Logo Przewdonik Katolicki

Za późno powiedziałem kocham

Monika Białkowska
Fot. Robert Woźnak/PK. Grzegorz Polakiewicz. "Wielotrotnie słuszałem, że mam przesrane. Ale nie zamieniłbym tego życia na żadne inne, bo jestem taki szczęśliwy!".

Z Grzegorzem Polakiewiczem, niepełnosprawnym przyjacielem bezdomnych, muzyków i kardynałów, rozmawia Monika Białkowska.

Wolałabym zacząć tak, żeby to nie choroba Pana definiowała. Kim Pan jest, Panie Grzegorzu?
– Kiedy trzy lata temu Piotr Baron organizował dla mnie koncert we Wrocławiu, nazwał mnie „wędrownym ewangelizatorem”. Oburzyłem się wtedy: „Co ty chłopie, na głowę upadłeś? Wędrowny ewangelizator? Co to znaczy?”. Ale potem pomyślałem, że jest w tym jakaś prawda. Moje życie jest drogą. I niezależnie od tego, czy miałem dwie nogi, czy mam jedną, to mnie nie zatrzymało w tym, żeby iść i nieść człowiekowi orędzie  nadziei.
 
Podobno lubi pan gotować? Brak nogi mocno przeszkadza w kuchni?
– Tak, lubię! Moją specjalnością jest wołowina po marokańsku z rodzynkami, imbirem i suszonymi morelami, duszona w winie. Praca jest jednak zdecydowanie wolniejsza, każde przejście z miejsca na miejsce wiąże się z wzięciem kuli. Stanie na jednej nodze też jest męczące, w pewnym momencie ona po prostu boli. Ale nie ma co się na tym skupiać, to najmniej istotne.
 
Urodził się pan zdrowy?
– Od dziecka chorowałem na różne choroby. A noga w pewnym momencie zaczęła puchnąć, lekarze za późno ją zdiagnozowali. Cierpienie było tak ogromne, że z bólu traciłem przytomność, jedynym wyjściem była amputacja. Potem zaczął się w życiu nowy etap. Nic tragicznego, Pan Bóg po coś to dopuścił. Ja też wiele rzeczy przez to zrozumiałem. Byłem kiedyś klerykiem w seminarium. Kiedy ze względów zdrowotnych musiałem odejść, pojechałem do ks. Grzegorza Rysia, wówczas jeszcze rektora seminarium krakowskiego. Zapytałem go: co mam teraz robić? On zaprowadził mnie do refektarza, pod krzyż, na którym był Jezus bez rąk. Powiedział: „Widzisz? On nie ma rąk, ale prosi ciebie, żebyś ty teraz stał się Jego rękoma, żebyś pomógł Mu kochać świat i człowieka”. Pomyślałem wtedy: fajnie się gada. I wyszedłem wkurzony. A później, kiedy byłem już po amputacji i wziąłem brewiarz, żeby podziękować Panu Bogu za to, że się wybudziłem, wypadł mi obrazek z tym właśnie Jezusem z refektarza. I zrozumiałem, o co chodziło biskupowi Grzegorzowi: że nie trzeba mieć dwóch rąk ani dwóch nóg, żeby kochać drugiego człowieka, że potrzeba tylko zdrowego, kochającego serca.
 
O zdrowe serce pewnie trudniej niż o zdrowe nogi?
– Historia mojego życia jest dość trudna, niezależnie nawet od cierpienia związanego z chorobą. Daję często świadectwo o mojej relacji z tatą, który mnie nie kochał i odepchnął. Ale teraz jest dla mnie szczególnie trudny okres. Mój przyjaciel z rodzicami zaprosił mnie do siebie na święta Bożego Narodzenia. To było doświadczenie, jakiego nie miałem przez dwadzieścia parę lat swojego życia. Dostałem rodzinę. Usłyszałem: „Jesteś częścią naszej rodziny”, to było dla mnie bardzo mocne. Ale też zobaczyłem ułomność w sobie. Zobaczyłem, że wprawdzie przez lata miałem serce otwarte na drugiego człowieka, nikogo nie odsyłałem z kwitkiem – ale nie wpuszczałem innych do swojego serca. Bałem się miłości, odrzucenia, zranienia, tego wszystkiego, czego doświadczyłem jako dziecko.
 
Bezpieczniej o miłość nie prosić, bo można jej nie dostać i będzie wtedy bolało podwójnie?
– Tak. I myślałem, że wszystko jest w porządku. Kiedyś, gdy chodziłem na terapię w związku z doświadczeniami z dzieciństwa, otrzymałem od terapeuty zadanie: że muszę się otworzyć na bliskość drugiego człowieka, nie bać się przytulić. Rozmawiałem o tym z kardynałem Macharskim i powiedziałem mu, że to jest jedyna rzecz, której nie zrobię. Że dam sobie radę, jestem silny, do końca życia tego nie zrobię! I kardynał powiedział mi wtedy: „Jeszcze się zdziwisz, jak Pan Bóg namiesza w twoim życiu i każe ci odrobić tę lekcję”. A ja nawet, kiedy modliłem się przy jego trumnie, śmiałem się do niego: „Ojcze, ty już jesteś w niebie, a ja nadal się trzymam!”. Teraz jestem przekonany, że to on namieszał trochę z góry. To, co się wydarzyło, przewróciło moje życie. Doświadczyłem rodzinnych świąt, miłości brata i siostry, czułem się tam, jakbym tych ludzi znał całe życie. Ale za tym przyszedł też lęk i cierpienie. Muszę przepracować to w sobie. To oczyszczenie, jakby Pan Bóg wziął mnie za uszy i wsadził do ognia, żeby zniszczyć wszystko, co jest niedoskonałe. Kiedyś o. Remigiusz Recław, jezuita powiedział, że za lękiem stoi zawsze nagroda. I kiedy patrzę na swoje życie, to widzę, że rzeczywiście, za każdym lękiem stała nagroda.
 
To jak – kardynał Macharski jednak wygrał? Czy jest na dobrej drodze?
– Jest na bardzo dobrej drodze! Kardynał Franciszek był dla mnie ojcem, od niego dostałem to, czego nie doświadczyłem w dzieciństwie. Jemu i o. Leonowi Knabitowi zawdzięczam to, kim jestem. Kardynał uczył mnie, jak dostrzegać drugiego człowieka. Był niezwykle czujny, żeby nikomu nie odmówić miłości. Kiedy przechodził przez krakowski rynek, był niezwykle skupiony i rozmodlony, ale nigdy się nie zdarzyło, żeby nie dostrzegł kogoś, kto był w potrzebie. To był wielki mistyk i w moim przekonaniu już jest w niebie. Potrzeba tylko czasu, żeby Kościół to potwierdził.
 
Rodzony ojciec powiedział Panu, że się Pana brzydzi. Ile miał pan wtedy lat?
– Niecałe siedem. Koszmarnie się tego wstydziłem przez lata. Pamiętam wszystko z tamtej chwili, kiedy zostałem przez niego odepchnięty. Było to na tydzień przed jego śmiercią. I pamiętam, jak potem widziałem go martwego, składanego do trumny, i miałem w pamięci to wydarzenie sprzed tygodnia, i byłem świadomy, że coś się kończy….
 
Co się wtedy działo w małym chłopcu? Był żal? Ulga?
Ani jedno, ani drugie. Było niezrozumienie.
 
Niezrozumienie sytuacji czy niezrozumienie człowieka?
– Człowieka… Najbardziej bolało mnie, że skoro jego już nie ma, nie będzie mógł cofnąć wypowiedzianych słów. Ale to też była lekcja dla mnie. Są ludzie, którzy mnie bardzo skrzywdzili, ale nigdy im tego nie powiedziałem – bo wiem, że słowo ma wielką moc. Może uzdrowić, może przemienić życie, ale może też zabić. Od tego momentu, kiedy usłyszałem od taty, że się mnie brzydzi – i od tego momentu tydzień później, kiedy już nie był w stanie swoich słów cofnąć – jestem ostrożny i ważę każde słowo. Wiem, że mogę już nie mieć okazji, żeby je cofnąć.
 
Ten moment tydzień później – co się stało?
– Tata próbował zabić mnie i mamę. Wyszliśmy z mamą do sklepu, a gdy wróciliśmy, tata był zamknięty w łazience, ale nie było słychać żadnych głosów. Przyszedł sąsiad i wyważył drzwi. Okazało się, że tata spadł z taboretu i uderzył potylicą w pralkę. Spadł, gdy wieszał trzy powrozy: dla mnie, dla mamy i dla siebie. Przez wiele lat tego nie rozumiałem. Dziś wiem, że on sam nie doświadczył miłości od swoich rodziców, więc nie potrafił kochać.
 
Wybaczył mu Pan?
– Tak. I mam szczerą nadzieję, że spotkamy się w niebie i się uściśniemy. W tym wszystkim, co się stało, Pan Bóg dopuścił przecież czegoś niesamowitego, bo ostatecznie tata nie zrobił tego zła. Upadając z taboretu ani sam nie popełnił samobójstwa, ani nikomu nie wyrządził krzywdy.
Wierzę, że przeszedł oczyszczenie. Mnóstwo swojego cierpienia ofiarowuję za niego, żeby mu skrócić jego ból. Wiem, że po drugiej stronie będzie tylko miłość: nie będzie urazów ani złych wspomnień, będziemy patrzeć na siebie inaczej.
 
Wspomniał Pan, że był klerykiem. Co czuje chłopak, który chce wszystko poświęcić Panu Bogu, a Pan Bóg mówi mu: „nie”? Był bunt?
– Buntować się nie buntowałem, ale totalnie tego nie rozumiałem. Ale kiedy patrzę na to z perspektywy czasu i widzę drogę, jaką przeszedłem, mówię: nie oddałbym tego życia za żadne inne! To najpiękniejsze życie, jakie tylko może być! Po prostu wow, tylko Pan Bóg może takie scenariusze pisać. Tylko nie można się zafiksować na swoim niezadowoleniu i powtarzać ciągle Panu Bogu, że rozchrzanił nam nasze plany, że my mieliśmy lepszy plan. Guzik prawda. Jak człowiek poda Mu rękę i zaufa, to doświadczy, że lepszego życia nikt by dla niego nie wymyślił.
Już w wieku kilku lat zachorowałem na cukrzycę, już wcześniej miałem problemy z odpornością. Trzy lata temu zdiagnozowano u mnie zespół chorób autoimmunologicznych. W seminarium byłem bardzo osłabiony: a tu studia, obowiązki, odśnieżanie, grabienie ogrodu, to nie jest sanatorium. Po dwóch lata widziałem, że nie daję rady. Choć pragnienie w sercu nadal było, to rozum podpowiadał, że nie dam rady, że trzeba pójść dalej…
 
Jak się zaprzyjaźnia z kardynałem Macharskim?
– On był w radzie patronackiej liceum, do którego wygrałem konkurs stypendialny. 3 września 2003 r. to on odprawiał Mszę inauguracyjną. Zaczęliśmy rozmawiać w zakrystii, a potem rozmawialiśmy coraz częściej. Wiedział, że jestem w Krakowie sam, więc na tyle, na ile było to możliwe, miałem okazję się z nim spotykać, rozmawiać, on pomógł mi pójść na terapię i ją finansował… Nie skupiał się na tym, co było złe w moim życiu, ale pokazywał mi, jak wiele jest dobrego i jak ogromny mam potencjał. Nie wiem, czy był ktoś drugi, kto tak we mnie wierzył, jak on. Jednej rzeczy tylko żałuję: że dopiero kiedy byłem u niego w szpitalu, na trzy tygodnie przed śmiercią, kiedy był nieprzytomny, dopiero wtedy byłem w stanie powiedzieć mu, że go kocham. I to była jedyna rzecz w tej przyjaźni, której żałowałem. Że zrobiłem to tak późno.
 
A ojciec Leon?
– Ojca Leona też spotkałem też w czasach licealnych. Kiedy miałem wszystkiego dość, jeździłem do Tyńca, żeby posiedzieć na wielkim, wapiennym kamieniu u podnóża wzgórza tynieckiego. I tam przechadzał się taki dziadek. Nawet nie wiedziałem, kto to jest o. Leon! I może dlatego ta relacja tak się rozwinęła? To taki ojciec, do którego w Dzień Ojca zawsze dzwonię z życzeniami – ale też niesamowity mistyk. On się z tego śmieje, nie pozwala tak mówić. Ale pamiętam, jak jeszcze przed amputacją leżałem i płakałem z bólu. Było pewnie wpół do czwartej nad ranem, kiedy zadzwonił telefon. Odebrałem zdziwiony i usłyszałem: dlaczego płaczesz? Nie pisałem, nie dzwoniłem, a on wiedział. Jego poczucie humoru i dystans do wielu rzeczy też są zaraźliwe, od niego nauczyłem się, że trzeba ten smutny świat zarażać radością.
 
Za tą przyjaźnią idzie duchowość benedyktyńska?
– Nie. Bardziej chyba franciszkańska… Św. Franciszka wybrałem sobie jako patrona przy bierzmowaniu, bardzo świadomie. I on o mnie dba. Przysłał mi kardynała Franciszka. Potem, po amputacji, przygarnął mnie proboszcz parafii św. Franciszka z Asyżu – gdy moi przyjaciele bali się o mnie, żebym po amputacji nie mieszkał sam. Po czterech latach nadal tam mieszkam i to jest mój dom. Jestem po ślubach: złożyłem śluby celibatu, modlitwy liturgią godzin i posłuszeństwa biskupowi, dostałem takie pozwolenie po spotkaniu z papieżem Benedyktem w 2011 r. To się stało na Jasnej Górze, w uroczystość Serca Pana Jezusa. Koszmarnie się bałem. Kiedy klęczałem przed obrazem Matki Bożej w czasie Litanii do Wszystkich Świętych, miałem poczucie, że robię największą głupotę w życiu i że powinienem uciekać. Ale jak już odczytałem akt ślubowania i przyjąłem obrączkę, wszystko odeszło. Diabeł został pokonany, przyszła niesamowita wolność i poczucie, że to właśnie jest droga, którą Pan Bóg wybrał. I przez pięć lat nie zdarzyło mi się żałować.
 
Długą drogą Pan Bóg Pana prowadził. Przed seminarium i amputacją było między innymi hospicjum…
– Spotkania w hospicjum to przede wszystkim Patryk. Codziennie przypomina mi o nim Filip, miś, którego od niego dostałem. To na niego patrzyłem, kiedy Patryk mówił o umieraniu, a ja starałem się nie rozpłakać. Ten chłopiec wiedział, dokąd zmierza i że niebawem ten cel osiągnie. Nauczyłem się przy nim, że nie trzeba być wykształconym, żeby rozumieć, gdzie naprawdę jest dom człowieka. Tam były dzieci z wyrokami, takimi na tydzień czy dwa tygodnie życia. Przy nich zobaczyłem, że szukam domu na ziemi – a przecież ten prawdziwy dom dopiero na końcu drogi. I musiał mi to wytłumaczyć siedmioletni chłopiec. Czułem się jak ostatni kretyn, kiedy od niego wychodziłem. Teraz nie mam takiej dojrzałości, jaką on miał wtedy. Ale nauczyłem się od niego tej świadomości domu i na każdej adoracji mówię: „Panie Jezu, jeśli taka jest Twoja wola, to ja już chciałbym do domu”. I nie ukrywam, że to jest największe pragnienie mojego życia.
 
O bezdomność też się pan otarł…
– Posługiwanie wśród bezdomnych próbował zaszczepić we mnie już kardynał Franciszek, ale jemu się nie udało. Zawsze myślałem, że wielu z nich to młodzi i silni faceci, to ich wybór, że nie chcą z tej bezdomności wyjść. Tak było do czasu, aż sam wylądowałem na ulicy.
 
Jak to się stało?
– Wynajmowałem pokój w domu pod Warszawą. Znalazł się na niego kupiec, który chciał natychmiast wejść z remontem. Styczeń to najgorszy moment na szukanie pokoju studenckiego, a na inny nie było mnie stać. Przyjaciół w Warszawie nie miałem, więc wylądowałem w Ogrodzie Saskim. Na trzy tygodnie, na przełomie stycznia i lutego, przy mrozach dochodzących do -30. Wtedy Bóg pokazał mi w tych ludziach braci. Pamiętam swoje łzy, jak było mi głupio, że tak tych ludzi oceniałem. Oni się o mnie zatroszczyli. Mówili, kiedy nie pić, bo za zimno, bo zaśniesz i po tobie stary. Na ten dworzec nie idź, bo cię wyrzucą, a na ten tak, bo nie ma sokistów. A tu dostaniesz ciepłą zupę. Nie potrzebowałem jednak posiłku ani odzieży. W międzyczasie cały czas pracowałem. Przychodziłem rano do pracy, ogarniałem się i udawałem wspaniałego, szczęśliwego i wypoczętego pracownika administracji publicznej. Potem kończyła się praca, wszyscy szli do domu, a ja do kościoła paulinów, potem do ulubionej kawiarni i znów do Ogrodu Saskiego. Kiedyś jeden z bezdomnych braci wziął moją rękę i wcisnął mi około 20 złotych w bilonie, i powiedział: „Tyle dziś uzbierałem, ja już jadłem u kapucynów, idź i kup sobie coś do zjedzenia”. Ta sytuacja do dziś nie pozwala mi przejść obok żadnego bezdomnego obojętnie. Oni są poranieni i zależy im na tym przede wszystkim, żeby ktoś dostrzegł w nich człowieka, żeby poświęcił czas i porozmawiał. I wtedy są bardziej szczęśliwi, niż gdyby dostali parę złotych.
 
Zabrał Pan głos przy okazji sporów wokół zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Mówił Pan: ja też jestem kaleką. Co można powiedzieć matkom, które czekają na chore dziecko? Żadne z nas nie wyręczy ich w patrzeniu na cierpienie ich dziecka…
– Bardzo łatwo jest doradzać z boku, ale każda kobieta jest inna, ma inną historię, inne emocje. Znam osoby, które chorują dużo bardziej niż ja. Znam Przemka, który ma 36 lat, nie ma z nim kontaktu, nigdy z nim nie rozmawiałem. Ale jak go pytam: „Przemek, czy ty się cieszysz, że żyjesz?” – to na jego buzi pojawia się taki uśmiech i radość, że nie mam wątpliwości, że on jest szczęśliwy. Każdej mamie życzyłbym patrzenia na wszystko jak na szansę. Mamy tendencję do widzenia wszystkiego w czarnych barwach. A może z tego będzie wielkie dobro i dla mnie, i dla tego dziecka? Ono mimo cierpienia na tym cierpieniu nie musi się skupiać, może żyć tym, że ktoś go kocha, że ktoś chciał! Przy dzieciach, chorych czy zdrowych, widzę, jak bardzo jesteśmy zamknięci w sobie. Jak źle widziane jest, kiedy ktoś płacze, okazuje emocje. Wtedy jest mazgajem, jest niestabilny emocjonalnie, powinien wziąć się w garść. Ale Pan Jezus powiedział: „Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa!”. Jak dzieci, czyli jacy? Prości. Bezpośredni. Kiedy dziecko chce się przytulić, mówi: przytul mnie! Kiedy chce płakać, to płacze. Kiedy chce się śmiać, to się śmieje. Dlaczego my nie jesteśmy tacy? Nie chcę tak żyć! Chcę być jak dziecko i nie obchodzi mnie, co kto o tym sądzi. Płaczę, piszę o swoich emocjach, śmieję się, pragnę bliskości. Czego jestem winny? Że jestem człowiekiem? Że chcę być jak dziecko, które jeszcze nie jest zepsute przez świat?
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki