Kapłaństwo to chyba przede wszystkim ręce…
Kapłaństwo przychodzi także poprzez ręce.
– Doskonale pamiętam swoje święcenia kapłańskie, a zwłaszcza ciepło położonych na mojej głowie rąk kard. Stefana Wyszyńskiego. To chyba jest tak, że wkłada się ręce, ale to się daje Ducha Świętego…
I znów kapłańskie ręce – leżałem w szpitalu, wtedy kiedy jeszcze przebywał w nim kard. Józef Glemp. Był słabiutki – wiem, że mnie kochał, bo to on mnie wybrał i namaścił. Wiem, że jestem jego synem zrodzonym przez Ducha Świętego. Ale wtedy mogłem tylko ucałować jego święte ręce i jego święte stopy. I to też jest kapłaństwo. To z Wielkiego Czwartku, kiedy Chrystus umywał nogi apostołom. A kiedy całowałem stopy prymasa, drgnął, zrobił mi krzyżyk na czole i powiedział: „Nie załamuj się”. A potem odszedł do Ojca, a ja cudownie uzdrowiony wróciłem do mojego ziemskiego domu.
Do Łowicza?
– O tak, do mojego Łowicza. W tym świętym Łowiczu w bazylice katedralnej leży dwunastu prymasów. A jeden z nich mówił ongiś do „Bartoszków”, czyli ubogich chłopców, którzy uczyli się w kolegiackiej szkole w Łowiczu, pokazując im swoje ręce: „Patrzcie na te ręce, one kiedyś w piecu paliły i konie obrządzały, a dziś królów, książęta i biskupów namaszczają. A wiecie dlaczego? Bom się w książce zakochał”.
I takie mi się te ręce wydają widoczne: ręce powszechnego człowieka, a jednak namaszczone stają się tak wielkie, że mogą maścić królów i biskupów. „O namaszczone, o święte kapłańskie ręce”…
Benedykt XVI mówi wprost, że są to „ręce Pana w dzisiejszym świecie”.
– Pięknie ujęte – koniecznie napisz to i zacytuj.
Jedna pani w Krośniewicach nauczyła mnie wielkiej rzeczy o kapłaństwie, o ojcostwie i o prowadzeniu kogoś za rękę. Chciała ucałować moje ręce, a ja taki postępowy wzbraniałem się: nie, nie jakżeby. A ona spojrzała mi w oczy i powiedziała: „Nie ciebie całuję, Pana Jezusa całuję”. Nawróciłem się. Dziś nie mam wątpliwości, co to znaczy całować kapłana w rękę.
Nikt pewnie lepiej nie nazwał kapłańskiego powołania niż Jan Paweł II w tytule książki Dar i tajemnica. Krótko i w punkt.
– Chyba żaden z nas, namaszczonych i wyświęconych kapłanów, nie powie, że to jego zasługa. Najpierw uczynił to Bóg. I pewnie każdy kapłan, tak jak ci wybrani przez Boga prorocy, broni się na początku przed tym jak tylko może: nie pójdę, przecież jestem za głupi, za słaby. Ale Bóg mówi: nie bój się, ja jestem z tobą, uczynię cię bramą spiżową, murem warownym, strzałą wyborną, będę cię strzegł w moim kołczanie. Będziesz wyrywał i sadził, będziesz burzył i budował, nie bój się, bo ja jestem z tobą.
I to jest tak, że choćbyś nie wiem jak bardzo uciekał, to Pan Bóg tak ci wszystkie drogi poprostuje, że stanie się Jego wola. Eliasz też zarzekał się: mogę tu umrzeć, dalej nie pójdę.
Pójdziesz. Weź sobie chleba, napij się wody, która jest u wezgłowia i pójdziesz. I szedł aż 40 dni do góry Horeb.
I to jest właśnie ta wielka tajemnica.
– Dlatego przed powołaniem nie ma ucieczki. No, chyba że będziesz wierzgał przeciw ościeniowi…
A dar?
– Kapłaństwo jest nie tylko łaską Boga, ale kapłaństwo jest także wymodlone przez kogoś. Ja byłem takim szczęśliwcem. Moja mama zostawała po Mszy św. przed ołtarzem św. Anny i
modliła się, chyba właśnie tak, jak biblijna Anna, matka Samuela. I zapewne mówiła jak Anna do kapłana Helego: Ja nie jestem pijana, ja tylko przyszłam wylać przed Bogiem całą duszę. Jeśli dasz mi syna, to Tobie go ofiaruję.I to są modlitwy matki. Zwykle każdy ksiądz może tak powiedzieć. Albo o swojej matce, albo o ojcu, który gotów jest ofiarować pierworodnego jak Abraham Izaaka: dałeś mi dziecko i odbierasz?
Taka jest właśnie wiara naszych ojców, którzy powiedzieli „tak”.
No, a jeśli jednak kapłan zacznie wierzgać?
– Na początku kapłaństwa wszystko jest pierwsze i przez to takie niesamowite: pierwsze błogosławieństwo, pierwsza spowiedź, pierwsza radość po chrzcie, pierwszy smutny pogrzeb. Ale potem przychodzi rutyna, znużenie i refleksja: ja zostawiłem dla Ciebie wszystko, mógłbym być lekarzem, ministrem, może nawet premierem, a tymczasem tak mnie „uszczęśliwiłeś”?! Niedobrze mi w tym, zmęczony jestem kolędą, pogrzebami, katechezą – co mi za to dasz? To jest takie targowanie się w moim powołaniu. I wreszcie Pan Jezus mi mówi: będziesz miał stokroć więcej matek i ojców, i braci, i sióstr, i dzieci, i pola, i domów. Więcej – będziesz zapisany w Księdze Życia, będziesz zbawiony. No i wtedy dopiero człowiek bardzo pokornieje, staje się taki malutki wobec Pana Boga.
Jeden taki porządny bunt musi być?
– Musi, bo bez tego człowiek będzie mdły i taki trochę nijaki. A po takim zbuntowaniu i nawróceniu człowiek bardziej kocha. Ja bardzo lubię świętych nawróconych: mojego Pawła, mojego Augustyna, moją Edytę Stein – to są ci, którzy potrafią kochać. A jak kochają, to już na całego.
Młody ksiądz Zawitkowski miał jakiegoś swojego szczególnego mistrza kapłańskiego?
– Cóż, życie księdza diecezjalnego jest życiem cygańskim, zmienia się, przenoszą mnie, raz odchodzę z płaczem, raz z prośbą, raz z radością. Ci kierownicy duchowi i spowiednicy zmieniali się. Ja bardzo kochałem mojego pierwszego księdza proboszcza, z czasów ministrantury i pierwszych klas liceum, ks. Szepetę, bo był naprawdę ojcem i świętym kapłanem.
Tego samego który – jak pisał Ksiądz Biskup – dbał o to „żebyśmy byli dobrzy”?
– Tak, to ten, który uczył nas być dobrymi. I dlatego z tej małej parafijki, liczącej tysiąc parę osób, wyszło nas potem 11 księży. Dziś wiem, że to on nami kierował. A potem ogromny wpływ wywarł na mnie ks. Twardowski, człowiek tak mądry, tak prosty i taki święty, mający tyle rzeczy przemyślanych i poukładanych w głowie. Kiedy przychodziło się do niego z jakimiś problemami, to on mówił prościutko, jednym zdaniem i wszystko pryskało. Takie to było proste, bo i Pan Bóg jest prosty.
Wspominam jeszcze jednego księdza, który miał wielki wpływ na kształtowanie mojej osobowości, mocnego ojca duchownego, ks. Czesława Miętka. Spowiedzi u niego były przedziwne. On czasem potrafił człowieka schłostać, a czasem potrafił z człowiekiem płakać. I te drugie spowiedzi były jeszcze mocniejsze, bo czuło się, że on chyba to samo przeżył, że można mu zaufać.
Trudno spowiadać się kapłanowi z kapłańskich grzechów?
– Owszem i pewnie dlatego często szukamy zrozumienia w konfesjonale dla księżowskich grzechów u naszych kolegów. Ja też tak robiłem. Ale to były kiepskie spowiedzi, raczej takie wyznania grzechów – bez żalu i chyba bez nawrócenia.Dwie spowiedzi pamiętam jednak szczególnie: tę poprzedzającą święcenia kapłańskie i drugą
na polu, przed krzyżem, pod Studzianną przed święceniami biskupimi. To były dobre, przepłakane spowiedzi. Czekam jeszcze na jedną spowiedź, nie wiem tylko kto będzie mnie słuchał i rozgrzeszał. To będzie już ta spowiedź ostatnia.
Na dzisiejsze czasy potrzebny jest „ksiądz, ale taki, który mocniejszy jest od diabła, bo będzie kochał” – to słowa Księdza Biskupa.
- Ja mam już dystans 50 lat kapłaństwa. Mieszkam w seminarium i patrzę na tych młodych kleryków, którzy szykują się do święceń. Wydaje mi się, że ich posługa w kapłaństwie będzie już inna. Będą chyba mieli uporządkowane życie, będą mieli dyżury, będą pewnie świadczyć usługi w Kościele, wszystko będzie elegancko, poprawnie, liturgicznie, teologicznie i wymownie. Natomiast boję się, że – może nawet częściej niż dziś – będę słyszał: „Proszę księdza, tylko proszę, niech nie odprawia tej Mszy św. tamten kapłan”. A dlaczego? „Bo on nie wierzy w Boga”. Straszne oskarżenie i straszny cios.
Po czym się to poznaje?
– Nie wiem, jest chyba jakieś takie wyczucie człowieka, coś, co można rozpoznać poprzez każdy gest, każde zachowanie, każde przyklęknięcie, każde słowo. Dlatego jako kapłan muszę każdym krokiem i każdym znakiem w moim życiu pokazywać, że kocham cię jak Pan Jezus, umywam ci nogi, do serca cię przytulam, a czasem wypędzam szatana, żebyś był wolny. I to jest wszystka moja posługa kapłańska i cała świętość mojego kapłaństwa.
Najlepsza kapłańska tarcza przed „niewiarą”?
– Jest w życiu księdza, w jego powołaniu, taki moment, który się nazywa „Modlitwą”. Uczyli mnie w seminarium modlitwy – począwszy od modlitw czytanych, poprzez litanie i psalmy aż po medytacje. Potem nauczyli mnie posługiwania się mszałem i księgami liturgicznymi. Ja to wszystko bardzo dobrze umiem, jestem naprawdę „zawodowym modlitewnikiem”. Tylko że wtedy istnieje zagrożenie, że człowiek może się stać również bardzo pustym dzwonem. Poszedłem kiedyś święcić most – miałem ładną modlitwę, przeczytałem ją… Efekt? Ja nic, ludzie nic i Pan Bóg nic. I wtedy naszło mnie: no uklęknij, ucałuj tę ziemię, bo tędy będzie przechodził Pan Bóg, tędy będą chodzić ludzie, mijać się z Nim – jedni Go poznają i upadną, ucałują stopy, inni oplują, bo po co Ty tutaj, jesteś dla mnie obcy…Upadłem na kolana. I wtedy modlitwa staje się dopiero modlitwą przez duże „M”, taką, która mnie porusza i przemienia.
A codzienny kapłański brewiarz? Rutyna, obowiązek do odklepania, a może jednak ostroga w bok i przywrócenie do właściwego pionu?
– Kiedy mam na głowie katechezę, kolędę i 70 innych zajęć, mogę sobie niekiedy pomyśleć: chyba mi Pan Bóg już daruje ten dzisiejszy brewiarz. Pewnie, że tak, tylko czy jednak nie będzie mi wówczas czegoś brakowało? Bo kiedy ja sobie uświadamiam, ile rzeczy czyniłem w życiu bez modlitwy i bez Boga, wtedy dociera do mnie, że to wszystko właściwie na straty, że to nie miało sensu.I jeszcze do jednej rzeczy wrócę, która dotyczy modlitwy – to są rekolekcje. Ja dużo rekolekcji w życiu przeżyłem. Ale jedne pamiętam do dzisiaj. To były rekolekcje mojego taty: byłem wtedy już wyświęcony, byłem teolog skończony, który przyjechał do ojca na żniwa. No i najpierw nie poszedłem na Mszę św. rano, bo „za rano”. Pomyślałem, że pójdę na wieczór. Ale wieczorem byłem zmęczony, no to powiedziałem: pójdę w niedzielę. A ojciec tylko stał z boku i patrzył.
Kiedy nie wytrzymał?
– W środę. Podszedł do mnie i powiedział: „Józek, gdybyś Ty był taki gorliwy, jak wtedy, kiedy byłeś ministrantem, to Ty byłbyś już wielkim świętym. A tak…”
Zawstydziłem się: „Masz rację tata, zostałem ci biskupem, i co z tego?” To właśnie są prawdziwe rekolekcje, które człowieka nawracają i to są słowa, które zostają człowiekowi jako testament.
A największe rekolekcje przeżyłem kilka tygodni temu w szpitalu. W miejscu, w którym człowiek namacalnie odczuwa, kim właściwie jest. Badają mnie, mierzą temperaturę i ciśnienie, zastrzyki dają, a jeden moment jest najtrudniejszy, ale najbardziej potrzebny w rekolekcjach księżowskich: kiedy się przychodzi na salę operacyjną i siostra mówi: no księże, szlafroczek fruuu w dół. I staje wtedy człowiek bez purpury i biskupich szat, nagi, w całej prawdzie: Zobacz jaki jesteś… Tylko taki.
A potem z lękiem czeka, aż uśpią go do operacji i budzi się z nadzieją, że będzie inny. I to jest cała przemiana, całe moje rekolekcje. Te najtrudniejsze i te najważniejsze.
Ale dzięki temu można potem powiedzieć: „Teraz więcej was kocham” – tak jak Ksiądz Biskup po swoim wyjściu ze szpitala…
– Tak, to też jest łaska, że Pan Bóg daje człowiekowi takie różne okazje i sposoby, żeby kogoś spostrzegł, żeby mógł coraz więcej kochać. Bo idąc w drugą stronę, to wszystko straciłem – tylko On jest moją drogą, moim życiem i moim oczekiwaniem.I dlatego tak bardzo dziękuję za pamięć tym wszystkim ludziom, którzy byli ze mną w trudnych chwilach. Dziękuję i mówię na końcu księdzem Twardowskim:
„Własnego kapłaństwa się boję,
własnego kapłaństwa się lękam,
i przed kapłaństwem w proch padam
i przed kapłaństwem klękam”.
Ale módlcie się za mnie… Bóg zapłać.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Zyskaj codzienny dostęp do wartościowych treści, które pomagają lepiej rozumieć świat, wiarę i współczesne wydarzenia — gdziekolwiek jesteś i kiedy tylko chcesz.
Co otrzymujesz w subskrypcji?
- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów
- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym
- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej
- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online
- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży
- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF
Wypróbuj bez ryzyka
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu i sprawdź wszystkie możliwości serwisu.
Po okresie próbnym subskrypcja kosztuje tylko 19,90 zł miesięcznie.
↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.
Subskrypcja roczna

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.
Co otrzymujesz w subskrypcji?
- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów
- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym
- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej
- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online
- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży
- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF
Najlepsza cena
Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.
- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł
↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.













