Logo Przewdonik Katolicki

Na granicy zimnej wojny

Jacek Borkowicz
Żarty się skończyły. Czescy policjanci zatrzymują jednego z uczestników prorosyjskiej manifestacji, która odbyła się 18 kwietnia przed ambasadą Rosji w Pradze fot. Gabriel Kuchta/Getty Images

Tego, że kruszejący filar porozumienia Zachodu z Rosją w końcu się załamie, można było się spodziewać. Ale chyba nikt nie spodziewał się, że nastąpi to na odcinku czesko-słowackim.

Bomba wybuchła 17 kwietnia, kiedy to czeski premier Andrej Babisz oznajmił, iż jego rząd wydala z kraju 18 pracowników rosyjskiej ambasady. Już sama ta liczba może zaimponować, gdyż w dyplomatycznych relacjach świata z Moskwą rzadko się zdarza krok tak radykalny. Chociaż jest tajemnicą poliszynela, że przynajmniej poważna część tzw. pracowników dyplomatycznych, wysyłanych z Rosji na zagraniczne placówki, zajmuje się szpiegowaniem. Co więcej, wygląda to nie na jakiś przykry wypadek przy pracy, ale na filar systemu polityki międzynarodowej Kremla. Rządy, zakłopotane faktem, że złapany za rękę „dyplomata” reprezentuje agresywne mocarstwo jądrowe, ale też cennego partnera w handlu surowcami energetycznymi, zazwyczaj udają, że nic się nie stało. Tym bardziej że wiadomo, iż w razie czego mocodawcy winowajcy pójdą w zaparte. W przeszłości na tym tle dochodziło do sytuacji tak skrajnych, jak desinteressement Holandii po zestrzeleniu samolotu, w którym 193 spośród 298 zabitych było holenderskimi obywatelami – mimo dowiedzionego już sprawstwa sił zbrojnych Rosji. Co najwyżej, w akcie desperacji, można grzecznie Moskwę poprosić, by sama zabrała swoich agentów. Tak niedawno uczynił rząd Bułgarii. Oczywiście bez odzewu.

Jak oszukiwać, to uczciwie
Przyczyną tak ostrej retorsji ze strony Pragi stały się informacje czeskich służb specjalnych, że agenci tak zwanej „Jednostki 29155”, bojowej agendy rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU, jesienią 2014 r. doprowadzili do dwóch wybuchów w składzie broni i amunicji we Vrbeticach, na wschodzie Czech. Szczególnie dotkliwa była pierwsza z detonacji, w której wyleciało w powietrze 60 ton materiałów wybuchowych. Podmuch eksplozji rozniósł się na 800 metrów i jedynie faktowi, iż magazyn znajduje się w lesie, należy zawdzięczać, że zginęło tylko dwóch ochroniarzy.
Sprawcy tego wyczynu to znani już światu Alieksandr Miszkin oraz Anatolij Czepiga, ci sami, którzy próbowali otruć Siergieja Skripala. Tuż przed pierwszym wybuchem obaj na krótko odwiedzili Czechy, wiadomo też, że dotarli do vrbetickiej składnicy. W jaki sposób się wydali? Otóż używali fałszywych paszportów… na te same nazwiska, na których cztery lata później wjechali do Wielkiej Brytanii. Rzuca to ciekawe światło na metody pracy rzekomo wszechpotężnego i superinteligentnego rosyjskiego wywiadu.

Czeski Dawid przed rosyjskim Goliatem
Nieładnie jest zabijać czeskich obywateli na terenie Czech, i Praga miała powody do gniewu. Ale to nie wszystko. Okazało się, że pracownicy ambasady wmieszani są w akcję werbunku Czechów do paramilitarnych oddziałów, które na donieckim froncie walczą z Ukrainą.
Moskwa w odpowiedzi natychmiast wydaliła 20 pracowników ambasady Czech. Symetryczne retorsje to stała praktyka Kremla i należy się raczej dziwić zdziwieniu Pragi, która z przykrością skonstatowała, że Rosjanie odpowiedzieli ostrym na ostre. A przecież myśmy nie zrobili nic złego…
Jakby tego było mało, dopiero wtedy wystąpił na scenę nowo mianowany czeski minister spraw zagranicznych Jakub Kulhanek. Oświadczył, że jeżeli do południa 22 kwietnia Moskwa z retorsji się nie wycofa, on wydali kolejnych pracowników rosyjskiej ambasady, tak by jej skład odpowiadał obecnej liczebności czeskiego przedstawicielstwa w Moskwie. A pozostało tam zaledwie pięć osób.
Ultimatum złożone potężnej Rosji przez niewielkie Czechy może budzić odruch lekkiego rozbawienia, sprawa jednak jest poważna i chyba przemyślana. Stały personel rosyjskiej ambasady w Pradze liczy sobie bowiem sto osób. Nawet po pierwszej redukcji zostało ich osiemdziesiąt. By zmniejszyć ten skład do pięciu, należałoby przeprowadzić prawdziwy pogrom w najważniejszej chyba placówce rosyjskich wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej. A to byłby dla Rosji cios naprawdę dotkliwy.
Termin ultimatum minął, minister Kulhanek, jak Dawid przed Goliatem, zapowiada twardą realizację swojej groźby, choć jej wykonanie przedłużył do końca miesiąca. Trudno sobie wyobrazić, by Rosja się pod tym żądaniem ugięła. Czeka nas zatem dalszy wzrost napięcia.

Kolejny cios w Putina
Niezależnie od tego, jak skończy się ta awantura, faktem jest wyraźny zwrot w stosunku do Rosji czeskiej opinii publicznej. Do niedawna Czesi uważani byli, nie bez racji, za wielkich sympatyków Rosjan, porównywanych pod tym względem z Włochami. Nie mogło to nie mieć przełożenia na pobłażliwy stosunek do autorytarnych zapędów Putina. Po wybuchu dyplomatycznej afery okazało się jednak, że aż dwóch na trzech spośród Czechów widzi w Rosji zagrożenie bezpieczeństwa własnego kraju.
Rozkład opinii pokrywa się tutaj z wewnętrznym podziałem politycznym na postkomunistów oraz zwolenników demokratycznych przemian. Ci pierwsi, choć są w mniejszości, mają za sobą poparcie prezydenta i premiera (Babisz ogłosił antyrosyjskie retorsje, bo musiał, ale uczynił to bez entuzjazmu). Drudzy to mieszkańcy dużych miast, którzy przed wybuchem pandemii utworzyli szeroki ruch społecznego protestu. Dziś opowiadają się za wykluczeniem rosyjskiego „Rosatomu” z przetargu na budowę nowego bloku w elektrowni jądrowej Dukovany. Po 17 kwietnia rzeczywiście trudno sobie wyobrazić, by rosyjska spółka do takiego przetargu stanęła. A już teraz wiadomo, że Czesi zrezygnują z importu produkowanej w Rosji szczepionki „Sputnik-5”.
To kolejny cios w rządy Putina. Bo transakcje handlowe, jawne i zakulisowe, są wyrazistym tłem różnorakich rosyjskich awantur politycznych – nie wyłączając tamtego sabotażu we Vrbeticach. Niewielkie Czechy są przecież od lat jednym z najpoważniejszych producentów broni na rynku światowym.

Efekt domina
Ostry kryzys na linii Moskwa–Praga jest elementem całej panoramy działań, następujących szybko po sobie. Wyliczmy tylko te, które nastąpiły w tym samym czasie. Prezydent USA Joe Biden zapowiedział sankcje przeciw Rosji za wirtualne matactwa przy poprzednich wyborach prezydenckich, w których wygrał Donald Trump. Rosjanie, jak to oni, od razu zapowiedzieli wydalenie z Moskwy dziesięciu amerykańskich dyplomatów. U nas rzecznik koordynatora służb specjalnych ogłosił o eksmisji trzech pracowników rosyjskiej ambasady, którym zarzuca się szpiegostwo. Nawet Słowacja, do tej pory uważana za przyczółek rosyjskich wpływów w Europie Środkowej, w akcie solidarności z Czechami zapowiedziała wydalenie kilku Rosjan pracujących w ambasadzie w Bratysławie.
Na posiedzeniu, zwołanym 22 kwietnia z inicjatywy Czech, Rada Północnoatlantycka, organ decyzyjny NATO, oświadczyła, że Rosja prowadzi działania destabilizacyjne na terytorium Sojuszu. Ale nie tylko tam. Ostatnie dni są świadkami wzmożonej aktywności wojsk rosyjskich w pobliżu ukraińskiego frontu. Ukraińcy gotują się do obrony kraju, zaś ich minister spraw zagranicznych Dmytro Kułeba ostrzegł Moskwę, że jeśli ta przekroczy „czerwoną linię”, spotka się z twardą odpowiedzią. Synod Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej wydał oświadczenie, które streścić można w słowach „nie boimy się”. Od dawna nie byliśmy już tak blisko granicy, za którą zaczyna się zimna wojna. I oby nie gorąca.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki