Trzydzieści lat temu przeleżałam sześć miesięcy, patrząc na zmieniającą się lipę za moim oknem. Kiedy miała liście intensywnie zielone, jeszcze wychodziłam z domu i nie zwracałam na nie uwagi. Nie do końca mogłam cieszyć się z uroków lata, przeszkadzały mi w tym nawracające fale mdłości, z którymi jakoś nauczyłam się sobie radzić. Na drugi raz w takiej sytuacji nie należy stosować ulubionych perfum, bo już zawsze zmienią skojarzenie – na to niezbyt przyjemne. Wiadomo: dezodorant bezzapachowy i szare mydło najlepsze. Wczesną jesienią pojechałam na grzyby. Kilkugodzinna wędrówka w lesie zakończyła się fatalnie, chociaż raczej nie ona stanowiła problem. Może tylko sprowokowała nieuniknioną reakcję? Potem obserwowałam zmieniające kolor lipowe liście, aż wreszcie spadły. Kilka razy dziennie otulałam się w swetry i koce i kazałam otwierać okno, żeby poczuć zimny powiew powietrza na policzkach. Robiłam głębokie wdechy, imitując spacer po skrzypiącym śniegu. Odwiedzały mnie koleżanki i opowiadały o swoich doświadczeniach, ale szybko się męczyłam ich wizytami, coraz bardziej przyzwyczajona do ciszy i samotności. Wystarczała mi obecność męża i psa.
Skupiona na organizmie, cieszyłam się nowymi oznakami życia i zapisywałam je w pamięci. Ale kiedy ich nie było, odczuwałam strach. Dużo strachu. No i tak, na pograniczu mojej radości, zachwytu i lęku rosła moja córka, moje pierwsze dziecko, które miało się urodzić, a nie jak to poprzednie – umrzeć. Nigdy nie zapomnę pierwszego widoku małej istotki, mierzącej 9,5 centymetra, która pływała w oceanie, ruszając energicznie nóżkami i rączkami. Zdjęć jeszcze wtedy nie robiono, tym bardziej filmów. Moja pamięć okazuje się równie dokładna. Potem, kiedy już musiałam leżeć, rosłyśmy razem. Nie chciałam wiedzieć, kto to we mnie rośnie: dziewczynka czy chłopiec. Zostawiliśmy to sobie na potem, niech to będzie niespodzianka jak za dawnych czasów – postanowiliśmy.
Trzydzieści lat temu odliczałam dni i tygodnie, żeby całkowicie uspokoić się na dwa tygodnie przed terminem porodu. Odstawiłam leki i zaczęłam wychodzić z domu ubrana w spodnie mojego męża, bo przecież nie miałam żadnych ciuchów ciążowych oprócz piżamy. Umawialiśmy się ze znajomymi do kawiarni lub restauracji. Poszliśmy na koncert Kultu, który przesiedziałam na krzesełku ustawionym z boku sceny. Na drugi dzień pojechaliśmy do szpitala i po całym popołudniu i po całej nocy, rano, o godzinie, którą zwykle przesypiam, urodziła się – nie bez komplikacji – ona. Na własne oczy zobaczyłam ją dopiero wieczorem. Trzydzieści lat temu o godzinie 20.00 spojrzałam po raz pierwszy w oczy mojej czarnowłosej córki ze srebrnym kosmykiem na czubku głowy. To srebrne pasmo włosów rośnie jej do dziś, niczym wspomnienie po ciemiączku.
Siedzi gdzieś teraz na jednym z europejskich lotnisk, a ja znowu się boję i znowu się cieszę, że ją zobaczę. Dobrego życia, córko!
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!












