Logo Przewdonik Katolicki

Cywilizowanie cywilnych umów

Piotr Wójcik
fot. Drazen/AdobeStock

Zamiast likwidować umowy cywilnoprawne lub wprowadzać zupełnie nowy jednolity kontrakt o pracę, lepiej zwyczajnie oskładkować zlecenia i dzieła w taki sam sposób jak etaty. Nie warto wylewać dziecka z kąpielą.

W „Polskim Ładzie” rządzący zapowiedzieli między innymi pełne oskładkowanie umów-zleceń, nie wspominając jednak przy tym o umowach o dzieło. Kwestia ucywilizowania umów cywilnoprawnych nad Wisłą to niekończąca się historia. Mówi o tym praktycznie każda kolejna ekipa rządząca od czasów, gdy umowy pozakodeksowe stały się rozpowszechnione. Czyli od pierwszej dekady XXI w., gdy większa swoboda zawierania umów z pracownikami miała być receptą na gnębiące Polskę bezrobocie – w tamtym czasie sięgające czasem 20 proc. Obecnie żyjemy w zupełnie innej rzeczywistości, bezrobocie spadło wielokrotnie do najniższego poziomu w historii, płace wzrosły i nadal rosną, a Polska pod względem ogólnego poziomu życia zbliżyła się już do biedniejszych krajów Europy Zachodniej. A jednak pewne rzeczy się nie zmieniają – umowy cywilnoprawne nadal stosowane są powszechnie i wciąż rozmawiamy o ich oskładkowaniu, więc co jakiś czas powraca też radykalny postulat ich likwidacji. Wygląda to trochę tak, jakby umowy cywilnoprawne były jakąś plagą zesłaną nam przez obcą siłę, a nie rozwiązaniem prawnym, którego jesteśmy autorami.
 
Instytucjonalne łamanie prawa
W pewnym momencie stosowanie umów pozakodeksowych było tak rozpowszechnione, że robiły to na potęgę nawet instytucje publiczne. Niejednokrotnie łamiąc przy tym prawo pracy. W 2016 r. Najwyższa Izba Kontroli przebadała stosowanie umów pozakodeksowych w różnych organach administracji publicznej. W 2010 r. ówczesny rząd zamroził płace w budżetówce, więc instytucje nie mogły zatrudniać nowych osób, o ile kogoś wcześniej nie zwolniły. Zaczęły więc ratować się podpisywaniem umów cywilnoprawnych. W ciągu kilku lat wydatki na wynagrodzenia z tytułu umów cywilnoprawnych wzrosły o połowę. Dwukrotnie wzrosła liczba pracowników administracji publicznej pracujących na tak zwanych śmieciówkach. W 2014 r. było ich już 44 tys. Mowa tu tylko o pracownikach, którzy nie byli zatrudnieni nigdzie indziej, więc umowa pozakodeksowa służyła do ominięcia etatu – co było i jest niezgodne z prawem. Które z instytucji szczególnie ochoczo omijały w ten sposób przepisy? Otóż były to Kancelaria Sejmu i Kancelaria Senatu. Parlament jedną ręką tworzył więc prawo, a drugą je łamał.
W tamtym czasie instytucje publiczne korzystały z umów-zleceń jeszcze w jeden sposób. Zlecały część zadań za pomocą przetargów podmiotom zewnętrznym, które następnie zatrudniały ludzi do ich wykonania na umowach pozakodeksowych, zwykle z drastycznie niskim wynagrodzeniem. W raporcie Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lasalle’a Katarzyna Duda dowiodła, że była to powszechna praktyka w urzędach marszałkowskich, na uniwersytetach czy nawet w sądach okręgowych. Pracownicy tych zewnętrznych firm zatrudnieni byli za kilka złotych na godzinę, a więc znacznie poniżej ustawowej płacy minimalnej, dzięki temu instytucje te miały zapewnione usługi ochroniarskie i sprzątające w bardzo niskich cenach. Problem w tym, że na ich terenie i za ich zgodą dochodziło do łamania prawa – nie tylko Kodeksu pracy, ale też ustawy o płacy minimalnej.
Od tamtej pory na szczęście trochę się jednak zmieniło. Dokonano chociażby zmian w oskładkowaniu umów-zleceń. Do 2014 r. w pełni oskładkowana była tylko jedna umowa, pozostałe ze składek ZUS były zwolnione. Powszechne było więc zawieranie pierwszej umowy na 200 zł, która miała służyć tylko do fikcyjnego oskładkowania, a także kolejnej, znacznie wyższej, od której odprowadzano już jedynie podatek i składkę zdrowotną. W 2014 r. wprowadzono korektę i od tej pory nie pobiera się składek ZUS dopiero wtedy, gdy pierwsza umowa oskładkowana jest co najmniej od wysokości płacy minimalnej. To oczywiście nadal pozwala na omijanie składek, jednak zapewnia pracującemu przynajmniej podstawowy poziom zabezpieczenia.
Przede wszystkim jednak w 2017 r. obowiązywać zaczęła minimalna stawka godzinowa. Początkowo wynosiła 13 zł za godzinę, obecnie już 18,30 zł. Uniemożliwiło to zatrudnianie na umowie-zlecenie w pełnym wymiarze godzin za pensję niższą niż ustawowe minimalne wynagrodzenie za pracę. To znacząco poprawiło sytuację chociażby ochroniarzy, wcześniej zatrudnianych za kilka złotych na godzinę. Między innymi dzięki temu odsetek biednych-pracujących w Polsce błyskawicznie spadł z 11 do 9 proc.
 
Prekariat znad Wisły
Sytuacja zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych częściowo uległa więc poprawie. Mają nieco wyższy poziom zabezpieczenia społecznego – wielu z nich przysługuje np. zasiłek dla bezrobotnych w razie zwolnienia – a także objęły ich wreszcie przepisy o pensji minimalnej. Mimo wszystko nadal umowy pozakodeksowe są stosowane powszechnie. Według raportu Polskiego Instytut Ekonomicznego (PIE), w zeszłym roku tylko na takich umowach pracowało 1,1 mln Polaków, choć jeszcze w 2017 r. było ich mniej niż milion. Mamy więc obecnie do czynienia z małym renesansem umów cywilnoprawnych. Najgorsza jest sytuacja osób zatrudnionych na umowach krótszych niż trzy miesiące. Mowa o tak zwanym zatrudnieniu prekaryjnym. Dotyczy ono ponad 3 proc. zatrudnionych w Polsce. Wydaje się niewiele, to jednak ósmy najwyższy wynik w UE. W większości krajów Unii zatrudnienie prekaryjne dotyczy mniej niż 2 proc. pracowników.
Zwolennicy powszechnego stosowania umów cywilnoprawnych często przekonują, że to doskonałe rozwiązanie dla młodych, którzy dzięki nim sprawniej mogą wejść na rynek pracy. Mają więc one być swego rodzaju przepustką do zatrudnienia wyższej jakości. To jednak prawda połowiczna. Faktycznie zatrudnienie poza etatem dotyczy głównie młodych – wśród pracujących na umowach czasowych aż 59 proc. stanowią osoby w wieku 15–24 lata, a za kolejne 27 proc. odpowiada grupa wiekowa 25–34 lata. Jednak umowy cywilnoprawne bardzo często są nie przepustką tylko pułapką. Według danych PIE, 28 proc. zatrudnionych na umowach pozakodeksowych po trzech latach nadal pracuje w ten sposób, 23 proc. w ogóle nie ma już pracy, a 8 proc. przeszło na samozatrudnienie. Etat na czas nieokreślony po trzech latach dostaje zaledwie jedna piąta zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych. Tak więc zlecenia są przepustką do stałego etatu dla zdecydowanej mniejszości.
Nadal też są one wykorzystywane do omijania kodeksu pracy. Dowodzi tego sprawozdanie z działalności Państwowej Inspekcji Pracy za 2019 r. Inspektorzy skontrolowali łącznie ponad 40 tys. umów cywilnoprawnych oraz 2 tys. przypadków samozatrudnienia. Jedna czwarta zawartych umów o dzieło była niezgodna z art. 22 Kodeksu pracy, określającym stosunek pracy. Inaczej mówiąc, z co czwartym zatrudnionym na umowę o dzieło w świetle prawa powinna zostać zawarta tradycyjna umowa o pracę. W przypadku umowy-zlecenia oraz samozatrudnienia skala łamania przepisów była niższa, choć nadal znacząca. Co dziesiąta umowa-zlecenie była niezgodna z art. 22 Kodeksu. Co dwudziesty samozatrudniony pracuje jako fikcyjny przedsiębiorca, gdyż w rzeczywistości jest zwykłym pracownikiem sztucznie przeniesionym na działalność gospodarczą. Co gorsza, nie mówimy tu tylko o popularnych wśród młodzieży branżach, takich jak gastronomia czy handel detaliczny. Równie często nadużywanie umów cywilnoprawnych ma miejsce w budowlance oraz przemyśle.
 
Z deszczu pod rynnę
Nie dostrzegamy jeszcze wszystkich negatywnych skutków stosowania umów cywilnoprawnych. Pełnię dostrzeżemy dopiero wtedy, gdy polscy prekariusze zaczną przechodzić na emeryturę, najczęściej minimalną. Jednak już teraz widzimy skutki tak zwanej pułapki czasowości, w której tkwią zatrudnieni na umowach krótkoterminowych. Nie mogą planować swojej przyszłości, są też odcięci od kredytów hipotecznych, więc odwlekają założenie rodziny czy decyzję o posiadaniu dzieci. Fatalny wskaźnik dzietności nad Wisłą bez wątpienia po części jest efektem właśnie powszechnego stosowania umów krótkoterminowych. Poza tym ich nadużywanie zaburza konkurencję rynkową, której zasady stają się nierówne. Omijające Kodeks pracy przedsiębiorstwa obniżają swoje koszty, więc zyskują nieuzasadnioną przewagę nad swoimi konkurentami, którzy starają się grać fair. Za dodatkowe zyski tych pierwszych zapłacimy wszyscy, gdy ZUS będzie musiał dopłacać do emerytur minimalnych dzisiejszych prekariuszy.
Równocześnie jednak nie da się zlikwidować umów cywilnoprawnych bez wywołania nieprzewidzianych skutków dla rynku pracy. Faktem jest, że są one potrzebne w niektórych sytuacjach. Początkujący twórcy, których nie stać jeszcze na samozatrudnienie, łączące się z wysokimi składkami ZUS, muszą korzystać z umów o dzieło, które zostały pierwotnie stworzone właśnie dla nich. Umowy-zlecenia również sprawdzają się dobrze, jeśli nie są nadużywane. Powinny być wykorzystywane do różnych prac dorywczych, trwających krótki czas i ograniczonych do wykonania konkretnego zadania. Mogą z nich korzystać zarówno studenci, którzy nie chcą się wiązać dłuższą umową, jak i pracownicy etatowi, chcący sobie dorobić do pensji. Likwidacja umów cywilnoprawnych sprawiłaby, że niemal wszystkim musiałyby się zajmować wyspecjalizowane firmy lub przynajmniej jednoosobowi przedsiębiorcy.
W „Polskim Ładzie” znalazła się inna, równie wątpliwa recepta na problem prekaryjnego zatrudnienia. Rządzący chcieliby docelowo wprowadzić tzw. jednolity kontrakt o pracę, który zastąpiłby etaty i zlecenia. Polega on na tym, że pełne uprawnienia wynikające z Kodeksu pracy nabywa się dopiero po kilku latach zatrudnienia w danej firmie. Początkowo więc jednolity kontrakt poziomem uprawnień – takich jak urlop, chorobowe czy okres wypowiedzenia – przypomina umowę-zlecenie, a dopiero po kilkunastu miesiącach zaczyna przypominać prawdziwy etat. Problem w tym, że oznaczałoby to klasyczne wpadnięcie z deszczu pod rynnę. Owszem, dałoby to może zatrudnionym na zleceniach jasną „ścieżkę dojścia” do etatu, ale równocześnie drastycznie obniżyłoby poziom zabezpieczenia społecznego pracujących na umowach o pracę na czas określony. A tych jest w Polsce kilka razy więcej – mowa dokładnie o ponad jednej piątej zatrudnionych. Tak więc jednolity kontrakt poprawiłby sytuację miliona Polaków, ale znacząco zaszkodziłby kilku milionom.
 
Proste rozwiązania
Bez wątpienia w Polsce funkcjonuje dualny rynek pracy, w którym część zatrudnionych pozbawiona jest uprawnień przysługujących pozostałym. Wydaje się jednak, że akurat w tej kwestii najskuteczniejsze będzie rozwiązanie najprostsze. Zamiast likwidować umowy-zlecenia albo wprowadzać zupełnie nowy jednolity kontrakt, należy w pierwszej kolejności oskładkować zlecenia dokładnie w taki sam sposób jak umowy o pracę. Dzięki temu przestanie się opłacać wyrzucanie stałych pracowników na „śmieciówki”, gdyż bezpośrednio nie będzie to przynosić żadnych korzyści finansowych. Równocześnie jednak nadal będzie możliwość stosowania ich w ramach pracy dorywczej. Oczywiście wciąż będzie istniała pewna motywacja do nadużywania umów cywilnoprawnych – chociażby po to, żeby móc je łatwo i szybko rozwiązać. Tutaj swoją rolę powinna odegrać Państwowa Inspekcja Pracy, którą należy wyposażyć w prawo do administracyjnej zamiany umowy pozakodeksowej w etat, gdy relacja między pracodawcą a zatrudnionym spełnia warunki stosunku pracy. O co zresztą PIP od wielu lat już zabiega.
Pozostają jeszcze umowy o dzieło. Przeciwnicy ich oskładkowania podnoszą, że nie można ich przypisać do konkretnego okresu. Można jednak wprowadzić wymóg precyzyjnego określenia czasu wykonania dzieła. Zresztą termin wykonania występuje w zdecydowanej większości umów o dzieło. Od tego roku wszystkie dzieła muszą być zgłaszane do ZUS. Warto to wykorzystać przynajmniej do obciążenia ich samą składką zdrowotną. Wykonawca zarejestrowanej w ZUS umowy byłby zgłaszany do ubezpieczenia w NFZ na czas określony w dokumencie. Gdy dzieło zostanie zrealizowane, dopiero wtedy ubezpieczony uiszczałby składkę. Dzięki temu twórcy zyskaliby ubezpieczenie zdrowotne, którego brak jest dla nich obecnie źródłem największego utrapienia. Zamiast więc wylewać dziecko z kąpielą i zupełnie zakazać umów cywilnoprawnych bądź zrównać je z etatem ze szkodą dla tego drugiego, zwyczajnie je oskładkujmy. To naprawdę da się zrobić.

___

LICZBY:
1,1 mln Polaków pracowało w 2020 r. na podstawie umów cywilnoprawnych
 
Ponad 3 proc. zatrudnionych w Polsce pracuje na umowach krótszych niż 3 miesiące. To ósmy najwyższy wynik w UE

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki