Kiedy żyła, nie zrobiła wielkiej kariery, chociaż jej prace były pokazywane na wszystkich liczących się ekspozycjach rzeźby współczesnej w Europie. Niemożliwością było ją pominąć. W ciągu ostatnich lat twórczość Aliny Szapocznikow przeżywa jednak renesans. I tak wystawa „Sculpture Undone 1955–1972”, pokazująca jej najbardziej eksperymentalne prace, pokazywana była w 2012 roku najpierw w Brukseli, potem w Los Angeles i wreszcie w najbardziej prestiżowym dla sztuki XX i XXI wieku miejscu, czyli w Museum of Modern Art w Nowym Jorku, gdzie odniosła sukces. W tym samym czasie w Tate w Londynie odbyły się wykłady na jej temat, zorganizowano również pokazy filmów. Jej prace są w kolekcjach MoMA, Centre Pompidou i Tate Modern. Tym bardziej dziwne, że w stulecie jej urodzin i Sejm, i Senat postanowiły zignorować jej twórczość i wkład w światową sztukę. Nie mamy Roku Szapocznikow, ale na szczęście nie zapomnieli o tej rocznicy kuratorzy. Muzeum Narodowe w Krakowie na niewielkiej wystawie pokazuje prace rzeźbiarki ze swojej kolekcji. Dwie łódzkie instytucje – Szapocznikow była związana z tym miastem – Muzeum Sztuki oraz Muzeum Tradycji Niepodległościowych – planują cykl wydarzeń promujących życie i twórczość artystki, a ich kulminacja ma nastąpić 16 maja, w dzień jej urodzin.
„Torpeda”
A urodziła się w 16 maja 1926 roku w Kaliszu w rodzinie zasymilowanych Żydów. Jej rodzice mieszkali w Pabianicach, do Kalisza przyjechali tylko z wizytą do rodziny. Ojciec, Jakub Szapocznikow, był dentystą, matka Rywka – pediatrką. Do gimnazjum Alina uczęszczała w Pabianicach, jako jedna z dwóch żydowskich dziewczynek, które polskie szkoły przyjmowały każdego roku. Kiedy wybuchła wojna, miała 13 lat, jej ojciec nie żył od roku. O czasach, które nastąpiły, nie mówiła dużo, właściwie nie mówiła nic, w wywiadach nawet nie wspominała o swoim żydowskim pochodzeniu, ale trzeba pamiętać, jakie to były czasy. Wtedy nikt się do tego nie przyznawał. Tematów wojennych więc unikała, do dziś biografom trudno skompletować informacje z tego okresu. W lutym 1940 roku z matką musiały wynieść się z rodzinnej willi i trafiły do getta w Pabianicach, dwa lata później, po jego likwidacji, trafiły do getta w Łodzi. Stamtąd transportem na tydzień do Auschwitz, skąd wywieziono je – wciąż razem – do Bergen-Belsen. W obozie Rywka „pracowała” jako lekarka, Alina pomagała jej jako pielęgniarka, później pracowały w fabryce amunicji w podobozie Duderstadt. Końca wojny doczekały w obozie w Teresinie i wtedy zostały rozdzielone. Był jeszcze brat, zginął w obozie pracy w Leitmeritz w Czechach. Brzmi to niczym wymienianka kolejnych przystanków podróży, tyle że była to podróż koszmarna. O tym, co widziała, o tym, co przeżyła, o cierpieniu, lęku, brudzie, bólu, poniżeniu, głodzie i traumie Holokaustu zdołała mówić tylko poprzez sztukę. Na co dzień wesoła i żywiołowa, ze wszystkich sił starała się otrząsnąć z horroru, jakiego doświadczyła, i zepchnąć go w niepamięć. Co, jak wiemy, nie jest do końca możliwe. Wobec tych, którzy rozliczali się ze swoimi traumami, była bezwzględna. W 1949 roku w liście do przyszłego męża, Ryszarda Stanisławskiego, napisała: „Wiesz, jak nie znoszę, jak brzydzę się tych ludzi, którzy wypominają sobie, czy chwalą się latami męki, jaką przeżyli”. W opublikowanych kilka lat temu listach do niego możemy też przeczytać zdanie z pamiętnika, który pisała w getcie łódzkim: „Ach! Jakże jestem piękna. Och! Jakże uwięziona, pognębiona, jak chcę wolności!”. To szczere wołanie pragnącej życia nastolatki jest bardziej przejmujące niż wszystkie ewentualne opisy cierpień, jakich doznała. Swoje ciało kochała, wolność też, zwłaszcza tę twórczą.
Tyle że jej ciało nie chciało być jej posłuszne. Wyniszczone odezwało się szybko po wojnie. W 1949 roku zdiagnozowano gruźlicę otrzewnej, nie mogła mieć dzieci.
Ale cofnijmy się jeszcze trochę. Po wyzwoleniu postanowiła zostać w Czechosłowacji, jako miejsce urodzenia podała Cieszyn i otrzymała czeskie obywatelstwo. W Pradze rozpoczęła praktykę w zakładzie kamieniarskim jednego z czeskich rzeźbiarzy, dostała się na rzeźbę w Wyższej Szkole Artystyczno-Przemysłowej, a w 1947 roku przeniosła się jako stypendystka do Akademii Sztuk Pięknych w Paryżu. Podobno znajomi mówili na nią „Torpeda”, taka była żywiołowa. Podobno miała taki tupet, że gdy głodowała, zwróciła się do Picassa o pożyczkę. Poznała Polaków, przyjeżdżających do Paryża w ramach wymian kulturalnych, jak na przykład Mieczysława Porębskiego, Tadeusza Kantora, Słonimskich, Adama Ważyka. Oraz studenta Sorbony Ryszarda Stanisławskiego, który stanie się wkrótce jej mężem oraz dyrektorem Muzeum Sztuki w Łodzi. Razem wrócili do Polski w 1950 roku.
Zapis życia i choroby
Po lewicowych paryskich nastrojach łatwo zaaklimatyzowała się w komunistycznej Polsce. Jej pierwsze rzeźby były socrealistycznymi realizacjami zlecanymi odgórnie. Okres odwilży 1956 roku przyniósł jej wyzwolenie z socrealistycznego schematyzmu. Zainteresowała się ciałem, kobiecością i nowym materiałem rzeźbiarskim. Jej kamienne i cementowe rzeźby przedstawiające postać ludzką ulegały deformacjom, przybierały zrujnowane kształty, stając się niemal anonimową abstrakcją. Najpierw używała cementu, gipsu, lastryko, prętów, metalu, wkrótce odnalazła szybkoschnące sztuczne żywice. Lubiła plastyczność tego materiału, lubiła zostawiać na nim swój ślad, swoje linie papilarne. „Lubię pracować w materiałach podatnych, w których każde dotknięcie zostawia ślad. Czuję potrzebę parania się z materiałem, chce mi się miętosić, dotykać palcami materii. Ten fizyczny kontakt daje mi uczucie przekazywania siebie rzeźbie” – mówiła. Utrwalała ciało w jego fizyczności i biologiczności. Multiplikowała odtworzone we fragmenty swojego ciała: twarz, usta, piersi, ramiona, które poddane fragmentaryzacji robiły wrażenie oddzielnych istot żywych, które noszą w sobie pewną historię. W 1969 roku dowiedziała się o tym, że choruje na nowotwór piersi, a jej prace stały się pewnego rodzaju esejem o ciele, zyskując dodatkowy wymiar. Mieszkała już wtedy na stałe w Paryżu, przechodziła eksperymentalne leczenie.
Najbardziej znanym cyklem, jaki stworzyła, jest „Zielnik”. Z poliestru zrobiła odlewy z odcisków gipsowych ciała swojego adoptowanego syna Piotra. Ten plastyczny materiał został następnie spłaszczony i przytwierdzony do czarnych płaszczyzn – fragmenty ciała niczym liście przyklejone do kartek. Jedna z tak spreparowanych głów nosi tytuł Zielnik XII. Głowa Chrystusa. Kontemplując swoje chore ciało, zwracała się ku ciału zdrowemu, pełnemu sił, idealnemu, tak jakby w nim widziała nadzieję na istnienie. Z drugiej strony ciało zostało włączone w naturę na prawach rośliny, która podlega procesom przemijalności. A ona, matka, chce zachować obraz swego syna na zawsze, tak jak chowamy kwiaty między kartki książki. Na wieczną pamiątkę. W tym samym okresie, kontynuując cykle ukazujące poliestrowe odlewy jej własnego ciała w cieniu choroby, jak gdyby ją zaklinając, rozpoczęła cykl „Nowotwory”. Najpierw były to fotografie zatopione w poliestrowej masie, potem w cyklach „Nowotwory nawarstwione”, „Nowotwory uosobione” czy „Wielkie nowotwory” znalazły inną postać – w bryłach przypominających guzy można odnaleźć rysy twarzy artystki. W cyklu „Ekspansje” wcześniej barwne odlewy zaczęły tracić kolory, zanurzając się w czerni.
To była jednak Alina Szapocznikow, „Torpeda”, która nie poddawała się ciemności, choć doskonale zdawała sobie sprawę z tego, dokąd zmierza jej choroba, której się bała, a która jednocześnie ją fascynowała, wciąż pielęgnowała w sobie owo nienasycenie życiem.
Wystawa w Krakowie zaprasza do intymnego, osobistego spotkania z artystką. Była chyba pierwszą, która dzieliła się tak prywatnym doświadczeniem choroby poprzez język sztuki, zapraszając nas, zupełnie jej obcych, do swojego świata traum i bólu. „Chcę, żebyście pamiętali – pisała przed śmiercią do najbliższych – że każdy liść fruwający, który można widzieć, każdy śmieć, którego można dotknąć, każdy smak czy zapach, czy szum wiatru jest ważniejszy od wszystkich dzieł sztuki i sukcesów artystycznych”. Zmarła w 1973 roku.
„Szapocznikow. Osobista”
Muzeum Narodowe w Krakowie
wystawa dostępna do 23 sierpnia 2026 r.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













