Logo Przewdonik Katolicki

Na bycie ojcem trzeba zasłużyć

Małgorzata Bilska
Księża z Santo Tomas de Vilanova grają mecz z drużyną złożoną ze studentów teologii i filozofii fot. Christopher Pillitz/Getty Images

Podcinamy skrzydła, bo kierujemy wzrok ludzi na zagrożenia i pułapki. Język, który dodaje skrzydeł, mówi o szczęściu obecnym tu i teraz, o tym, że wszystko może być święte w rozmowie z ojcem Wojciechem Żmudzińskim SJ - pedagogiem i publicysta, autorem wielu książek; Socjusz Przełożonego Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego 

Co trzeba robić, żeby dodawać młodym skrzydeł? Ojciec jest autorem książki Rodzice dodający skrzydeł. Nie wszyscy rodzice umieją to robić, a „rodzice duchowi” w Kościele mają jeszcze trudniej...
– Pytanie jest bardzo optymistyczne, bo zakłada, że w ogóle można dodać skrzydeł. Dzisiaj w społeczeństwie częściej słyszy się narzekanie, że młodzież tych skrzydeł nie ma. Szczególnie młodzież, która wcześniej odnajdywała skrzydła w Kościele, teraz odsuwa religię w cień. Myślę, że przyczyny tego należy szukać nie w jakichś nurtach, które są Kościołowi wrogie; nie w antykościelnych ideologiach. To my już skrzydeł nie dodajemy tak jak kiedyś – a przynajmniej nie mamy ich w ofercie. I przyczyn porażki należałoby szukać bardziej wewnątrz niż na zewnątrz. Bardzo dużo zrobiliśmy, aby model chrześcijańskiego życia stał się nieistotny. Mdły. Zwietrzały. Nieinteresujący. To nie ktoś to zrobił, tylko my księża, którzy przedstawiamy młodym ludziom wiarę nieprzystającą do życia i rozmijającą się z ich najgłębszymi marzeniami. Jesteśmy mało mobilni i mało efektywni. Młodzież odnajduje dzisiaj skrzydła zupełnie gdzie indziej.

Może dlatego młodzież coraz rzadziej chodzi do kościoła…
– Niewielu młodych ludzi przychodzących w niedzielę do kościoła powie, że odnajduje tam skrzydła. Przez wiele lat staraliśmy się je podcinać. No i pytanie, czy da się to odwrócić. Czy rzeczywiście jesteśmy w stanie uskrzydlać pragnienia młodych ludzi. Myślę, że jest to możliwe, jeżeli przestaniemy przekonywać młodzież, by chodziła do kościoła, ale to my zaczniemy chodzić tam, gdzie oni są. Tam, gdzie żyją. Gdzie kochają. Gdzie przeżywają zarówno swoje trudności, jak i uniesienia. Przez wieki zachęcaliśmy: przyjdźcie do kościoła. Zapominamy o tym, że to my księża mamy iść tam, gdzie żyją młodzi ludzie. Niepotrzebnie próbujemy ich „wmieścić” w te mury, którymi otoczyliśmy sacrum. Człowiek otoczony murami nie jest w stanie rozwinąć skrzydeł. Młody człowiek próbuje rozprostować ręce, rozwinąć skrzydła, a tu mur z jednej strony, mur z drugiej… Tu zakaz taki, tam – kolejny. Jak tu się wzbić i patrzeć z nadzieją w przyszłość?
Młodzież zawsze potrzebowała okazji, a my im mówimy o zagrożeniach. W naszym zamartwianiu się o religijność młodych nie potrafiliśmy jakoś młodzieży przekazać, że najważniejsze jest chwytanie okazji. Nie wolno jej przegapić. Pismo Święte mówi „dzisiaj jest dzień zbawienia”. Podcinamy skrzydła, bo kierujemy wzrok młodych ludzi na zagrożenia i pułapki. Język, który dodaje skrzydeł, mówi o teraźniejszości, o szczęściu obecnym tu i teraz, o tym, że wszystko może być święte. Każdego dnia, w każdej chwili, młodzi przegapiają tak wiele różnych okazji. Mogą je wykorzystać! Do swojego rozwoju. Do bycia ludźmi szczęśliwymi. Do poświęcania się dla innych. Każda chwila to okazja do rozwoju. Nie – zagrożenie czy pułapka. Trzeba zmienić retorykę.

Faktycznie: słyszę raczej negatywne komunikaty o „tu i teraz”. Nawet popularny wśród młodzieży abp Grzegorz Ryś wiele razy krytykował zbytnią koncentrację na teraźniejszości, bo to takie doraźne. Katolik powinien chyba myśleć o życiu wiecznym, żyć szczęściem po śmierci. Inni natomiast wolą wracać do chwalebnej przeszłości, gdy za Jana Pawła II kościoły były pełne itd. Może umiemy się przez to odnaleźć w czasie obecnym?
– Wystarczy sobie przypomnieć, co mówi Pismo Święte. Naprawdę „dzień zbawienia jest dzisiaj”. Nie za Jana Pawła II. Nie kiedyś – w przyszłości, kiedy minie pandemia. Dzisiaj! W tej konkretnej sytuacji, w której przeżywamy takie a nie inne trudności. Pandemia także jest jedną z okazji.

Do czego?
– Tak wspaniałej okazji dawno nie mieliśmy! Tylko niewielu ludzi to widzi i potrafi tę okazję odkryć. To okazja do tego, żebyśmy wreszcie przestali zamykać sacrum w murach kościołów; abyśmy uwolnili je i pozwolili rodzinie wzrastać jako Kościołowi domowemu. Ale to nie jest wina księży, tylko mentalności. To ona nie pozwala nam rozwijać skrzydeł. Mimo że w wielu parafiach księża zachęcali ludzi, aby sami błogosławili pokarmy wielkanocne, to tłumy ludzi przychodziły z koszyczkami do kościoła. No bo jednak przyzwyczajenie i odwieczny klerykalizm triumfują.

Bo jak świecki zrobi sam, będzie nieważne. Jego „dłonie nie są święte” – parafrazując pewnego księdza, który uważa, że jego dłonie nie zarażają wirusem.
– No właśnie. Z takim nastawieniem trudno rozwinąć skrzydła ludziom świeckim. Liczą na to, że to ksiądz będzie je miał rozwinięte. I że to wystarczy za wszystkich.

Kiedy dość dawno temu sama się nawracałam, Kościół w Polsce „odbijał się” od dna komunizmu. Razem z innymi młodymi ludźmi – i ojcem Janem Górą OP – budowaliśmy ośrodek duszpasterski na Jamnej, prawie od zera. To było twórcze. Może przestrzeń, w której są tysiące kościołów, wszystkie obrzędy i rytuały muszą być zgodne z tradycją przeszłości, po prostu nie wymaga kreatywności? Trzeba się tylko dopasować. To raj dla konformistów.
– Przestrzeni do kreatywności jest bardzo dużo. Tylko kiedyś wystarczyło dziecku dać kawałek tekturki i jakiś sznurek – i dziecko było w stanie zrobić sobie z tego zabawkę. Dzisiaj gotowe zabawki kupuje się w sklepie. Ograniczenie kreatywności – paradoksalnie – przyszło wraz z rozwojem cywilizacji nastawionej na komercję i konsumpcjonizm. To, co dziś się kupuje, dawniej robiło się samemu. Kiedyś cerowało się w domu skarpety. Nie kupowało się nowych, gdy zrobiła się w nich dziura. Wielu młodych ludzi nie potrafi nawet przyszyć sobie guzika. Brak kreatywności to niechciany rezultat komercjalizacji i tego, że żyjemy w świecie gotowych produktów, wytworzonych przez innych. To ma wpływ na wiele innych sfer. I w rezultacie czekam, aż inni powiedzą mi, jak coś trzeba zrobić. Ksiądz mi powie, co jest grzechem, a co nie – i co mi wolno. Jak daleko mogę się posunąć, żeby się nie narazić Panu Bogu. Co mam robić w święta, jak się zachowywać w konkretnej sytuacji. I jaką modlitwę mam odmówić. Wszystko jest gotowe i dostosowane do różnych okazji. Nawet jeżeli młody człowiek ma problem, szuka gotowego rozwiązania. Najlepiej, gdyby można je było kupić w supermarkecie. To bardzo ogranicza naszą kreatywność oraz innowacyjność. Niekonwencjonalność przeżywa dziś w Kościele poważny kryzys.

Wystarczy zapłacić, a produkt przyjdzie na tacy. Z drugiej strony współczesna kultura w centrum postawiła tzw. wartości postmaterialne: autentyczność, jakość relacji, sprzeciw wobec przemocy, indywidualizm, zdrowie, cielesność, ekologię itp. Sfera relacji wyklucza kupne gotowce! I to chrześcijanie powinni być przykładem w tej sferze, bo czcimy Boga Ojca. I relację Trzech Osób. Zamiast tego mamy kryzys zarówno relacji, jak i ojcostwa duchowego! Na ile nowy model relacji ojcowskiej, oparty na czułości itp., jest ożywczy?
– Nigdy ojcem nie byłem. Dzieci nie posiadam, więc trudno jest mi powiedzieć coś, co byłoby wiarygodne. Natomiast mogę się podzielić moim doświadczeniem Boga jako Ojca. Bóg jest przede wszystkim nieprzewidywalny. Trzeba to podkreślić, jeszcze zanim powiemy, że jest Ojcem. On jest Tajemnicą. Gdy Boga określamy jako Ojca, różnie to możemy rozumieć. Chyba najlepszym wyjaśnieniem jest modlitwa znana z Ewangelii, której nauczył nas Jezus: „Ojcze nasz, któryś jest w niebiosach”. Mamy w niej dwie ważne rzeczy. Z jednej strony uświadamiamy sobie, że Bóg jest bardzo odległy. Nieosiągalny. Jest w niebiosach. Ale z drugiej strony On jest bliski. Nasz tatuś! Ktoś ważny z czasów naszego dzieciństwa, któremu możemy usiąść na Jego kolanach. Czujemy się przy Nim bezpiecznie. 
Słowo „nasz” jest krótkie, lecz bardzo ważne, bo on nie jest tylko mój. Mamy jednego, wspólnego Ojca – Pani i ja. Bóg jest Ojcem przede wszystkim wspólnoty. Osób będących w relacjach, a nie odseparowanych od siebie indywidualności. Nie ma chrześcijaństwa w pojedynkę. Bój jest Ojcem dopiero wtedy, kiedy mam braci i siostry. Myśląc o Bogu jako Ojcu w kontekście relacji rodzinnych, powinniśmy pamiętać, że Bóg jest także Matką. I Bóg jest także Bratem.

Tu widać, jak bardzo jest Tajemnicą… Przekracza znane nam kategorie.
– Mówiła Pani o Trójcy Świętej. W języku hebrajskim Duch Święty, Ruah, jest rodzaju żeńskiego. Duch jest naszą Matką. Pośredniczką. Orędowniczką. Choć jest tak bardzo nieprzewidywalny, jest troskliwą mamą i naszym bratem; przyjacielem. Trzeba pamiętać, że Bóg jest nie tylko Ojcem. Dla wielu ludzi, którzy mają negatywne doświadczenie własnego ojca, zwracanie się do Boga: Mamo, Bracie, Przyjacielu, może bardzo pomóc w relacji z Nieprzewidywalnym – i w rozwinięciu skrzydeł.

Trochę zadrżałam, słysząc: Bóg Ojciec jest nieprzewidywalny. Takie doświadczenie ziemskiego taty jest udziałem dzieci z rodzin dysfunkcyjnych. To właśnie nieprzewidywalność jego zachowań powoduje brak poczucia bezpieczeństwa. Bóg Ojciec je daje.
– Nasz Bóg łączy w sobie nieprzewidywalność i tajemnicę, ale gwarantuje bezpieczeństwo każdemu, kto z zaufaniem usiądzie na Jego kolanach. Trudno to osiągnąć tak po ludzku. Jeśli ziemski ojciec jest nieprzewidywalny, nie jest dobrym ojcem. Porównanie Boga do Ojca, traktowanie Go jak Ojca, musi łączyć w sobie świadomość nieprzewidywalności z otwartością na niespodzianki. Czasem po wielu latach docenia się coś, co nas spotkało, choć kiedyś wydawało nam się to okrutne i zupełnie niezrozumiałe. Relacje z Bogiem są inne niż w przypadku ojca biologicznego czy duchowego na ziemi.

Model ojcostwa wyraźnie się jednak zmienia, co ma wpływ na nasze relacje z księżmi. Mówimy „ojcze”, do papieża – „Ojcze Święty”... Na czym innym stoi ojcowski autorytet.
– Ojcostwo duchowe jest trudną sprawą. Rzeczywiście, terminu „ojciec” używa się w stosunku do księży zakonników, ale pozostaje pytanie, na ile to jest tylko grzecznościowy zwrot. A na ile zakonnik faktycznie jest ojcem duchowym. Na bycie ojcem trzeba sobie zasłużyć. Nie zostaje się nim z automatu. Byłbym bardzo ostrożny z tym „ojcowaniem” księżom. Nie chciałbym dożyć czasów, gdy słowo „ojciec” straci swoje prawdziwe piękno i głębokie znaczenie. Nie nadużywajmy go.

To jest zwrot grzecznościowy, tak jak „matko przełożona” czy „wielebny księże”. Ale istnieje bardzo rozwinięta koncepcja macierzyństwa duchowego, więc to taka naturalna komplementarność… Ojcostwo jest ważne, gdyż jest relacyjne. Ksiądz bywa liderem wspólnoty, organizatorem kultu. Kim ma być jako ojciec?
– Ojciec na pewno nie jest tylko organizatorem czy dyrektorem supermarketu. Bardzo łatwo można zamienić w supermarket i rodzinę, i Kościół. Dyrektor supermarketu troszczy się przede wszystkim o to, żeby dostarczyć klientom to, czego potrzebują. W takim kolorze i rozmiarze, w jakim klient chce. Po prostu spełnia oczekiwania konsumentów. To się coraz częściej dzieje w rodzinach, a także w Kościele. Prawdziwy ojciec to według mnie człowiek, który ma pieczę nad wspólnotą. Nie nad anonimowym tłumem, który przewija się przez supermarket w poszukiwaniu towaru, ale ktoś, kto zna każdego po imieniu. Ktoś, kto jest w relacji nie tylko z poszczególnymi osobami, ale także ze wspólnotą. Tutaj warto wrócić do tego, że parafia powinna być wspólnotą wspólnot – tylko rzadko nią bywa. Równie pięknym określeniem, podobnym do ojca, jest mistrz duchowy. Mamy właściwie jednego Mistrza, Jezusa, a ojciec duchowy powinien być Jego uczniem, a jednocześnie nauczycielem innych.

Święty Józef – ojciec duchowy, a nie biologiczny! – może być wzorem ojcostwa dla księży?
– Niewiele o nim wiemy. Na pewno jest wzorem troskliwego opiekuna. Ojciec powinien nim być w każdej trudnej sytuacji. To nie to samo, co spełnianie zachcianek. Ojciec stawia też wymagania. Nie rozkazuje: zrób to i tamto, lecz zachęca, motywuje, dodaje skrzydeł... Jak dobry trener. Spróbuj. Postaraj się. Znajdź rozwiązanie. Spróbuj sam, ja ci nie dam gotowca. Będę ci jednak towarzyszył. Jeśli popełnisz błędy lub coś ci nie wyjdzie, jestem tuż obok. Troskliwy ojciec potrafi powiedzieć: popatrz, może to nie jest jedyna droga. Nie nakazuje, tylko zmusza do myślenia i kreatywności.

Ojcostwo duchowe jest trudne m.in. dlatego, że samotne. W rodzinie troska o relacje spoczywa raczej na matce.
– Trudno porównywać je do ojcostwa biologicznego. Przecież ksiądz może zostać przeniesiony, wyjechać itd. Może też powiedzieć: znajdź sobie innego ojca duchowego. Ojcem biologicznym w rodzinie jest się przez całe życie. Ojciec duchowy nie ma takiej odpowiedzialności. Roli ojca w rodzinie nie można więc porównać do roli księdza we wspólnocie, parafii lub duszpasterstwie.

To prawda. Jednak z drugiej strony nie ma szkół ojcostwa dla rodziców biologicznych, podczas gdy przyszły ksiądz ma wieloletni okres formacji. Może pora wprowadzić do programu seminariów warsztaty z komunikacji interpersonalnej? Z umiejętności słuchania, odczuwania empatii, rozwijania inteligencji emocjonalnej? Wielu księżom nie brak dobrej woli, lecz umiejętności z tego obszaru. Formacja intelektualna i duchowa to za mało, jeśli ma być „ludzka”. Tak było przed epoką psychologii, która zmieniła obraz „bycia ludzkim”.
– Książki i wykłady nie nauczą nikogo, jak być dobrym ojcem duchowym, choć mogą mu pomóc w lepszym rozumieniu człowieka i tego, co się z nim dzieje, w nabraniu dystansu do wielu sytuacji. Szkolenia mogą wyposażyć kierownika duchowego, czy jak to się dzisiaj mówi „towarzysza duchowego”, w przydatne narzędzia. Nie są jednak w stanie uczynić z niego mistrza, który dodaje innym skrzydeł. Aby być dobrym mistrzem, trzeba przede wszystkim mieć mistrza i kochać ludzi, nie chcąc ich zmieniać. Jest wielu wspaniałych księży, którzy są dla ludzi ojcami. Od nich warto się uczyć. Na zaszczytne miano ojca zasłużyli sobie ciężką pracą nad sobą.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki