łączy w sobie i równoważy. U chrześcijanina duma walczy z pokorą, a ostatecznym owocem tego niełatwego, lecz fascynującego pojedynku jest harmonia przebywania z Chrystusem. Jakże inaczej wygląda rezultat takiej walki u człowieka, który, odrzuciwszy boski wzór, dumę zastąpił pychą, zaś pokorę uniżonością!
Kolejny paradoksalny przykład. Zwyczajni straceńcy ryzykują życiem z pogardy dla życia, gdyż nic poza życiem nie widzą. Chrześcijanin, bywa, stawia swoje życie na szali, ale czyni to z pogardy dla śmierci. To zasadnicza różnica, która realnie wpływa na naszą egzystencję. Słowa Chrystusa „Kto chce zachować swe życie, straci je” (Łk 9, 24) mogłyby – jak pisze Chesterton – służyć jako praktyczna wskazówka w przewodniku dla alpinistów.
Wreszcie tytułowa ortodoksja, czyli prawowierność. Dzisiejszemu światu kojarzy się ona z suchą, jałową doktryną. Katechizm Kościoła katolickiego, z jego mnóstwem przepisów, jawi się jako podejrzany, bo przecież „prawda jest prosta”. Rzeczywiście jest prosta. Ale prawda ma wiele wymiarów – komplikuje się tym bardziej, im bardziej owe wymiary zgłębiamy. Chesterton porównuje to do klucza i zamka. Tajemnica stworzenia zamknięta jest za drzwiami, uzbrojonymi w skomplikowany zamek, pełen ząbków i misternych wycięć. Aby je otworzyć, trzeba podobnie skomplikowanego klucza.
 
Przyjaciel Polski
Miłośnik średniowiecza i rycerskich cnót, był też Chesterton przyjacielem Polski. Jego instynktowną sympatię do naszego kraju potwierdziły mu – prawem paradoksu, jak zwykle w jego przypadku – opinie osób instynktownie polskości niechętnych. „Doszedłem mianowicie do niezawodnego wniosku, że nieprzyjaciele Polski są prawie zawsze nieprzyjaciółmi wielkoduszności i męstwa. Ilekroć zdarzało mi się spotkać osobnika o niewolniczej duszy, uprawiającego lichwę i kult terroru, grzęznącego przy tym w bagnie materialistycznej polityki, tylekroć odkrywałem w tym osobniku, obok powyższych właściwości, namiętną nienawiść do Polski. Nauczyłem się oceniać ją na podstawie tych nienawistnych sądów – i metoda okazała się niezawodną”.
 
 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki