Logo Przewdonik Katolicki

Angielski spokój

Piotr Dobroniak, Londyn
FOT. BEN STANSALL/AFP-EAST NEWS

Po zamachu w Manchesterze uderzające były różnice w reakcjach między Brytyjczykami i Polakami. I wcale nie wynikały one z politycznej poprawności mieszkańców Wysp.


Początkowo media brytyjskie nie pisały o zbrodni, zamachu czy ataku terrorystycznym, a tylko o incydencie. Z Polski natychmiast posypały się oskarżenia o źle pojętą poprawność polityczną i próbę zatuszowania nieudanego eksperymentu pod tytułem społeczeństwo multikulturalne. Ale czy połajanki ze strony mieszkańców kraju, w którym jedynymi złapanymi terrorystami są jego obywatele (jak chociażby w przypadku próby wysadzenia budynku sejmowego czy bomby zostawionej we wrocławskim autobusie) brzmią wiarygodnie? Gdyby przeciętny Anglik poznał punkt widzenia przeciętnego Polaka nic by z niego nie zrozumiał. Dla Brytyjczyków jako społeczeństwa najważniejszym po ataku jest pokazanie niezłamanego ducha i przede wszystkim jedności.
 
Ostrożny jak Brytyjczyk
Dlaczego brytyjska prasa początkowo informowała o incydencie? Media w Wielkiej Brytanii, szczególnie w początkowej fazie pisania o podobnych wypadkach, działają z wielką ostrożnością i odpowiedzialnością, chociażby po to, żeby nie wywoływać paniki. Żadna poważna redakcja sama nie zakwalifikuje wydarzenia bez informacji z policji. W tym przypadku atak miał miejsce na koncercie dla nastolatków. Kiedy w internecie pojawiły się pierwsze filmy, jedyne co można było zobaczyć, a raczej usłyszeć, to pisk setek dziewczyn i jedną wielką panikę. I taki był pierwszy odbiór tego wydarzenia: pękł balon, a grupa rozegzaltowanych nastolatek spanikowała myśląc, że to bomba. Kiedy zamachowiec wysadził się w powietrze, Wielka Brytania kładła się do snu. Dopiero przy porannej kawie czy w metrze, oglądając telewizję albo przeglądając portale informacyjne, Brytyjczycy zdali sobie sprawę z tego, że po raz kolejny zostali zaatakowani. Ale początkowo nikt nie spodziewał się najgorszego. Praktycznie żadna poranna gazeta nie zareagowała wielkim tytułem na pierwszych stronach swoich wydań. Dopiero rano po pierwszych oświadczeniach policji metropolitarnej Manchesteru, brytyjskie media zaczęły mówić o zamachu, ataku i zbrodni na niewinnych dzieciach. Gdy opadł kurz po wybuchu, społeczeństwo nie szukało winnych, ale skupiło się na pomocy poszkodowanym. Policja natomiast skupiła się na jak najszybszym wyjaśnieniu sprawy. Dziennikarzy poproszono, by dla dobra śledztwa w ograniczony sposób relacjonowali całe zdarzenie. Niejako w zamian media zaczęły informować o bohaterach, którzy zazwyczaj pojawiają się w takiej sytuacji: a to o bezdomnym, który zaopiekował się dziećmi po wybuchu, a to o właścicielu firmy taksówkarskiej, którego taksówki odwoziły dzieci z miejsca zamachu za darmo do domów, a to o kobiecie, która zabrała kilkadziesiąt nastolatek w bezpieczne miejsce.
 
Nikt nie lubi obcych
Często pada oskarżenie, że Brytyjczycy sami „wpuścili problem” do swojego kraju. Ale to wielkie uproszczenie. Bo kiedy to zrobili? Rok temu? Dziesięć lat temu? Czy tysiąc lat temu? Emigranci przybywali tu od zawsze. Nie ma co oszukiwać – wielu Brytyjczyków nie pochwala otwartego strumienia emigracji do swojego kraju, traktując go jako zagrożenie. Emigranci oskarżani są o zabieranie miejsc pracy, wyciąganie pieniędzy z sytemu socjalnego oraz o brak integracji z brytyjską społecznością. Jednym z zarzutów jest też to, że nowo przybyli przywożą do kraju swoje zwyczaje, czasem ignorując zastany porządek rzeczy. To na tym niezadowoleniu swój sukces zbudowała skrajnie prawicowa Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP).
Dziś Brytyjczycy dobrze strzegą swoich granic i wjazd na Wyspy jest mocno utrudniony zarówno fizycznie poprzez położenie na mapie świata, jak i administracyjnie. Ale to nie niekontrolowani przybysze z Syrii, Libii czy Iraku wysadzają się w powietrze czy rozjeżdżają przechodniów na chodniku. To zazwyczaj potomkowie imigrantów lata temu osiadłych w Wielkiej Brytanii. Tak było i w tym przypadku – ataku dokonał 23-letni Salman Abedi, urodzony w Manchesterze w rodzinie przybyszów z Libii. Brytyjskie służby dość skutecznie reagują na objawy radykalizmu religijnego np. w meczetach. Kaznodzieje nienawiści są regularnie usuwani z kraju albo wsadzani do brytyjskich więzień. Problem jest jednak głębszy. Przy tak bardzo zróżnicowanym społeczeństwie trudno mieć pod kontrolą wszystkich. Dlatego zdarza się, że radykalni imamowie zatruwają umysły szczególnie młodszych wyznawców islamu. Należy się jedynie zastanowić, czy to, że po stronie tzw. Państwa Islamskiego walczy kilkudziesięciu obywateli brytyjskich to na tle liczącego 80 mln mieszkańców kraju sukces czy porażka brytyjskich służb? Zarzuty, że muzułmanie nie integrują się z Brytyjczykami są przejaskrawione. Każdy, kto przez chwilę mieszkał w Londynie czy innym większym mieście w Wielkiej Brytanii i widział polskie dzielnice albo polskie skupiska wie, że większych gett kulturowych niż polskie trudno spotkać. Integracja to uczestnictwo w życiu osiedla, dzielnicy czy miasta. A z tym u Polaków bywa różnie. Całe szczęście coraz częściej się to zmienia, jednak nadal zdarzają się rodziny, w których dopiero dzieci mówią po angielsku, bo chodzą do angielskiej szkoły. Natomiast trudno znaleźć Hindusa, Kurda, Syryjczyka czy Somalijczyka, który nie potrafi się porozumieć w języku kraju, do jakiego zawitał. Przez to szybciej poznają oni nową kulturę i społeczeństwo, w którym przyszło im żyć. Brytyjczycy chcą włączać imigrantów w życie społeczne. Bez znajomości wspólnego języka jest to jednak trudne. Nasi rodacy przyzwyczaili się, że nie muszą go znać, bo wszystko mogą załatwić po polsku. To powoduje, że świetnie integrują się między sobą. Zamykają się jednak w ten sposób na innych, przez co brytyjskie społeczeństwo to dla dużej liczby Polaków ciągle jedynie zbiór wyobrażeń, a nie faktów.
 
Izolacja nie jest rozwiązaniem
Zamach w Manchesterze był najbardziej krwawym zamachem w Wielkiej Brytanii od 2005 r.. Zginęły 22 osoby, w tym dwójka Polaków, a 119 zostało rannych. Szokiem dla Brytyjczyków jest to, że zostały zaatakowane dzieci. Dziś już wiemy, że młody zamachowiec nie działał sam. Służby specjalne aresztowały w Wielkiej Brytanii i w Libii m.in. braci i ojca zamachowca. W domu Salmana Abediego znaleziono istną fabrykę materiałów wybuchowych. To odkrycie spowodowało natychmiastową reakcję premier Theresy May, która ogłosiła najwyższy stopień zagrożenia terrorystycznego. Po raz pierwszy rząd dla ochrony obywateli na ulice wysłał wojsko. Tysiąc żołnierzy patrolowało największe miasta na Wyspach. Po kilku dniach poziom zagrożenia został obniżony, a wojsko wycofane z ulic. Śledztwo w sprawie zamachu w Manchesterze toczy się dalej i raczej nie należy spodziewać się, żeby jego szczegóły były na bieżąco podawane do publicznej wiadomości. Śledczy ujawnili jedynie, że zamachowiec był częścią siatki terrorystycznej, której większość członków została aresztowana. Władze zaapelowały też o to, żeby obywatele nie rezygnowali z uczestnictwa w imprezach masowych z obawy przed atakami.
W mediach po raz kolejny pojawiły się pytania, czy izolacja byłaby skuteczną obroną przed terroryzmem? Niektórzy publicyści podkreślają, że to, co się wydarzyło to „czyste zło”, którego nic nie powstrzyma. Wielka Brytania zawsze była otwarta dla innych ludzi i to otwarcie postrzegane jest jako jedna z wartości narodowych. W komentarzu redakcyjnym dziennika „The Times” napisano, że elementami oporu brytyjskiego społeczeństwa powinna być „praca służb wywiadowczych, stoickie podejście i opór obywateli oraz determinacja demokratycznie wybranych przywódców do kierowania się wartościami, których terroryści nie tolerują”.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki