Logo Przewdonik Katolicki

Urodzić po swojemu

Magdalena Urlich
Fot. Zffoto Fotolia

Kiedyś nie było wyboru – kobieta rodziła w domu. Dziś mamy dostęp do opieki medycznej. Szpitale położnicze zapewniają: „U nas urodzisz bez bólu”. Są jednak tacy, którzy wybierają poród w domu. Powrót do przeszłości, fanaberia czy świadoma decyzja?

Według statystyk porody domowe są zjawiskiem marginalnym. W 2015 r. na ponad 370 tys. urodzonych w Polsce dzieci tylko 680 przyszło na świat poza szpitalem. Z niezależnymi położnymi zrzeszonymi w Stowarzyszeniu „Dobrze Urodzeni” – 136 (pozostałe – z położnymi niezrzeszonymi w tym stowarzyszeniu lub w funkcjonujących przy niektórych szpitalach domach narodzin). Opowieści rodziców, którzy zdecydowali się na taki poród, mówią o intymności i komforcie. Co z bezpieczeństwem?

Oszczędność
Gdy Anna Przybylska rodziła córkę, był gorący, sierpniowy dzień. Mieszkanie w bloku na 40 m² z mikrołazienką. Odwiedzili ją przyjaciele – gdy nie koncentrowała się na skurczach, słyszała ich przyjazne głosy. Czas mijał jej między wanną a domowym życiem, np. smażeniem naleśników. – Pamiętam, że tuż przed urodzeniem dziecka ciało dało mi odpocząć. Skurcze się wyciszyły, mogłam zamknąć oczy i zasnąć prawie na godzinę. Spałam w wannie i na zmianę moja przyjaciółka i położna mnie pilnowały. Przed północą urodziła się moja córka. Czułam się jak królowa świata, to było dobre i wzmacniające dla mnie jako kobiety. Po dwóch godzinach wstałam, ogarnęłam dom, puściłam pranie. Forma, w której byłam, była dla mnie samej zaskoczeniem. Pomyślałam: jaka oszczędność energii jest w tym porodzie, całkiem inaczej, niż gdybym była w obcym środowisku.
– Zawsze mnie rozczula patrzenie na kobiety w domu, jak one koncentrują się na skurczu, a potem gdy on mija, zaczynają robić cokolwiek, chodzą z patką na muchy, rozmawiają z mężem. Dom ma to do siebie, że kobieta może jeść, chodzić, poruszać się. Te kobiety nie są tak zmęczone i dzieci też rodzą się w dobrej kondycji – mówi Dorota Fryc, wiceprezeska stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni” i położna od lat towarzysząca kobietom w porodach domowych.

O godność kobiety
Małgorzata Szopa urodziła sześcioro dzieci, dwoje w domu, pod koniec lat 80. i na początku 90. – Wie pani, jak wyglądały porodówki w latach 80.? – pyta, gdy chcę wiedzieć, dlaczego zaczęła myśleć o porodzie w domu. I wymienia standardy sprzed 30 lat – lewatywa, obowiązkowe nacinanie krocza, leżenie w pierwszym okresie porodu, podawanie oksytocyny, mającej przyspieszyć akcję porodową, narzucanie rodzącej pozycji (najczęściej leżącej), wypychanie dziecka, kładzenie się kobiecie na brzuchu. – To było uprzedmiotowienie, ubezwłasnowolnienie kobiety. Nikt się nie zastanawiał, co kobieta czuje. Czy nie dlatego, że rodząca leży, akcja porodowa siada. Po urodzeniu dzieci były zazwyczaj zabierane. Myśmy walczyły o to, żeby dziecko mogło wylądować w rękach mamy, od razu po urodzeniu, na pępowinie – mówi. I tłumaczy, jak ważne jest, by nie odcinać pępowiny od razu, by dziecko miało czas na nauczenie się oddechu. A także, by zostało dostawione do piersi i mogło napić się pierwszych kropel mleka, siary. Przystawienie dziecka do piersi sprawia, że wydziela się naturalna oksytocyna i kobieta łatwo rodzi łożysko. Bez tego bywało, że ciągnięto za pępowinę, wywołując krwotok.
Jako doradczyni laktacyjna pani Małgorzata założyła śląski oddział Stowarzyszeniem na rzecz Naturalnego Rodzenia i Karmienia. Wielkie wrażenie wywarła na niej książka prof. Włodzimierza Fijałkowskiego Dar rodzenia. Profesor, a zarazem lekarz ginekolog-położnik, zachęcał kobiety, by zaczęły świadomie przeżywać swój poród i sprzeciwiał się nadmiernej medykalizacji aktu narodzin. Pani Małgorzata zaczęła marzyć o porodzie w domu. Widziała to jako jedyną szansę na godny poród. Przeżyła już trzy porody w szpitalu, dwa z nich bardzo nieprzyjemne. Gdy była w czwartej ciąży, poznała położną, z którą domowy poród stał się możliwy. Poród w domu otaczała atmosfera podziemia: problem ze zdobyciem środków higienicznych czy nici, brak umowy ze szpitalem. Jednak same porody wspomina ze wzruszeniem. A jedną z najpiękniejszych chwil, kiedy poczuła się najbardziej bezpiecznie i domowo, była ta, gdy położna zrobiła jej... kisiel. – Jadłam ten kisiel i czułam się jak w niebie – uśmiecha się.

Spotkanie z nieznanym
Wiele osób ma poważne wątpliwości co do bezpieczeństwa porodu w domu. Anna Przybylska, założycielka Rodzinnego Centrum Położniczego Koala, nie uważa jednak, by poród domowy aż tak różnił się pod tym względem od szpitalnego. – Generalnie w porodzie nigdy nie można wykluczyć, że coś się wydarzy – mówi. Jednak przewagą porodu domowego jest większa współpraca położnej z rodzącą. Gdy położna całą uwagę skupia na kobiecie, może z jej zachowania wywnioskować, że coś jest nie tak, i podjąć decyzję o transferze do szpitala na długo przed tym, zanim nieprawidłowości będą widoczne w badaniach. – Kobieta jest w obcym środowisku i sama ze sobą ma inny kontakt niż w domu. Wiele rzeczy, które w ktg pokażą się za dwie godziny, z zachowania kobiety można wywnioskować już wcześniej.
Siłę relacji między położną a rodzącą podkreśla też Dorota Fryc. – Pracuję jeden na jeden z kobietą, jestem w nią wpatrzona – mówi. Położna podkreśla, że przygotowując się do porodu z kobietą, spotyka się z nią wiele razy. Jest w stanie poznać jej sposoby reagowania, żeby później, w trakcie porodu, prawidłowo ocenić sytuację. Przyznaje też, że jeśli coś ją niepokoi, woli działać na zapas. Obie położne podkreślają, że do porodu domowego kwalifikują się zdrowe kobiety w przebiegającej prawidłowo ciąży, ze zdrowym dzieckiem. Lista wymagań, które kobieta musi spełnić, jest długa. Ale to dlatego, że właśnie wstępna diagnostyka jest podstawą.
– To bardzo ważne, żeby kobieta czuła się bezpiecznie. Dotyczy to obojga rodziców, bo osoba taty i jego poczucie bezpieczeństwa i spokój też mają wpływ. Kiedy eliminujemy stres, bezpieczeństwo się podnosi. Dla jednej kobiety najbezpieczniejszym miejscem będzie sala narodzin, szpital, dla innej dom – mówi Przybylska.
Dorota Fryc zwraca uwagę, że brakuje narzędzi do tego, by bez uprzedzeń rozmawiać o kwestiach bezpieczeństwa, bo nikt nie prowadzi statystyk porównujących liczbę patologii w ciążach niskiego ryzyka podczas porodów w szpitalu i w domu.

Mądrość kobiety
Ważną kwestią jest to, jak w ogóle kobieta postrzega poród. Czy jest pełna lęku, czy ma do siebie zaufanie? Anna Przybylska zaznacza, że poród to naturalna część życia seksualnego kobiety. – Porodem kierują te same hormony, które mamy w seksie, oksytocyna i endorfiny. Oksytocyna działa naskurczowo, endorfiny przeciwbólowo. W porodzie kobieta potrzebuje mieć te same warunki co w sypialni. Potrzebuje oksytocyny, więc nie pomaga jej podawanie numeru PESEL i wypełnianie dokumentacji. Potrzebuje przyciemnić światło i obecności partnera – mówi. Takie warunki, bezpieczne i sprzyjające intymności, pomagają podążać za tym, co podpowiada ciało. Dzięki temu rodząca lepiej sobie radzi z bólem. Tę naturalną ekspresję trudno jest jednak osiągnąć w obcym środowisku.
Pani Dorota podkreśla wagę sprawczości kobiety: – Jesteś kobietą, nie zdiagnozowano u ciebie nieprawidłowości, zaszłaś w ciążę, donosiłaś, dlaczego nie spróbować urodzić naturalnie? Jeśli nie będzie można, zawsze jest szpital.
Jaka w takiej sytuacji jest rola położnej? Towarzyszyć, obserwować, wspierać. Nie rodzić za kobietę. Nie interweniować medycznie wtedy, kiedy nie jest to konieczne. W razie problemów reagować, wyjaśniają moje rozmówczynie.
– Najtrudniejszym momentem jest chwila, kiedy trzeba podjąć decyzję, że jedziemy do szpitala – mówi Dorota Fryc. – Różne są reakcje, gdy przyjeżdżamy z porodu domowego. Rzadko spotykamy się z podejściem: chcemy pomóc, zrobimy wszystko, żeby było OK. Raczej jesteśmy traktowani jako osoby, które są nieodpowiedzialne, choć podobne rzeczy dzieją się w szpitalach, i w prywatnej klinice.

Pogranicze systemu
– Jeżeli mamy poród, w którym możemy a priori zakładać, że będzie niepowikłany, czyli matka jest prawidłowo zbudowana, najlepiej wieloródka, dziecko nie jest zbyt duże, jest w prawidłowym położeniu, jeżeli rodząca ma do pomocy położną i pediatrę, jeżeli ma pewność, że karetka, jeśli się coś stanie, w ciągu kilku minut przyjedzie i odwiezie ją do szpitala, to przy spełnionych takich warunkach można rozważyć poród w domu – mówi ordynator oddziału ginekologii i położnictwa krakowskiego szpitala im. Rydygiera dr Marcin Opławski. – Zwolennicy takiego porodu wskazują na takie jego plusy, jak: własna flora bakteryjna, a nie często patologiczna szpitalna, spokój, brak pośpiechu, przyjazne otoczenie. Nie zwracają natomiast uwagi na wiele niebezpieczeństw. – Doktor wymienia np. dystocję barkową, opóźnione nacięcie krocza dokonane w niesterylnych warunkach, wystąpienie niewydolności łożyska, krwotoki, których położna nie jest w stanie ocenić i zabezpieczyć, mając ograniczone narzędzia diagnostyczne. Podkreśla, że kluczowy jest czas. W przypadku dziecka z zamartwicą pomocy trzeba udzielić w ciągu kilku minut. Dr Opławski mówi, że w większości szpitali w Polsce można zorganizować ratujące życie dziecka i matki cięcie cesarskie w ciągu 3–5 minut. Wspomina też o krajach, w których porody domowe są częścią systemu opieki położniczej. Zaznacza jednak, że tam cały system ma je ułatwiać, inna jest rola lekarza pierwszego kontaktu i położnej. – W Polsce warunki bezpiecznego porodu domowego są praktycznie nie do spełnienia. To pogranicze bezpieczeństwa.
Niezależna położna Dorota Fryc opowiada się za pozostawieniem odpowiedzialności i wyboru rodzicom, a negatywne podejście środowiska lekarskiego tłumaczy tym, że myślą o porodach domowych z lat 50. i 60. XX w. – Wtedy był niski poziom opieki, nie było badań diagnostycznych, stąd pokutuje pogląd, że to bardzo niebezpieczne, szaleństwo. Wykonujemy nieraz dużo więcej badań niż w szpitalu, nikt przypadkowo nie rodzi. Przez 14 lat mojej praktyki nie spotkałam się z tym, żeby rodzice chcieli zrobić krzywdę dzieciom przez to, że dokonywali jakichś wyborów – mówi. – Ludzie myślą, czytają, każdy człowiek potrafi być odpowiedzialny.

Gotowi na wszystko
Gosia i Andrzej dwoje z czworga swoich dzieci przyjęli w domu. Gosia od zawsze chciała tak rodzić. – Zawsze bałam się szpitali i ingerencji lekarzy. Miałam wewnętrzne przekonanie, że poród to naturalna rzecz, która przebiega samoczynnie – mówi. Oboje biorą pod uwagę, że poród domowy może się skończyć w szpitalu, także cesarskim cięciem. Mają sprawdzone dojazdy do szpitali, do którego o jakiej porze jest najszybciej. W trakcie ostatniego porodu zdarzyło się coś nieoczekiwanego – synek nie zrotował barku. Gosia czuła już jego główkę, ale przez kolejne dwa skurcze poród nie postępował. Położna zrozumiała, co się dzieje, i poleciła zmianę pozycji na leżącą. Po chwili chłopczyk przyszedł na świat. – Był fioletowy jak śliwka, ale słyszałam, jak oddycha – wspomina Gosia. Już po minucie odzyskał kolory. Dostał 10 punktów w skali Apgar. – To był moment, że sama bym nie urodziła – mówi. I dodaje, że poprzednie dwa porody przebiegały tak, że poradziłaby sobie sama. A o tym porodzie mówi, że sobie go wymodliła. Miał spokojny, powolny przebieg, ona też była bardzo spokojna. Poza tym jednym momentem, kiedy nie wiedziała, co robić, i pomogła jej położna.
– Położna bardzo dobrze sobie poradziła – podkreśla Andrzej. – Statystyki pokazują, że w porodzie domowym nie ma większego zagrożenia niż w szpitalnym. Poród w domu to o wiele przyjemniejsze doświadczenie. Wszystko przebiega spokojnie. Mam wrażenie, że w szpitalu jest większa panika, nerwowość. – I dodaje, że gdyby Gosia była jeszcze w ciąży, też chcieliby urodzić w domu.


Ramka:
Decyzja o porodzie domowym należy do rodziców i położnej. Rodzice, którzy myślą o takim porodzie, powinni znaleźć położną, która zdecyduje, czy nie ma do niego przeciwwskazań i czy zgodzi się go przyjąć (bo chodzi też o ocenę komunikacji i zaufania między nią a rodzicami). Do porodu domowego kwalifikują się zdrowe kobiety o prawidłowo przebiegającej ciąży (pełna lista wymagań dostępna np. na stronie dobrzeurodzeni.pl). Niezależnych położnych, uprawnionych do prowadzenia ciąży i towarzyszenia w porodzie w warunkach pozaszpitalnych, można szukać np. przez Stowarzyszenie „Dobrze Urodzeni” lub znana-polozna.pl. Położna może prowadzić kobietę przez całą ciążę lub pod koniec. Przed porodem domowym są w stałym kontakcie, by mieć pewność, że położna dojedzie na czas. Usługa położnej nie jest refundowana przez NFZ. W zależności od regionu jej koszt waha się od 1,7 tys. do 3 tys. zł.
W ciągu 12 godzin od narodzin dziecko powinien zbadać lekarz pediatra. Zapewnienie jego wizyty spoczywa na rodzicach, podobnie jak wykonanie badania słuchu dziecka i zaszczepienie go.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki