Człowiek średniowiecza

Umarł Maciek Kaziński. Nie chcę tu umieszczać powtarzanych po tysiąckroć frazesów typu „pustki po jego odejściu nie da się zapełnić”. Po prostu piszę felieton.
Czyta się kilka minut
Fot. Magdalena Książek
Fot. Magdalena Książek

Znałem go od dawna. Spotykaliśmy się nieczęsto, lecz wszędzie tam, gdzie na hasła „chorał gregoriański” czy „dramat liturgiczny” zjeżdżali się ludzie tym sprawom nieobojętni. Maciek był na owych polach ekspertem. Aktor, który muzykę dawną nie tylko umiał zaśpiewać i zagrać, ale także sam udatnie tworzył repliki dawnych instrumentów. Do tego badacz, zapuszczający się w głębiny zapomnianej już wiedzy o starym chrześcijańskim obrzędzie i wydobywający stamtąd niejedną tajemnicę. Podróżnik, poszukujący bijących jeszcze tu i ówdzie źródeł naszej kultury. Pisarz, opisujący wyniki swoich dociekań piękną, klasyczną polszczyzną. Wreszcie niestrudzony organizator festiwalu „Pieśń naszych korzeni”, który już od ćwierć wieku odbywa się w Jarosławiu nad Sanem.
Nazywałem Maćka „ambasadorem polskiej muzyki tradycyjnej”, gdyż nawiązywał on kontakty z artystami z całej Europy, konwersując z nimi po angielsku, francusku, włosku, chyba też po niemiecku, w których to językach poruszał się jak we własnym. Chciałoby się powiedzieć: człowiek renesansu. Ale Maćka lepiej by było nazwać człowiekiem średniowiecza. Tego dobrze rozumianego, światłego średniowiecza, którego chrześcijańskie wartości spajały ongiś Europę.
A przecież ta laurka nie oddaje tego, kim był jako człowiek. Maciek był wysoki i duży, ale bynajmniej nie tęgi. Przystojny, poruszał się z godnością i wypowiadał ze smakiem oraz powagą. Jednak pod maską tej powagi czaił się chochlik humoru. W swojej osobie Maciek harmonijnie łączył arystokratyczne poczucie dystansu do otaczającej go rzeczywistości z iskierką szaleństwa, która jest rozpoznawczym znakiem artysty. Obaj lubiliśmy dowcip pod tytułem: jaka jest najkrótsza definicja dżentelmena? To ktoś, kto umie grać na akordeonie. Ale tego nie robi. Maciek do owej definicji sam doskonale pasował. Był dżentelmenem w każdym calu. A na akordeonie chyba także grywał.
Wszyscy znajomi od dawna wiedzieli o trawiącej go chorobie. W pewnym momencie jej symptomy zanikły w sposób niezrozumiały dla lekarzy. Maciek w podzięce odbył pieszą pielgrzymkę do Rzymu. Niestety, w jakiś czas po powrocie choroba wróciła. Znowu zaczęła się walka, potem hospicjum, potem śmierć.
Nie widziałem się z nim w tym ostatnim okresie. Ale nie wydaje mi się, aby stał się człowiekiem zgorzkniałym, który rzuca w pustkę wypełnione żalem słowa: za co?! W ostatniej z nim rozmowie, nagranej na potrzeby festiwalu w Jarosławiu, w którym nie mógł już osobiście uczestniczyć, Maciek tajemniczo wspomina o cudach, jakich świadkami będziemy już niedługo. Z pewnością wierzył aż do końca i z tą wiarą odszedł na tamtą stronę. Tam, gdzie traci sens pojęcie tradycji i gdzie rozbrzmiewa najpiękniejsza, anielska muzyka.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 38/2018