Logo Przewdonik Katolicki

Grecja Fermora

Natalia Budzyńska
fot. Voyagerix fotolia

Późne lato na Peloponezie jest niemal całkowicie pozbawione turystów. Trafiłam tu po raz pierwszy kilka lat temu i natychmiast po powrocie wpadła mi w ręce książka zatytułowana Mani.

Wędrówki po Peloponezie Patricka Leigh Fermora wydana w serii „Podróże” przez „Zeszyty Literackie”. O Fermorze jeszcze wtedy nie słyszałam, ale książkę kupiłam, bo cenię tę serię. Autor opisuje w niej wędrówkę, jaką odbył z późniejszą swoją żoną po półwyspie Mani, środkowym z półwyspów Peloponezu, pewnego lata roku 1954. Zachwyciła mnie nie tyle literacka strona książki, ile przedstawiony w niej obraz Grecji mi nieznanej. Jakże daleki od turystycznej wizji, którą karmią nas biura podróży i pocztówki z Santorini. Wtedy właśnie postanowiłam doświadczyć Mani osobiście – i właśnie jestem tu po raz trzeci.
Mani to góry: skaliste, wysokie, surowe, księżycowe, groźne, nieprzyjazne. Ciągną się wzdłuż półwyspu, odcinając od siebie oba wybrzeża. Od wieków mieszkali tam ludzie, którzy uważali się za potomków Spartan. Tworzący klany, zajmujący się często piractwem, no charaktery bez wątpienia złe. Klany, chcąc pokazać swoją moc innym klanom, budowały kamienne wieże, wokół których wyrastały niewielkie domki, a w nich osiedlali się krewni. Ale właśnie te wieże są najważniejsze w krajobrazie Mani, bo sprawiają, że jest on tak charakterystyczny i odmienny od naszych greckich wizji. To nie przyjazne wioski z bielonymi ścianami i na niebiesko pomalowanym krzesełkiem stojącym za progiem. Tutaj wszystko ma kolor złowrogi i kamienny. Wieżowe wioski są dziś w większości opustoszałe, szczególnie w głębi gór i w głębi przylądka. W niektórych miejscach jedną czy dwie wieże odremontowano, urządzając w nich drogie apartamenty dla bogatych turystów. Gdzie indziej wybudowano hotel w podobnej architektonicznie formie. Ale to wciąż dzieje się na uboczu, na marginesie wielkiej greckiej turystyki. Tu jeszcze wciąż można się znaleźć na niewielkiej plaży samotnie, kąpać się w turkusowozielonej wodzie niewielkiej zatoczki, zjeść w tawernie, w której gości obsługuje wciąż ten sam właściciel.
A Fermor? Brytyjski komandos, na Krecie czczony jako bohater narodowy, podróżnik i pisarz, zamieszkał po wojnie w miasteczku Kardamyli, na Mani oczywiście. Dzisiaj w księgarni w Kardamyli pełno książek jego i o nim. Ale domu, w którym mieszkał, nie udało mi znaleźć, było zbyt upalnie. Podobno kręcono w nim film Przed północą z Julie Delpy i Ethanem Hawke.
Pomimo że ukochał Grecję, marzył, by umrzeć w Anglii. Kiedy w starości poważnie zachorował, udało się go do Anglii przywieźć. Zmarł na drugi dzień po podróży. A tak w ogóle czekam, aż ktoś nakręci o nim film.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki