Logo Przewdonik Katolicki

Wyspy polskich sierot

Krzysztof Mielnik-Kośmiderski
Fot. Pixabay

W ubiegłym roku 252 dzieci polskiego pochodzenia trafiło do brytyjskich rodzin zastępczych. W tym podobny los spotkał 115 kolejnych małych Polaków. Scenariusz z reguły wygląda podobnie.

Przez trzynaście lat powszechnej obecności na Wyspach Brytyjskich dla setek tysięcy polskich emigrantów stały się one synonimem domu. Polacy nie tylko żyją tu i pracują, ale też, znacznie śmielej niż do niedawna, wchodzą w relacje dobrosąsiedzkie. I choć w większości przypadków proces aklimatyzacji przebiega sprawnie, pozorne poczucie kontroli rozpada się w pył w chwili przymusowej konfrontacji z lokalnym prawem.
Brytyjskie prawo rodzinne jest znacznie bardziej restrykcyjne od polskiego. O ile na ulicach polskich miast widok rodzica dającego dziecku klapsa wywoła najwyżej stłumiony szmer dezaprobaty, o tyle w Zjednoczonym Królestwie może zakończyć się oskarżeniem o przemoc i wielomiesięczną batalią o zachowanie praw do opieki nad dzieckiem.
 
„Miałabym ochotę ją potrząsnąć”
Zgodnie z brytyjskimi przepisami dziecko nie powinno zostać pozostawione same sobie do momentu ukończenia 13. roku życia. Tak jest w teorii. W sytuacji, w której pod nieobecność osoby dorosłej doszłoby do nieszczęśliwego wypadku, opiekun mógłby zostać pociągnięty do odpowiedzialności nawet w przypadku starszego dziecka – aż do osiągnięcia przez nie pełnoletności. Christopher Cloke z NSPCC, organizacji zajmującej się ochroną młodocianych, tłumaczy, że brak ściśle określonej granicy ma na celu wyostrzenie rodzicielskiej uwagi na potrzeby dzieci. – Każde z nich wymaga odpowiedniego dla siebie nadzoru – tłumaczy Cloke.
Jednak to niedoprecyzowanie w przepisach, które mówi jedynie, że nie można pozostawiać bez opieki dziecka, które nie jest wystarczająco dojrzałe, sprawiało w przeszłości już mnóstwo problemów. Swego czasu na wokandę trafiła zarówno sprawa rodzica, który zostawił dziecko w samochodzie podczas tankowania paliwa, jak i matki, która stłoczywszy gromadkę podopiecznych w pustym domu, wsiadła w… samolot i poleciała na wycieczkę do Australii.
Wśród rodaków, którzy tracą dzieci, nie brakuje osób w sposób karygodny zaniedbujących swe potomstwo. Wiele tragedii zdaje się jednak brać zalążek w niezrozumieniu brytyjskiej mentalności i błędnego przeświadczenia o kulturowej bliskości naszych narodów. – Było to kilka miesięcy po tym, jak urodziłam córeczkę. Malutka sporo płakała, a mnie zaczynało brakować już pomysłów, jak mogłabym jej pomóc. Któregoś dnia powiedziałam położnej, że czasem, ze zwykłej bezradności, miałabym ochotę potrząsnąć małą – wspomina Joanna ze szkockiego Livingston. Rzucone mimochodem hasło spowodowało, że Polka wielokrotnie i przed różnymi osobami musiała się tłumaczyć, że nigdy nie miała zamiaru zrobić swemu dziecku krzywdy.
 
Niefortunny scenariusz
– Brytyjczycy często biorą pewne rzeczy na serio, co może przysporzyć szczególnych kłopotów, jeśli jest się imigrantem. Nie znają twojego sposobu ekspresji, więc z reguły warto bardzo ostrożnie podchodzić do tego, co się mówi i robi – mówi Joanna, której sprawa rozeszła się po kościach. Jednak w wielu przypadkach polskie rodziny nie mogą liczyć na tyle szczęścia.
W 2016 r. 252 dzieci polskiego pochodzenia trafiło do brytyjskich rodzin zastępczych. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy obecnego roku podobny los spotkał 115 kolejnych małych Polaków. Scenariusz zdarzeń z reguły wygląda podobnie. Ktoś – zazwyczaj nauczyciel czy sąsiad, ale często osoba postronna – zgłasza służbom zauważony problem. Od tego momentu opieka społeczna ma obowiązek zweryfikowania sprawy. Poddani kontroli rodacy próbują się bronić, denerwują się, podnoszą głos. Tajemnicą poliszynela jest tymczasem fakt, że wszelkie przejawy nadmiernej ekspresji i braku opanowania odnotowywane są jako punkt na ich niekorzyść, dowód nieczystych intencji i niechęci do współpracy ze służbami.
Większość przypadków, w których ostatecznie nałożona zostaje kontrola rodzicielska, ma uzasadnienie. Niemniej część zgłoszeń wynika z nadgorliwości, kulturowego i językowego niezrozumienia oraz lawiny, która w ich wyniku następuje.
Inna rzecz, że jak wynika z badań prowadzonych w Polsce, blisko połowa Polaków akceptuje klapsy jako metodę wychowawczą. Jeden na pięcioro pytanych nie ma zaś oporów przed stosowaniem dotkliwszych kar cielesnych. Starym przyzwyczajeniom trudno zapobiec w nowych warunkach, a otwarte stosowanie tego typu praktyk w Wielkiej Brytanii niechybnie spotka się z reakcją służb.
 
Precedens Daniela Pełki
3 marca 2012 r. – data śmierci czteroletniego chłopczyka z Polski mocno zapadła w pamięć Brytyjczyków. Bity, głodzony i poniewierany czterolatek w momencie śmierci ważył zaledwie 10,5 kg. Gdy w wyniku śledztwa na światło dzienne wyszedł ogrom cierpień, którego musiało doświadczać dziecko, przez Wyspy przetoczyła się szeroka debata. Próbowano dociec, jak to możliwe, że w kraju o tak dużej kontroli mogło dojść do takiej skali zaniedbań prowadzących do śmierci chłopca. Już pod koniec 2011 r. nauczyciele zauważali, że wyciąga i zjada resztki jedzenia z przedszkolnych koszy na śmieci. Niedługo później na jego ciele zauważono guzy i krwawe podbiegnięcia. Chłopczyk ewidentnie wykazywał wszystkie objawy dziecka poddawanego przemocy, a jednak cały czas były one ignorowane.
Można zaryzykować stwierdzenie, że przeoczenie przypadku Daniela stanowiło policzek dla brytyjskich służb. Przechylił on szalę, skłaniając brytyjską opiekę społeczną do baczniejszego przyglądania się rodzinom imigrantów.
Pomóc rozbijanym rodzinom z Polski próbuje od jakiegoś czasu rzecznik praw dziecka Marek Michalak. Jego możliwości wpływania na decyzje zależne od organów obcego rządu są jednak ograniczone. Nie jest on bowiem uprawniony do żądania wyjaśnień ze strony obcych państw. Jak sam zapewnia, podejmuje jednak wszelkie dozwolone prawem działania, aby wyjaśnić każdą ze spraw i wskazać broniącym się środki prawne, z których mogą skorzystać za granicą w celu ochrony praw swoich dzieci.
 
Można się dogadać
Działania brytyjskiej opieki społecznej nie wywołują pozytywnego wrażenia. O tym jednak, że tamtejsi pracownicy miewają również ludzkie oblicze, a ich działania mogą przynosić także dobre owoce, mówi wspomagająca polskich emigrantów Anna Jańczuk. – Złe postrzeganie Social Services [opieki społecznej – red.] przez naszych rodaków to dość złożona kwestia, bo narosło wokół niej sporo stereotypów – wyjaśnia. Jańczuk, która udziela wsparcia oraz informacji na temat wszelkiej pomocy dostępnej dla Polaków, zapewnia że głównym zadaniem służb socjalnych jest niesienie pomocy. Dodaje przy tym, że jeśli ktoś jest otwarty na jej przyjęcie i dalszą współpracę, z pewnością także w owianych złą sławą służbach otrzyma wsparcie.
Warto przy tym zauważyć działania wynikające z inicjatywy brytyjskiej. W poprzednich latach z Anglii do Polski trafiali urzędnicy w celu poprawy współpracy, by jak najwięcej dzieci przekazać ich polskim rodzinom.
Jako liczna grupa żyjemy na Wyspach od kilkunastu lat. Integrujemy się z lokalnymi społecznościami i coraz lepiej czujemy się w świecie o odmiennej specyfice. Otwarci, zazwyczaj mający na językach to, co w sercach, z każdym rokiem coraz sprawniej odnajdujemy się w zawiłej brytyjskiej grze konwenansów i niedopowiedzeń. Dzięki temu tracimy może nieco ze swej słowiańskiej natury, w zamian zyskując jednak spokój i akceptację ze strony gospodarzy. Stare i wyświechtane powiedzenie „Jeśli wejdziesz między wronymusisz krakać jak i one” sprawdza się i tym razem.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki