Logo Przewdonik Katolicki

Z perspektywy Krakowa

Kamila Tobolska, Błażej Tobolski

Kraków pozostawił w tych, którzy uczestniczyli w spotkaniu młodych z całego świata, niezapomniane wrażenia, a w wielu także głębokie duchowe przeżycia. Z pewnością będziemy do nich jeszcze nieraz wracać. Takie wspomnienia bowiem wzmacniają wiarę i dają nadzieję.

Światowe Dni Młodzieży oficjalnie już się zakończyły. Mimo to wciąż jeszcze w pierwszej połowie sierpnia w różnych miejscach Polski można było spotkać pielgrzymów z charakterystycznymi, kolorowymi plecaczkami. Różnojęzyczne, wesołe grupy, nierzadko pod przewodnictwem księży czy sióstr zakonnych, przemierzały polskie góry, nawiedzały sanktuaria, takie jak choćby Kalwaria Zebrzydowska czy Jasna Góra. Zagraniczni pielgrzymi zwiedzali też Warszawę, a niektórzy dotarli także do Poznania czy Gniezna. Gościnnie przyjęci w polskich domach w czasie Dni w Diecezjach, często wprost zauroczeni Polską i Polakami, korzystali z okazji, żeby lepiej poznać nasz kraj.
 
Różaniec po meksykańsku
Jedną z takich grup, która w Polsce spędziła w sumie trzy tygodnie, była blisko 50-osobowa ekipa Meksykanów, którą spotkaliśmy w Częstochowie. Zwracając na siebie uwagę, na jasnogórskim dziedzińcu odmawiała Różaniec, przeplatając go śpiewanymi po hiszpańsku pieśniami i zapraszając do modlitwy także przechodzących obok ludzi. Każdy odmawiając w swoim języku „Zdrowaś Maryjo”, kładł na ziemi otrzymany wcześniej kolorowy kwiat z krepy. W ten sposób u stóp modlących powstawał kwiecisty różaniec. – Modlitwę różańcową w takiej formie przygotowaliśmy specjalnie na nasz pobyt w Polsce. Kolorowe kwiaty pomagają nam w zapraszaniu do niej ludzi i są widocznym znakiem wypowiadanych przez nas słów. Modlimy się w ten sposób w różnych miejscach, zwiedzając wasz kraj, w którym jesteśmy po raz pierwszy, a jednocześnie chcemy wielbić Boga za cudowne przeżycie, jakim były Światowe Dni Młodzieży, za tę ziemię i jej mieszkańców – wyjaśnia jedna z młodych Meksykanek, Ana Isabel Valadez z Ciudad Guzman w stanie Jalisco.
 
Niestraszne im trudy
Młodzież z parafii w Lusowie wyruszyła do Krakowa wprawdzie tylko na trzy dni, ale jak mówią, warto było znieść wszystkie trudy i niewygody, żeby tam być. Cała noc z czwartku na piątek w pociągu, potem w Krakowie przesiadka na pociąg do pobliskiej Goszczy i stamtąd jeszcze kilkukilometrowy marsz z plecakami do Woli Więcławskiej, gdzie zostali zakwaterowani razem z 5 tys. pielgrzymów w wielkim obozie utworzonym z namiotów wojskowych. – Po zarejestrowaniu się poszliśmy z powrotem do Goszczy, ale już bez plecaków, do kościoła parafialnego na Mszę św. Dalej zatłoczonymi do granic możliwości pociągami dostaliśmy się do Krakowa na Błonia, na Drogę Krzyżową z papieżem. Do obozu wróciliśmy przed północą, żeby się trochę przespać, bo o świcie ruszaliśmy do Łagiewnik na Mszę św. z papieżem. Tym razem znów z całym naszym ekwipunkiem, bo kolejną noc spędziliśmy już na czuwaniu na Campus Misericordiae w Brzegach, w niedzielę rano uczestniczyliśmy we Mszy Posłania, a wieczorem mieliśmy już pociąg powrotny – relacjonuje opiekun 18-osobowej grupy z Lusowa ks. Daniel Trocholepszy, na co dzień studiujący liturgikę na KUL-u. – Co ciekawe, młodzież nie tylko, że znosiła bez narzekania te wszystkie marsze, czekanie w tłumie na swoją kolej przy posiłkach czy na dworcach, ale jeszcze swoim entuzjazmem i pozytywnym nastawieniem zarażała innych – zauważa.
– Niesamowity wręcz był ten wielki, rozśpiewany, radosny, żywo reagujący tłum, w którym przemieszczaliśmy się przez Kraków. Każdy na twarzy miał uśmiech, cieszył się tym, że tam jest, okazywał sympatię wobec innych mijanych ludzi choćby uśmiechem czy gestem – opowiada zachwycony Wojtek Nowak, uczeń technikum ekonomicznego. – To doświadczenie wspólnego, innego niż na co dzień, w kościele przeżywania swojej wiary zostanie mi na pewno głęboko w pamięci na całe życie – podkreśla. Dla ks. Daniela ogromnym przeżyciem była również możliwość koncelebrowania razem z Ojcem Świętym Mszy w Brzegach. – Po pobycie w Krakowie jeszcze bardziej pozytywnie patrzę na papieża, którego obraz media często przekazują nam w sposób subiektywny i niepełny. Poczułem też wyraźnie jedność Kościoła, kiedy w różnorodności ludzi z całego świata, stający pośród nas na modlitwie Jezus, łączy nas wszystkich – mówi ks. Daniel.
Miejscem kolejnego spotkania młodych – jak ogłosił papież Franciszek – będzie Panama. To dużo dalej niż Kraków, ale Wojtek pytany o to, czy myślał już może o wyjeździe, reaguje entuzjastycznie. – Panama? Oczywiście! Mamy jeszcze trzy lata, żeby uzbierać potrzebne środki. Kwestia finansowa nie jest zresztą największą przeszkodą. Dla niektórych bowiem problem stanowił nawet wyjazd do Krakowa. Kiedy są chęci, to i sposób się znajdzie.
 
Raban w mieście
Na ŚDM udawały się nie tylko parafialne czy dekanalne grupy, ale także zorganizowane przez duszpasterstwa skupiające młodzież, jak chociażby prowadzone na poznańskich Winogradach przez salezjanów. W tym międzynarodowym towarzystwie nie mogło też zabraknąć pasjonatów misji z Werbistowskiego Centrum Młodych „Tabor” działającego przy domu misjonarzy werbistów w Chludowie. – To było piękne dopełnienie tego, czym zajmujemy się w naszej formacji. W Krakowie bowiem mogliśmy zobaczyć Kościół z różnych zakątków świata – zauważa Weronika Stróżyk, uczennica technikum geodezyjno-drogowego, od dwóch lat zaangażowana w „Tabor”. – Rozglądaliśmy się trochę za werbistami i udało się spotkać współbraci z Brazylii, Ukrainy czy Boliwii. Od wielu osób słyszałem też, że kojarzą nas z różnych krajów. Dla mnie samego szczególne były spotkania z Malgaszami, także już w Poznaniu na Dniach w Diecezjach, pracowałem bowiem na Madagaskarze – przyznaje o. Krzysztof Kołodyński, opiekun chludowskiej grupy. Liczyła ona 13 osób, a noclegi przez cały tydzień pobytu (oprócz nocy spędzonej w Brzegach) zapewniały im rodziny z podkrakowskiej parafii w miejscowości Korzkiew. – Na początku byłam skrępowana, ale długie, serdeczne rozmowy sprawiły, że szybko poczułam się u moich gospodarzy jak u babci na wakacjach – wspomina Weronika. Młodzi z Chludowa codziennie pokonywali kilkanaście kilometrów komunikacją podmiejską i miejską. – To była okazja do robienia pozytywnego szumu. Śpiewaliśmy pieśni religijne, a z każdą zwrotką ludzie, także starsi, coraz przyjaźniej na nas patrzyli, a nawet do nas się przyłączali. Ta prosta sytuacja pokazuje, że w Polsce jest coraz więcej pola na odważne głoszenie Ewangelii, choćby w tłumie – zauważa o. Krzysztof. „Tabor” okazywał swoją radość także na ulicach Krakowa, w niczym nie ustępując najgłośniej robiącym raban Włochom czy Hiszpanom. – Stawałyśmy po prostu na murku i śpiewałyśmy chociażby „Jestem rybakiem Pana” czy „Jesteś życiem mym”, tańcząc przy tym. Także mieszkańcy Krakowa pozytywnie na nas reagowali – stwierdza Weronika.
 
Na ŚDM rodzinnie
Co prawda nazwa „Światowe Dni Młodzieży” wskazuje, że jest to wydarzenie skierowane do młodych ludzi, jednak od zawsze z wielkim entuzjazmem biorą w nim udział także osoby czujące się młode duchem. Tak było oczywiście i tym razem. W ponad 90-osobowej ekipie z Gostynia do Krakowa dotarły także całe rodziny. Kasia i Waldek Kozłowscy jeszcze jako narzeczeni uczestniczyli w ŚDM w Rzymie w 2000 r. – Po drodze był jeszcze Paryż, a wcześniej byłam w Częstochowie. Te spotkania kształtowały naszą młodość, miłość i wiarę. Bardzo chcieliśmy więc, by także nasze dzieci, 13-letni Janek i 9-letnia Tosia, doświadczyły tego ducha wspólnoty i żywej wiary – mówi Kasia. Bazą noclegową dla gostyńskich pielgrzymów były Myślenice, gdzie gościły ich rodziny. – Trafiliśmy do państwa Jamróz, którzy jak się okazało podczas pierwszej rozmowy, tak jak my należą do Domowego Kościoła – dopowiada. Małżonkowie przyznają, że czekali też na słowa papieża. – Franciszek przypomniał nam, że nie przyszliśmy na świat, aby wegetować, żeby uczynić z życia kanapę, ale po to, aby zostawić ślad, ślad w sercach naszych dzieci i innych ludzi, których Bóg stawia nam na drodze naszego życia. Szukanie wygód, spokój, konsumpcjonizm to paraliż i zagrożenie nie tylko dla młodego człowieka, ale każdego z nas. Nie chcemy więc, żeby nasze dzieci były dziećmi „kanapy”, ale, jak mówił papież, wierzyły w samych siebie i w to, że Chrystus jest ich największym fanem i zawsze im kibicuje. Potrzebują do tego naszego dobrego przykładu – tłumaczy Waldek. Kozłowscy wyznają też, że w Krakowie w sposób szczególny doświadczyli Bożej opieki, tym bardziej że tydzień przed wyjazdem zawahali się, czy powinni tam być. – Pojechaliśmy jednak, oddając Bogu siebie i nasze dzieci, a On był Panem naszego bezpieczeństwa, zdrowia i pogody, a przede wszystkim pokoju serca, który towarzyszyło nam przez cały czas – wyznają.
Drugą z gostyńskich rodzin byli Zosia i Jurek Przeniczka, którzy do Krakowa zabrali swojego młodszego syna, 9-letniego Wojtka. – Na Campusie Misericordiae w Brzegach byliśmy w dalszym sektorze i brakowało nam trochę widoku tego, co dzieje się na scenie czy przy ołtarzu, bo bardzo słabo było widać telebimy. Ale to nie było najistotniejsze. Wszystko bardzo dobrze słyszeliśmy i czuliśmy się z innymi uczestnikami wspólnotą. Szczególnie poruszyła nas postawa jednej z naszych sąsiadek, młodej Portugalki. Paula była dla nas niesamowitym świadectwem osoby niosącej miłosierdzie w praktyce, cały czas się o nas troszczyła – opowiada Jurek. Jak dodaje Zosia, dla ich syna ŚDM był na pewno doświadczeniem otwarcia na świat, poczucia jedności między ludźmi i tego, że ludzie są dobrzy.
 
Opatrznościowa sprawa
Trzech kleryków poznańskiego seminarium zdecydowało się z kolei przybyć do Krakowa jako pielgrzymi indywidualni. – Przyznam, że wcześniej z powodu innych obowiązków nie planowałem udziału w Światowych Dniach Młodzieży. Miałem za to okazję pomagać w trakcie Dni w Diecezjach w parafiach w Solcu Nowym i Wroniawach, do których przybyli pielgrzymi z Francji. Niespodziewana obecność w Krakowie, spotkanie z tyloma młodymi ludźmi z całego świata, z papieżem i biskupami, okazała się przygodą życia – dzieli się kleryk piątego roku Jerzy Kotkowski, pochodzący z parafii pw. Objawienia Pańskiego w Poznaniu. – Niespodziewanie znalazł się dla nas w Krakowie nocleg u cystersów i wejściówki na papieską Mszę. To opatrznościowa sprawa – dopowiada Maciej Szymczak, kleryk drugiego roku z parafii pw. św. Jana Bosko w Luboniu. Równie spontaniczną decyzję o przyjeździe do Krakowa podjął kleryk czwartego roku Marcin Gawarzewski z parafii pw. NSPJ i św. Floriana w Poznaniu. – Uczestnictwo w takim wydarzeniu było dla mnie potwierdzeniem wyboru Chrystusa i tego, że chcę podążać Jego drogą. Widok tylu młodych ludzi, którzy chcą wyznawać swoją wiarę, utwierdził mnie w powołaniu i dał przekonanie, że chcę ich jako kapłan prowadzić do Boga – wyznaje. Wszyscy trzej przyznają, że udział w ŚDM był ważnym wydarzeniem na ich drodze do kapłaństwa, tym bardziej że udało im się także uczestniczyć we Mszach św. z papieżem sprawowanych na Jasnej Górze i w Łagiewnikach. – Bardzo istotne było też niedzielne posłanie wszystkich uczestników przez Ojca Świętego. Realizujemy je po powrocie do domów i dopiero najbliższy czas zweryfikuje, jak przeżyliśmy ten szczególny czas – zaznacza kleryk Jerzy.
 
Dając siebie innym
Trudno sobie wyobrazić ŚDM bez wolontariuszy. W Krakowie służyło ich 19 tys., a pochodzili z 67 krajów świata. Oprócz silnej reprezentacji archidiecezji krakowskiej 3 tys. osób przyjechało z innych polskich diecezji, w tym z naszej. Jednym z zadań poznaniaków była praca podczas katechez dla Polaków głoszonych na Stadionie Cracovii. Wolontariusze pomagali tam przy obsłudze sceny, pełnili też funkcje porządkowe i informacyjne. Na wolontariat zdecydował się m.in. Michał Sulowski z poznańskiej parafii pw. św. Jana Jerozolimskiego za Murami. – Oprócz tego, że pomagałem na stadionie, wspierałem też organizatorów w obsłudze strony internetowej. Od zawsze zresztą staram się włączać w akcje, w których można innym dać coś od siebie. To daje mi ogromną radość – przyznaje. – W Krakowie był cały świat, wszystkie kultury i języki. Można było tam zobaczyć pielgrzymów z Syrii, Iraku, Libanu i Izraela idących razem ręka w rękę. Widać było, że pomimo wszystkich różnic jednoczy nas Bóg i wiara w Niego – zauważa Michał. Inna z wolontariuszek, Kasia Smulska z parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Poznaniu, była na ŚDM już po raz piąty. – Dotąd jeździłam jako uczestniczka goszczona przez rodziny. Teraz chciałam się włączyć w przygotowania do tego wydarzenia w diecezji i w Krakowie. To była potrzeba serca odwdzięczenia się za to, czego sama wcześniej doświadczyłam – tłumaczy. Z kolei Kasia Mich z poznańskiej parafii pw. św. Stanisława Kostki wyznaje, że wolontariat pomógł jej zdecydować się na udział w ŚDM. – Nie za bardzo lubię takie masowe imprezy, ale skoro Pan Bóg chciał mnie tam jako wolontariuszkę, to dotarłam do Krakowa – mówi z uśmiechem, dodając, że pierwszym impulsem do takiego zaangażowania się był moment odebrania przez Polaków Krzyża ŚDM w Niedzielę Palmową 2014 r. w Rzymie, w którym miała okazję uczestniczyć.
 
Tam, gdzie była potrzeba
Z wolontariuszami, ale także ze strażą i policją współpracowali harcerze i harcerki pełniący tzw. Białą Służbę, która zapoczątkowana została w latach 80., podczas pielgrzymek Jana Pawła II do Polski. Do Krakowa przybyli członkowie chorągwi z całego kraju, w tym z Wielkopolski, w sumie ponad 800 członków ZHP oraz prawie 1500 uczestników Zlotu Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej na ŚDM odbywającego się na terenach Kampusu Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pomagali oni w dbaniu o bezpieczeństwo pielgrzymów, służąc nie tylko podczas uroczystości z udziałem papieża Franciszka. Harcerze codziennie wyruszali na ulice Krakowa w kilkuosobowych przeszkolonych patrolach medycznych i porządkowych. Wspierały ich w pracy patrole interwencyjne, a w skład jednego z nich wchodziło czterech chłopaków z drużyny ZHR „Trop” z podpoznańskiego Kiekrza. – Byliśmy wszędzie tam, gdzie tylko pojawiała się taka potrzeba. Na Błoniach pilnowaliśmy na przykład drożności dróg podczas przejazdów Ojca Świętego między sektorami czy asystowaliśmy w niesieniu symboli ŚDM. Kierowaliśmy też pielgrzymów do odpowiednich sektorów, a kiedy z nich wychodzili, koordynowaliśmy, żeby odbywało się to płynnie. Odpowiadaliśmy też na ich pytania, chociażby o to, gdzie można się wyspowiadać czy gdzie znajduje się najbliższy punkt medyczny. Pomagała nam w tym ciągła łączność z naszym sztabem – opowiada licealista Patryk Kiełbasiewicz. Jak dodaje Wiktor Wasilewski, uczeń technikum elektroniczno-mechanicznego, podczas Mszy św. kończącej ŚDM pomagali z kolei w sektorze dla osób niepełnosprawnych. – Dla nas służba podczas Światowych Dni Młodzieży była po prostu formą modlitwy.
 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki