Logo Przewdonik Katolicki

Człowiek się nie poświęca

Weronika Frąckiewicz
W ośrodku w Jeevodaya w Gatapar, Indie. Dzieci z rodzin dotkniętych trądem uczęszczają do szkoły wraz z rówieśnikami z rodzin nienaznaczonych chorobą, fot. KATARZYNA MALA/ EAST NEWS

Rozmowa z Heleną Pyz o sensie słowa „misjonarz”, napięciach związanych z inną kulturą i codzienności z osobami wykluczonymi.

Ponad 30 lat temu wyjeżdżała Pani do Indii z zamiarem pozostania tam kilka miesięcy. Czy przez te wszystkie lata zmieniała się Pani motywacja?
– Na początku myślałam, że wyjeżdżam i zostanę, dopóki się przydam. W tym sensie dalej nic się nie zmieniło, dalej, dopóki będę potrzebna, to chcę tam być. Na początku zastanawiałam się, czy ludzie stamtąd zaakceptują mnie, czy w takich warunkach i klimacie będę im przydatna i czy nauczę się, jak leczyć osoby chore na trąd. Myślałam, że nauczę się wszystkiego od doświadczonego lekarza, jakim był ks. Adam Wiśniewski, pallotyn, na zaproszenie którego miałam jechać. Tymczasem ksiądz zmarł, zanim zdążyłam przyjechać, więc uczyłam się wszystkiego sama. Wyjechałam w lutym do pomocy, niezobowiązująco, a już na początku kwietnia pomyślałam, że zależy mi, aby tam zostać. Nie postrzegałam tego w kategoriach sprawdzianu, że muszę komuś lub sobie coś udowodnić. Wiedziałam, że jestem tam potrzebna i tyle. Po 32 latach moją główną motywacją powrotu do Indii po urlopie jest to, że ludzie tam są moją rodziną, a ja wracam do domu. Kocham Polskę i moją rodzinę, cenię swoich przyjaciół, czasem mi ich wszystkich brakuje. Mimo że moja sprawność fizyczna spadła, używam teraz wózka inwalidzkiego, to wiem, że ciągle mam tam coś do zrobienia, że moja obecność jest wciąż potrzebna.

Bardziej czuje się Pani lekarką na misjach czy świecką misjonarką, która posługuje jako lekarka?
– Wiele osób nazywa mnie świecką misjonarką. Myślę, że mówią tak, bo chcą mnie jakoś określić, zakwalifikować. Pytanie, jakie się pojawia, to: co dziś oznacza bycie misjonarzem? Ja mam głównie misję lekarską do spełnienia, a każdy z nas jako chrześcijanin jest misjonarzem niosącym Chrystusa, niezależnie od miejsca i sytuacji, w jakiej się znajduje. Dawniej bycie misjonarzem rozumiało się jako pójście do pogan, udzielanie chrztu i katechizację. Dziś to zupełnie coś innego. Dziś głosi się Chrystusa głównie przez nasze czyny, każdy więc swoją pracę może traktować jako misję. Samo słowo „misjonarz” dostarcza czasem wielu problemów, gdyż bywa opacznie zrozumiane. W Indiach też postrzega się misjonarza jako kogoś, kto nawraca, a oni tego nie chcą. Kiedyś nasz konsul w Delhi zapytał mnie, co oznacza stwierdzenie „świecka misjonarka”. Prosił, abym mu to wyjaśniła, bo go hinduscy urzędnicy z pewną dozą niepokoju wypytują. Powiedziałam, iż pełnię misję lekarską. Misjonarz to jest bardzo szerokie słowo, a niestety ludzie najczęściej zawężają je do katechizowania i nawracania. Jakby celem samym w sobie było ochrzczenie i uczynienie z ludzi chrześcijan. No nie! Najważniejsze to pomagać człowiekowi stawać się dobrym.

Zderzenie z tak odmienną kulturą bywa szokujące. Pewnie po tylu latach przyzwyczaiła się Pani do wielu zwyczajów, które nas, Europejczyków, mogą bulwersować lub przynajmniej zastanawiać. Jak Pani sobie radzi z tymi, które z chrześcijańskiego punktu widzenia bywają nie do przyjęcia, np. system kastowy, który oficjalnie został zniesiony, a nieoficjalnie ma się świetnie?
– Po pierwsze, to my tam jedziemy i musimy nauczyć się tego kraju, co nie oznacza, że zgadzam się na draństwo. Tam, gdzie jest przemoc, tam, gdzie jest w jakimś sensie zaprzeczenie chrześcijaństwa, np. kradzieże, kłamstwa, krzywdzenie dzieci, to jest coś, z czym walczę, ale w imię wartości ogólnoludzkich, a nie, żeby podważać hinduskie wartości. Dotyka mnie niesprawiedliwość systemu kastowego, ale muszę to uszanować. Ja żyję tak, aby nikt nie czuł się gorszy. Przyzwyczaić się do różnych zwyczajów nie było łatwo, np. do tego, że po wejściu do kościoła ludzie kłaniają się do moich stóp, a nie Jezusowi w Najświętszym Sakramencie. Pewnego razu podczas Mszy miałam na kolanach małą dziewczynkę, która nieustannie odwracała się do mnie, mimo że próbowałam skierować jej wzrok na Jezusa Eucharystycznego. Gdy wracałam od Komunii, a dziewczynka znowu skoncentrowała całą swoją uwagę na mnie, dopiero do mnie dotarło: to dziecko intuicyjnie czuje, że Jezus jest w moim sercu, ona potrzebuje mojego serca, przytulenia, pieszczoty, a ja przecież to robię w imię Jezusa, więc z czym wojuję? Jeśli dzieje się zło, to walczę, ale jeśli nie dzieje się obiektywnie nic złego, a zachowanie danej osoby wynika ze zwyczajów, to kim jestem, żeby to zmieniać? Hindusi mieszkający w naszym ośrodku obchodzą swoje święta tak, jak chcą, m.in. lepią figurki z trąbą słonia, bo to ich bożek, świętują święto światła, mają całą mitologię, dlaczego te światła palą. A my w tym czasie celebrujemy Chrystusa jako Światłość świata. To nam się nie kłóci ze sobą, nie jest mieszaniem pojęć, bo każdy inaczej rozumie Boga. Nie wymagam od dzieci, które chodzą z nami do kościoła, aby klękały w momentach, gdy my to robimy, a mimo to uczą się przez naśladowanie. Uważam, że przymus byłby nie w porządku. Nie wymagam od ludzi, którzy mieszkają u nas, aby się ochrzcili. Zmiana religii nie może być wynikiem tego, że ludzie nam, chrześcijanom, są za coś wdzięczni. Gdy ktoś mówi, że chce przyjąć chrzest, wiarę katolicką, zawsze pytam o motywację. Mówię, że będziemy mu pomagać niezależnie od tego, jaką religię będzie wyznawał. Jeden z moich wychowanków powiedział mi, że chce przyjąć chrześcijaństwo, ponieważ nie zna innego Boga. Taką motywację rozumiem, ponieważ mimo wzrastania w hinduskich mitach spotkał Jezusa. Na misjach bardzo ważne jest, aby pytać ludzi o ich motywacje związane z wiarą. Kiedyś byli tzw. chrześcijanie ryżowi, dostawali worek ryżu na poczęstunek po chrzcie, więc chrzcili się najpierw u katolików, potem u protestantów, a później jeszcze gdzie indziej.

Spotkałam w swoim życiu kilku misjonarzy, którzy na siłę chcieli przekazać swoją ,,jedyną właściwą” europejską kulturę ludziom, do których pojechali. Jak Pani chroni się przed narzucaniem europejskiej kultury Hindusom?
– W Indiach to Europejczycy próbowali na siłę wprowadzić powitanie przez podanie ręki. Wielokrotnie przestrzegałam moich wolontariuszy, aby tego nie robili. Pomijam fakt, że można zarazić się świerzbem lub grzybicą. Jeżeli witają się gestem pochylenia się do nóg, trzeba to zaakceptować. Hindusi nie używają papieru toaletowego, jedzą jedną ręką, a drugą myją się w toalecie. Oni uważają, że to my jesteśmy brudasy, bo rozcieramy fekalia papierem toaletowym, a oni się myją. Staram się uczyć dzieci, że tylko prawą ręką bierze się jedzenie, lewą używa się w toalecie. Szanuję ich zwyczaje i nie próbuję w nie ingerować. W Indiach nie mówi się „dziękuję”, bo tam każdy ma przypisaną swoją rolę, którą wykonuje, i jest to oczywistością, np. mama ma karmić swoje dzieci, więc nie dziękuje się za obiad. Ja na początku byłam nazywana „tą, co mówi dziękuję”. Uczę dzieci mówienia „dziękuję”, bo uważam, że kształtuje to podmiotowe podejście do człowieka. To nie jest walka z Hindusami, z ich kulturą, ale poszerzanie świadomości. Jednak na misjach nie chodzi o budowanie nowej Europy. Nie zmieniajmy ich.

Od samego początku przebywa Pani z osobami najbardziej wykluczonymi w hinduskim społeczeństwie. Trąd ma dalej taki status, jak miał na kartach Biblii. Jak być z tymi, którymi wszyscy pogardzają?
– Tak, są trudne problemy moralne. Najsmutniejsze jest to, że osoby dotknięte trądem same czują, że są gorsze, godne pogardy, uważają, że jest to jakaś kara od Boga lub bóstwa. Stan ten utrzymuje się do momentu, w którym nie zrozumieją, że ich też można kochać. Ksiądz Adam stwierdził, że skoro zostali wyrzuceni z domu, to on z nimi zamieszka. Razem z nimi budował, tworzył, pracował, jadał, modlił się – żył. Pierwszy etap innego traktowania trędowatych to jest po prostu bycie z nimi. Oczywiście trzeba ich wyleczyć z choroby, rehabilitować, jeśli da się coś zrobić, opatrywać rany. Najważniejsze jednak jest to, aby poczuli swoją godność z powrotem, żeby chcieli żyć. Pamiętam, jak walczyłam, aby wyjmowali ręce z kieszeni, gdyż robili to ze wstydu. Bardzo dużo pozytywnego sprawia wspólna praca. W tym roku umarł nasz aptekarz, który skończył tylko cztery klasy. Miał mocno okaleczone ręce, ale przez to, że dysponował lekami, ludzie zaczęli traktować go jak lekarza. Jego status wzrósł automatycznie. Do przychodni przychodzą nie tylko osoby dotknięte trądem. Jeśli widzą, że osoba, która w przeszłości chorowała, teraz pracuje, ich podejście zmienia się. A dodatkowo dostają leki za darmo, są szczęśliwi, choroba przestaje im przeszkadzać. Ogromną satysfakcję daje mi, a czego niestety nie dożył ksiądz Adam, integracja osób dotkniętych trądem ze społeczeństwem. Dzieci rodzin naznaczonych trądem uczęszczają do naszej szkoły z dziećmi z rodzin zdrowych. Sąsiedzi zapraszają dzieci na święta. Obserwuję, jak lęk się zmniejsza. Ludzie pracują i jakoś nikt się nie zaraża. To jest najprostszy sposób edukacji i integracji społeczeństwa, przez codzienność, małymi kroczkami.

Niektórzy nazywają Panią polską Matką Teresą. Czy nie ciąży to Pani?
– Co za bzdura, żadna ze mnie Matka Teresa! Nie dorastam jej do pięt. Wykonuję swoje zadanie i tyle. Wiele osób mówi mi, że się poświęciłam, a ja bardzo nie lubię tego słowa. Słowo „poświęcenie” jest oklepane. Tak jest napisane w zakrystii jasnogórskiej: „Tu się poświęca dewocjonalia”. Człowiek się nie poświęca. Jestem tam i pełnię rolę, którą mam pełnić. Czasem sobie myślę, że gdybym nie miała niepełnosprawności, ludzie aż tak by się mną nie zachwycali, czyli to jest kolejna dyskryminacja osoby z niepełnosprawnością. Ja po prostu czuję się potrzebna, więc jestem szczęśliwa, a misja jest jak każda inna. Jeśli ktoś ma sprzątać podłogi, to też musi robić to dobrze, bo jeśli będzie coś rozlane, to ktoś poślizgnie się i złamie nogę.

Chciałabym jeszcze zapytać Panią o Służebnicę Bożą dr Wandę Błeńską. Po raz pierwszy spotkałyście się, gdy miała ona 82 lata. Tytuł wywiadu z panią doktor brzmi: Spełnione życie. Jak Pani wspomina tę spełnioną kobietę?
– Trochę jej wtedy zazdrościłam, że jej się udało, zachwycałam się nią. Dopiero po jej śmierci możemy powiedzieć, że miała cudowne, spełnione życie. Póki człowiek żyje, zawsze może coś się wydarzyć, jesteśmy tylko ludźmi. Ona do końca była aktywna, mimo że już dawno po ludzku „zasłużyła” na odpoczynek. Do ostatnich chwil jeździła, głosiła, namawiała do dobrego, mówiła: ,,nie gaście marzeń”. Niesamowite jest to, że to ona mnie znalazła. Po zakończeniu swojej służby w Ugandzie postanowiła przekazać mi część wsparcia, którego udzielali ludzie dla jej misji. Dla mnie to było niesamowite, że taka Wanda Błeńska, wspaniały człowiek, pomyślała, aby się o mnie zatroszczyć.

Zagubił nam się sens słowa „pomagać”. Często wydaje nam się, że w Kościele mamy monopol na wykonywanie dobrych uczynków. Tymczasem ograniczamy się nierzadko do „pięknych słów”, a dobrą robotę robią ludzie nieutożsamiający się z Kościołem. Jak odnaleźć istotę pomagania?
– Obserwuję czasem wolontariuszy, którzy przyjeżdżają do mnie i mają pomysł na zbawienie świata, swój własny. To tak nie działa, musimy wsłuchać się w człowieka i usłyszeć, czego naprawdę on potrzebuje. Musimy uczyć się pomagać. Szukajmy uczciwie możliwości zaspokajania potrzeb drugiego człowieka. Najgorsze jest poczucie ,,bycia wspaniałym”, przekonanie, że robi się dobro. Czasem ktoś myśli, że daje pieniądze na misje i to jest wielkie dzieło, gdy tymczasem nie pomaga głodnemu, który puka do jego drzwi. Uważam, że najpierw powinno się pomagać tym co są najbliżej, ale konkretną pomocą, skierowaną ku danej potrzebie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki