Logo Przewdonik Katolicki

Ćwiczyć radość

Anna Sosnowska
Fot. Archiwum Prywatne. Anna Sosnowska

„Bo jest w nim Pan Jezus” – to odpowiedź jezuity, o. Wojciecha Ziółka, na pytanie, za co kocha Kościół. Przypominam ją sobie właściwie w każdą niedzielę podczas Mszy. Tutaj jest Pan Jezus. Naprawdę trudno o lepszą dobrą nowinę i o… lepszy powód do radości

Nawet jeśli aktualnie życie daje nam solidnie w kość, to teraz, tutaj, we wszystkim, czego doświadczamy – jest Jezus.
Gwarancja Jego obecności to niewyobrażalnie dużo. Tymczasem – przynajmniej ja tak mam – zamiast pieśni pochwalnych regularnie pobrzmiewają we mnie raczej gorzkie żale… No cóż, w końcu radość jest nie tylko spontaniczną reakcją, ale także czymś, co zwyczajnie należy ćwiczyć (jak to z cnotami bywa).
Zresztą ćwiczyć nie tylko w sferze duchowej, ale np. także w małżeństwie. To cenna lekcja, jaką odebrałam od mojego męża. Kiedyś wydawało mi się, że skoro w pewnych okresach życie dość bezlitośnie okłada nas po głowie, to „tu nie ma się z czego cieszyć!”. Doprawdy? Jeśli żart jest śmieszny, tort bezowy obłędny, a wspólnie obejrzany film wciągający i świetnie zagrany – to owszem, jest się z czego cieszyć. A już największym, niepodważalnym powodem do radości są obecność, bliskość oraz wsparcie ukochanej i kochającej mnie osoby. Warto to sobie czasem na nowo uzmysłowić.
Mogą się Państwo nieco dziwić, dlaczego tyle piszę o radości, skoro cały Kościół wychyla się już w stronę Wielkiego Postu, który w naszym odczuciu z radością ma niewiele wspólnego. Dla wielu z nas to raczej czas smutnej refleksji nad tym, ile nabroiliśmy, i że ciągle – mimo najszczerszych chęci – broić nie przestajemy. Bóg zrobił dla nas tak wiele, a my wciąż nie dajemy rady…
Zupełnie inną optykę (rewolucyjną?) proponuje XIV-wieczna pustelnica i mistyczka, Juliana z Norwich. Wśród kilkunastu objawień, których doświadczyła (spisanych w książce Objawienia Bożej miłości, wyd. W drodze), „zobaczyła” także mękę Jezusa – pełną nie tylko koszmarnego cierpienia, ale także… radości i szczęścia.
Juliana najpierw w niezwykle przejmujący sposób przedstawia twarz konającego Chrystusa – „zmęczoną i szarą jak popiół”, z odbitymi na niej wszystkimi katuszami, przez które musiał przejść. „Ta długa agonia – pisze mistyczka – sprawiła, że wydało mi się, że jest już martwy od całego tygodnia, cały czas cierpiąc ból”.
Za chwilę jednak zmasakrowana twarz Jezusa zmienia się i zaczyna się na niej malować szczęście. „Czy jesteś rada, że cierpiałem za ciebie?” – pyta Julianę Ukrzyżowany. Ona z pełnym przekonaniem odpowiada, że tak. „Jeśli jesteś rada (…), to i ja jestem rad. To dla mnie niewysłowiona radość i nieskończone szczęście, że mogłem znosić cierpienia dla ciebie, gdyż jeślibym mógł cierpieć więcej, cierpiałbym”.
To zdanie robi na mistyczce piorunujące wrażenie. W tym momencie dociera do niej, że jeżeli Jezus miałby „umierać po kolei za każdego człowieka, który ma być zbawiony, jak umarł raz jeden za wszystkich, miłość nie dałaby Mu spocząć, dopóki by tego nie uczynił. A kiedy by to uczynił, wciąż nie uważałby tego za coś wielkiego (…). Gdyż wszystko wydaje Mu się drobiazgiem bez znaczenia w porównaniu z Jego miłością”.
Radosnego Wielkiego Postu Państwu życzę!
 


ANNA SOSNOWSKA
Redaktor naczelna portalu Aleteia.pl. Fanka swojego męża Krzysztofa, miłośniczka słońca, włoskiej kawy, a także poezji W. Szymborskiej, której zawdzięcza ważną życiową lekcję: im prościej, tym lepiej.



 











 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki