Logo Przewdonik Katolicki

Tworzenie przestrzeni

ks. Maciej K. Kubiak
Kadr z filmu - Mój piękny syn fot. Materiały prasowe/m2films

Bohaterowie trzech filmowych opowieści odkrywają, że przezwyciężony kryzys prowadzi do udoskonalenia ich relacji. Bo nie żyje się razem po to, aby być coraz mniej szczęśliwymi, ale aby nauczyć się być szczęśliwymi w nowy sposób.

Radość miłości przeżywana w rodzinach jest także radością Kościoła” – tak rozpoczyna się posynodalna adhortacja apostolska Amoris laetitia, opublikowana pięć lat temu. Franciszek zbiera w niej rezultaty prac synodu, który podjął refleksję nad sytuacją rodzin w dzisiejszym świecie, poszerzył spojrzenie, ożywił świadomość znaczenia małżeństwa i rodziny, a także pokazał złożoność omawianych tematów, zachęcając do otwartego pogłębienia niektórych zagadnień. Próbą takiego pogłębienia był oczywiście sam papieski dokument, który równocześnie miał stać się impulsem do dalszych refleksji, badań i dyskusji – nie tylko doktrynalnych czy pastoralnych.
Myślę, że warto w ten sposób zobaczyć również to, co proponuje współczesna kultura, a konkretnie film. I choć mogę być oskarżony o próbę naginania rzeczywistości – bo pewnie nie było to celem twórców filmów, o których piszę poniżej – to jednak jestem głęboko przekonany, że obrazy te mogą nam pomóc zobaczyć złożoność tematyki rodzinnej i pogłębić niektóre zagadnienia.

nasz-najlepszy-rok-2.jpg

Kadr z filmu - Nasz najlepszy rok fot. Materiały prasowe/m2films

Tacy jak my
Nasz najlepszy rok (Ce qui nous lie, 2017, reż. Cédric Klapisch) to opowieść o trójce rodzeństwa, które po śmierci ojca musi zdecydować nie tylko o przyszłości odziedziczonej po nim winnicy, ale przede wszystkim o swoich dalszych losach. Mój piękny syn (Beautiful Boy, 2018, reż. Felix Van Groeningen) to oparta na faktach historia miłości między ojcem i uzależnionym od narkotyków, dorastającym synem. Co przyniesie jutro? (Hope Gap, 2019, reż. William Nicholson) jest dramatem rozpadającego się po 9 latach małżeństwa. To trzy filmowe obrazy współczesnej rodziny, namalowane z delikatnością i czułością, momentami lekko, z humorem, ale też bardzo na serio, które jak mi się wydaje – powtórzę to raz jeszcze – choć nie wypływają wprost z chrześcijańskiej inspiracji, to jednak zadają widzom wiele istotnych pytań. Są to pytania o to, co najważniejsze, o to, czego wszyscy szukamy i za czym tęsknimy – pytania o wiarę, nadzieję i miłość. Pytania, które stawiają sobie wierzący i niewierzący, ci, którzy żyją w związkach sakramentalnych, jak i ci, których życiową sytuację nazywamy „nieuporządkowaną”.
Patrząc na postawy naszych filmowych bohaterów, widzimy, jak kształtuje się miłość, jakiego wysiłku i zaangażowania się domaga od tych, którzy chcą i próbują kochać. Widzimy, że choć trudno o miłość cierpliwą, która wszystko przetrzyma, która potrafi przebaczyć, która nie zazdrości, która ufa i wszystkiemu wierzy, to jest ona jednak możliwa.

Rodzinne sekrety
W jeden z kwietniowych weekendów platforma internetowa mojeekino.pl dała swoim widzom możliwość obejrzenia tych trzech filmów w pakiecie zatytułowanym Rodzinne sekrety. I choć mam wrażenie, że bardziej niż o sekrety chodzi w tych filmach o ludzkie i rodzinne zmagania, wysiłki i próby, to propozycja obejrzenia ich razem wydaje mi się bardzo trafna. To, co łączy bohaterów Naszego najlepszego roku, Mojego pięknego syna i Co przyniesie jutro?, to przede wszystkim wielka chęć życia i wytrwałość, pomimo napotykanych trudności i przeszkód. Oni się nie poddają. Popełniają błędy, zmagają się ze słabościami, uciekają, ale wracają. Nie są nieskazitelnymi, romantycznymi bohaterami, ale zwykłymi ludźmi – takimi jak my. Ludźmi, których dotykają małżeńskie kryzysy, których uwielbiane dzieci wpadają w śmiertelne niebezpieczeństwo, którzy są niekochani, odrzuceni przez rodziców, współmałżonków, rodzeństwo, którzy każdego dnia muszą podejmować trudne decyzje.

Prosto na krzywych liniach
Czytając czwarty rozdział papieskiej adhortacji, w którym Franciszek pisze o miłości, która nie lęka się przyszłości, bo wie, że drugi może się zmienić (Amoris laetitia, dalej AL, 114-117), przypominałem sobie te sceny z filmu Mój piękny syn, w których David (w tej roli Steve Carell) ma coraz mniej sił, by walczyć o syna, a jednocześnie coraz lepiej rozumie, że ta walka nie będzie miała żadnego sensu, jeżeli Nic (w roli syna Timothée Chalamet) sam nie zawalczy o siebie – nikt mu nie pomoże, jeżeli nie będzie chciał pomóc sam sobie. W postawie ojca, który wie, że już nic nie może zrobić, który czuje się całkowicie bezradny i chyba zaczyna rozumieć, że właśnie nie robiąc nic, poddając się i odmawiając zrozpaczonemu synowi pomocy w kolejnej tragicznej dla niego i zdawałoby się zupełnie beznadziejnej sytuacji, jest jakaś głęboko skrywana nadzieja, a może nawet coś w rodzaju pewności, z którą zaczyna myśleć o przyszłości swojego syna. Mam wrażenie, że David w pewnym momencie już wie, że nie wszystko w tym życiu może się zmienić, że niektóre rzeczy nie wypadną tak, jakby on chciał. My, chrześcijanie, wiemy, że Bóg może czasami pisać prosto po krzywych liniach naszego życia. Bohaterowie filmu nie wspominają o Bogu, zasadniczo o Nim nie mówią, ale można dostrzec w ich postawie jakieś ziarna tej nadziei, która „zawsze wierzy, że możliwe jest dojrzewanie, niespodziewany wybuch piękna, że najbardziej ukryte potencjalności jego istoty kiedyś wydadzą pierwsze pędy” (AL 116).

Annette-Bening-i-Bill-Nighy-1.jpg

Co przyniesie jutro?  fot. Materiały prasowe/m2films

Idealne małżeństwo?
Jeśli Mój piękny syn jest opowieścią pełną rodzinnego ciepła, której bohaterami są oddani sobie, kochający się ludzie, którzy właściwie nie mają sobie nic do zarzucenia, zrobili przecież wszystko, co mogli i teraz razem zmagają się z problemem, to Co przyniesie jutro?, choć przenosi nas do równie pięknego, zadbanego i wydawałoby się szczęśliwego domu, od samego początku mówi nam jednak, że coś tu jest nie tak, że relacja małżonków, żyjących ze sobą od 29 lat, jest bardzo chłodna i że za chwilę nastąpi katastrofa.
W niedzielne przedpołudnie, gdy Grace (świetna rola Annette Bening, znanej choćby z filmu American Beauty) wraca z kościoła, sprawy przybierają niespodziewany dla niej obrót. Może kogoś oburzać, że to właśnie Grace, praktykująca chrześcijanka, matka i żona, z którą ani mąż, ani syn nie chcą iść na niedzielne nabożeństwo do parafialnego kościoła, jest z całej trójki bohaterów najczarniejszym charakterem. Warto chyba jednak pomyśleć, czy takie stereotypowe i pewnie krzywdzące nakreślenie tej postaci nie mówi czegoś o nas wszystkich, o naszych „wzorcowych” rodzinach i małżeństwach, w których troska o wypełnianie religijnych przepisów staje się ważniejsza od troski o budowanie głębokich relacji, opartych na miłości. Czy można zatrzymać przy sobie kogoś, kogo się nie kocha, tłumacząc to tym, że Bóg tak chce?
Filmową opowieść Co przyniesie jutro? można czytać na wiele sposobów. Świadczyć mogą o tym choćby tłumaczenia oryginalnego tytułu, niemające wiele wspólnego z oryginałem. Hope Gap to przede wszystkim konkretne miejsce na mapie, w pobliżu miasteczka Seaford na południowym wybrzeżu Anglii nad kanałem La Manche, w którym dzieje się akcja filmu, ale to również symboliczne nawiązanie do nadziei, z którą żyją bohaterowie filmu, której im brakuje, za którą tęsknią, której szukają. Nadzieja pozostała w tytule filmu tylko u nielicznych dystrybutorów – w Rosji (W sidłach nadziei) i w Portugalii (Odłamki nadziei) i może też – choć trochę schowana – wybrzmiewa w pytaniu z polskiego tytułu: Co przyniesie jutro? Włosi mogli oglądać film pod tytułem Rzeczy, których ci nie powiedziałem/powiedziałam, Niemcy – Kim jesteśmy i kim byliśmy, francuskojęzyczni mieszkańcy Kanady – Co nas dzieli?, a Francuzi poprzestali na angielskim Good Bye.

W obawie przed samotnością
Dla mnie jednak Co przyniesie jutro? to przede wszystkim film o samotności – jednej z największych bied obecnej kultury (por. AL 43). Jeśli już o nadziei, to raczej tej rozumianej jako tęsknota za znalezieniem prawdziwej miłości, bratniej duszy czy zrozumienia – także w małżeństwie i rodzinie.
Wspominana już Grace oraz jej mąż Edward (w tej roli Bill Nighy), choć w małżeństwie są razem od 29 lat, to jednak są bardzo samotni. Na samotność cierpi też ich syn, Jamie (świetny Josh O’Connor, znany z roli księcia Karola w serialu The Crown), bezskutecznie szukający życiowej partnerki, ale przede wszystkim opuszczony przez rozstających się rodziców, tęskniący za ich miłością. Niezwykle symboliczna jest scena, mająca w sobie coś z rytuału, w której Grace, zwracając się do syna przy powitaniu, nie używa jego imienia, ale nazywa go „Nieznajomym”. „Poczucie osierocenia, jakiego doświadcza dziś wiele dzieci i ludzi młodych, jest głębsze, niż nam się wydaje” – pisze Franciszek (AL 173). I pewnie rację ma papież, zwracając uwagę, że w wielu krajach, „w których spada liczba małżeństw, coraz więcej osób decyduje się na życie w samotności” (AL 33) oraz że „zwiększa się strach przed uwięzieniem przez relację, która mogłaby odroczyć osiągnięcie aspiracji osobistych” (AL 34), to w postawie całej trójki bohaterów filmu widać, że chyba właśnie najbardziej „obawiają się samotności, pragną przestrzeni ochrony i wierności” (AL 34).
Czy rozstanie z żoną i wejście w nowy związek z Angelą, matką jednego z uczniów Edwarda, albo przygarnięcie psa i nazwanie go imieniem męża, będą skutecznym lekarstwem na samotność? Czy tęsknoty i nadzieje Grace, Edwarda i Jamiego zostaną spełnione? Czy staną się szczęśliwymi ludźmi? „Czasami ludzie się izolują, żeby nie ukazywać tego, co czują, wycofują się w małostkowe i złudne milczenie” (AL 234). Dopiero czas pokaże, co tak naprawdę przyniesie jutro. Piękna muzyka (oryginalna, którą wykonuje Alex Heffes, ale też cudowne Kyrie z Mszy C-moll Mozarta, poprzedzające kluczową scenę) oraz poezja towarzysząca widzowi od pierwszego do ostatniego kadru, której miłośniczką jest Grace, pomagają nam wejść w świat ludzkich tęsknot, pragnień i nadziei, pomagają pytać „Co przyniesie jutro?” – nie tylko w życiu filmowych bohaterów.

Radość miłości
Nasz najlepszy rok to najradośniejszy z trzech wspomnianych tutaj filmów. Widzimy radość miłości, która dojrzewa, która przemienia się i na nowo się kształtuje albo też na skutek nieprzewidzianych zdarzeń zaczyna być dopiero odkrywana przez trójkę rodzeństwa. To radość miłości, którą daje wspólna praca w starej burgundzkiej winnicy. To również radość miłości, którą czujemy wtedy, gdy żyjemy w zgodzie z naszymi bliskimi i z samymi sobą. Pojednanie, zjednoczenie czy przebaczenie – choć to wielkie słowa – są drogą do tej radości i miłości. Przykładem może być choćby wzruszająca scena z odkrytym w kieszeni kurtki listem ojca do syna, napisanym, ale nie wysłanym, który odczytany już po śmierci ojca nabiera zupełnie innego znaczenia. I choć to wszystko nie przychodzi wcale tak łatwo, to myślę, że właśnie dlatego dla Juliette, Jérémie i Jeana to jest „najlepszy rok”. To rok wzrastania i dojrzewania całej trójki bohaterów (a nie tylko winnych krzewów i winogron w winnicy), rok dialogu, który każdy z nich prowadzi ze sobą i ze swoimi najbliższymi, ale też rok uczenia się nadawania rzeczywistej ważności drugiej osobie poprzez okazywanie uczuć i konkretne gesty wrażliwości (por. AL 133–138).

Z serca do serca
Trzy przypomniane przeze mnie filmowe opowieści pokazują wyraźnie, że „Historia rodziny nosi ślady wszelkiego rodzaju kryzysów, które są również częścią jej dramatycznego piękna” (AL 232). Wiele ze wspomnianych tu postaci odkrywa, że „przezwyciężony kryzys nie prowadzi do mniej intensywnej relacji, ale do udoskonalenia, konsolidacji i dojrzałości wina jedności. Nie żyje się razem po to, aby być coraz mniej szczęśliwymi, ale aby nauczyć się być szczęśliwymi w nowy sposób” (AL 232). Może nie wszyscy z nich są już gotowi, by podążać za tym odkryciem, mają jednak chyba świadomość, że „każdy kryzys pociąga za sobą pewne uczenie się, które pozwala na pogłębienie intensywności wspólnego życia” i że „żadną miarą nie wolno poddawać się rezygnacji i godzić się na opadanie, nieuchronne pogorszenie, na przeciętność”. Gdy małżeństwo i rodzina są przeżywane przez nas jako „zadanie, które pociąga za sobą także pokonywanie przeszkód, to każdy kryzys jest postrzegany jako okazja, aby się spotkać i razem pić najlepsze wino” (AL 232). I z tego chyba może zrodzić się ta nadzieja, która w sytuacjach kryzysowych podpowie nam, by się nie wycofywać w małostkowe i złudne milczenie, ale „tworzyć przestrzenie, aby mówić z serca do serca” (AL 234).

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki