Logo Przewdonik Katolicki

Ślady Ojca Pio

ks. Jarosław Czyżewski
fot. Lars Halbauer PAP DPA

Ojcze, ja raczej nie wierzę w Boga – usłyszał pewnego razu. – Ale Bóg wierzy w ciebie, mój synu! – odpowiedział z uśmiechem. 23 września 1968 r., zmarł o. Pio, „pokorny kapucyn, który zadziwił świat”, jak powiedział o nim papież Franciszek. O historii życia zakonnika wiele mówią miejsca, które były dla niego ważne.

Mimo że ponad 50 lat spędził w San Giovanni Rotondo, znany jest jako o. Pio z Pietrelciny (co ciekawe, to liczące obecnie 3 tys. mieszkańców miasteczko jest miastem partnerskim Wadowic). Tablica umieszczona na budynku na Vico Storto Valle (Zaułek Krzywej Doliny) w najstarszej części miasteczka informuje, że w tym domu 25 maja 1887 r. urodził się Francesco Forgione, piąte z ośmiorga dzieci Grazia i Marii Giuseppy.

Zabiłem niemowlę!
W Pietrelcinie są dwa kościoły ważne dla o. Pio. W tym pod wezwaniem św. Anny dzień po narodzinach został ochrzczony, a później przyjął Pierwszą Komunię Świętą i sakrament bierzmowania. Tu już w dzieciństwie dużo się modlił. Tutaj też miał jedną ze swoich pierwszych mistycznych wizji. „Miałem wtedy pięć, może sześć lat. Modliłem się w kościele i odczułem pragnienie całkowitego poświęcenia się Bogu. Ukazało mi się Serce Pana Jezusa i zachęciło, bym zbliżył się do ołtarza. Jezus położył rękę na mojej głowie, pragnąc w ten sposób potwierdzić, że podoba Mu się to moje postanowienie ofiarowania i poświęcenia Jemu i Jego miłości”. 
W parafii pod wezwaniem Matki Bożej Anielskiej o. Pio jako chłopiec uczestniczył w procesjach, gdy po uliczkach Pietrelciny wędrowano z figurą Maryi. I tu odprawił Mszę prymicyjną. Po wejściu do kościoła można zobaczyć rzeźbę przedstawiającą o. Pio klęczącego z wyciągniętymi w kierunku Matki Bożej w błagalnym geście rękoma. W tym kościele wydarzyła się też nieco przerażająca dla o. Pio sytuacja, gdy jeszcze jako diakon chrzcił niemowlę. Był to zresztą pierwszy chrzest, jakiego udzielał. W ówczesnej liturgii do ust dziecka wkładano nieco poświęconej soli, mówiąc: „Weźmij sól mądrości. Niechaj ci zjedna przebaczenie na życie wieczne”. Bojąc się jednak, że wsypał jej za mało, o. Pio włożył mu do ust jeszcze raz dość pokaźną grudkę i niemowlę zaczęło się dusić. Przerażony przerwał chrzest i pobiegł do proboszcza, wołając: „Zabiłem niemowlę!”. Dziecko przeżyło, a później zostało zakonnikiem – redemptorystą.

Pio-3-fot-serfeo-Fotolia.jpg
Fot. Fotolia

Cela nr 28
Gdy Francesco miał 15 lat, do Pietrelciny przybył brat Camillo z klasztoru w Morcone i zapukał do drzwi jego domu, prosząc o jałmużnę. Kiedy opowiadał o życiu zakonników, u Francesca rozpaliło się serce. Zafascynowała go także broda kapucyna. Zwierzył się matce: „Chcę zostać zakonnikiem! Tak, zakonnikiem odprawiającym Msze, zakonnikiem, który nosi brodę”. A ona odpowiedziała: „Jesteś jeszcze za smarkaty. Co ty możesz wiedzieć o brodzie lub o braku brody?”. Gdy Francesco opuszczał dom, powiedziała: „Synu mój… czuję, jak kraje mi się serce, lecz nie myśl teraz o bólu twej matki. Św. Franciszek cię woła, więc musisz iść”. Gdy 6 stycznia 1903 r. zapukał do kapucyńskiego klasztoru w Morcone, drzwi otworzył mu… brat Camillo, który od razu go rozpoznał i przytulił. 
Francesco przypadła cela nr 28, nad którą widniał napis: „Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu” (Kol 3, 3). Niespełna 16-letni nowicjusz znalazł w niej: łóżko, stół, krzesło, żelazny trójnóg z dzbanem i miską, a na ścianie krucyfiks. Po dwóch tygodniach przywdział tutaj habit kapucyński, rozpoczął nowicjat i przyjął imię brata Pio z Pietrelciny.

Wiąz na środku pola
Po przyjęciu święceń kapłańskich w 1910 r. ze względu na stan zdrowia przełożeni wysłali go do Pietrelciny, by w tamtejszym klimacie nabrał sił. Kilkakrotnie potem wracał do klasztorów, ale za każdym razem ponownie ciężko chorował. Gdy przyjeżdżał do rodzinnego domu, odzyskiwał siły. 
Około pół godziny drogi od jego domu rodzinnego leży płaskowyż zwany Piana Romana. W tamtejszej okolicy rodzina Forgione posiadała ziemię uprawną i budynek gospodarczy. Po porannej Mszy św. o. Pio chodził w te rejony, by się modlić. Pewnego dnia wieśniacy spytali go, co mają zrobić, aby zbawić duszę, skoro nie mają czasu, by jak on odmawiać „te wszystkie modlitwy”. Odpowiedział: „Wystarczy Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu, ale odmawiane z całego serca, nie na odczepkę…”.
O. Pio miał na Piana Romana swoje ulubione miejsce – siadał zwykle koło wiązu rosnącego na środku pola. Tu 7 września 1910 r. otrzymał po raz pierwszy stygmaty. Następnego dnia zwrócił się do proboszcza: „Poprośmy obaj Jezusa, aby odjął mi ten ciężar. Chcę cierpieć, a nawet umrzeć z cierpienia, lecz wolałbym to znosić wyłącznie w ukryciu”. Jezus prośbę spełnił. Ból pozostał. W 1958 r. na Piana Romana zbudowano kaplicę pw. św. Franciszka z Asyżu. W jej wnętrzu znajduje się pień wiązu.

Pio-7-fot-Mazaki-Wikipedia.jpg
Fot. Wikipedia

Zawstydzenie i upokorzenie
Większość swojego życia (52 lata) o. Pio spędził w klasztorze w San Giovanni Rotondo. To tu w 1918 r., gdy miał 31 lat, stygmaty ponownie stały się widoczne i tak pozostało aż do jego śmierci w 1968 r. O. Pio tak wspominał moment pojawienia się znaków Męki Jezusa na swoim ciele: „Było to rankiem dwudziestego ubiegłego miesiąca w chórze, po celebracji Mszy Świętej, kiedy zostałem zaskoczony podobnym do słodkiego snu odpoczynkiem. Wszystkie wewnętrzne i zewnętrzne zmysły, a nawet i same władze duszy, trwały w niewypowiedzianym spokoju. Przy tym wszystkim była wokół mnie i wewnątrz mnie absolutna cisza; szybko pojawił się wielki pokój i zgoda na kompletne bycie pozbawionym wszystkiego i spoczynek przy tym ogołoceniu. Wszystko to wydarzyło się w okamgnieniu. Podczas gdy to wszystko się dokonywało, ujrzałem przed sobą tajemniczą osobę, podobną do tej, którą widziałem wieczorem 5 sierpnia, różniącą się jedynie tym, że tym razem miała ręce i stopy i bok ociekające krwią. Jej widok mnie przeraża; nie potrafiłbym wam wyrazić tego, co czułem w tamtym momencie. Czułem, że umierałem i umarłbym, gdyby nie Pan, który podtrzymał moje serce, które wyrywało mi się z piersi. Widzenie osoby oddaliło się, a ja spostrzegłem, że dłonie, stopy i bok były przebite i sączyła się z nich krew. Spróbujcie sobie wyobrazić mękę, której wtedy doświadczyłem i doświadczam wciąż nieustannie, prawie każdego dnia. Rana serca wciąż toczy krew, szczególnie od czwartku wieczorem do soboty. Ojcze mój, umieram z bólu tej męki i następującego po niej zamieszania, które odczuwam w głębi duszy. Obawiam się, że umrę wykrwawiwszy się, jeśli Pan nie wysłucha jęków mego biednego serca, odbierając mi to, co się dzieje. Czy Jezus, który jest tak bardzo dobry, obdarzy mnie tą łaską? Czy przynajmniej zabierze mi to zakłopotanie, którego doświadczam z powodu tych zewnętrznych znaków? Z siłą wzniosę ku Niemu mój głos i nie odstąpię od błagania Go, ażeby w swoim miłosierdziu zabrał ode mnie nie mękę, nie ból – bo czuję go jako niemożliwy i czuję, że chcę upoić się bólem – ale te zewnętrzne znaki, które są dla mnie źródłem nieopisanego i nieznośnego zawstydzenia i upokorzenia”.

Konfesjonał i listy
„Jestem spowiednikiem” – mówił o. Pio, gdy pytano go o jego posługę. Spowiadał po kilkanaście godzin dziennie. Gdy był starszy, „jedynie” około 10 godzin. Wyspowiadał setki tysięcy ludzi. W samym tylko 1967 r., gdy miał już 80 lat, ze spowiedzi u niego skorzystało blisko 15 tys. kobiet i 10 tys. mężczyzn (kobiety spowiadały się w kościele, mężczyźni w zakrystii). Jednocześnie nie miał daru do mówienia kazań. W ciągu ponad pół wieku pobytu w San Giovanni Rotondo nie wygłosił zresztą ani jednego… Prowadził jednak krótkie rozważania podczas modlitwy Anioł Pański. Wiele czasu poświęcał też na korespondencję, m.in. ze swoimi kierownikami duchowymi i tymi, którym towarzyszył duchowo.
Otrzymywał tysiące listów: od duchowych synów i córek, z prośbami o modlitwę czy podziękowaniami. Na pobliskiej poczcie przeznaczono nawet oddzielne pomieszczenie na sortowanie listów do o. Pio. W 1942 r. miesięcznie było to średnio 1,5 tys. listów. W 1958 r. już średnio miesięcznie 15 tys. W ostatnich latach dziennie przychodziło 1,3 tys. listów.

Pio-6fot-Tomasz-Cholas-REPORTER.jpg
Fot. T.Cholas REPORTER

Nie tylko ciało
Gdy o. Pio przybył do San Giovanni Rotondo w 1916 r., zobaczył, że w okolicy nie ma szpitala. Najpierw w 1925 r. udało mu się otworzyć mały szpital św. Franciszka, w którym mieściło się 14 łóżek. Z czasem z powodu braku środków finansowych placówka podupadła. Trzęsienie ziemi z 1938 r. zakończyło ten projekt. Do pomysłu wrócił podczas II wojny światowej. Zależało mu na budowie miejsca, w którym leczyć będzie się nie tylko ciało człowieka. W 1949 r. otwarto pierwszy gmach szpitala, z czasem powstały kolejne. Tak wtedy, jak i dziś jest to jedna najlepszych placówek medycznych we Włoszech. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki