Logo Przewdonik Katolicki

Naznaczony przez Boga

Bernadeta Kruszyk
Fot.

23 września minie 35. rocznica śmierci Ojca Pio, charyzmatycznego zakonnika, który przez pół wieku nosił na swym ciele widzialne znaki męki i śmierci Chrystusa. Ten niezwykle skromny człowiek miał w życiu tylko jeden cel - pojednać z Bogiem jak najwięcej zbłąkanych dusz. Ojciec Pio urodził się 25 maja 1887 roku w Pietrelcinie, małej wiosce w Kampanii jako piąte z ośmiorga dzieci...

23 września minie 35. rocznica śmierci Ojca Pio, charyzmatycznego zakonnika, który przez pół wieku nosił na swym ciele widzialne znaki męki i śmierci Chrystusa. Ten niezwykle skromny człowiek miał w życiu tylko jeden cel - pojednać z Bogiem jak najwięcej zbłąkanych dusz.


Ojciec Pio urodził się 25 maja 1887 roku w Pietrelcinie, małej wiosce w Kampanii jako piąte z ośmiorga dzieci Grazio Forgione i Giuseppy Di Nunzio. Na chrzcie dano mu imię Franciszek. Od najmłodszych lat przejawiał niezwykłą pobożność i odczuwał silną więź z Bogiem. Postawę tą odzwierciedla jedno z jego szkolnych wypracowań, w którym napisał: "Gdybym był królem, chciałbym dokonać wielu pięknych rzeczy. Przede wszystkim chciałbym być królem wierzącym (...) Chciałbym wsławić swe imię w ciągłej walce o prawdziwe chrześcijańskie życie (...).
Po ukończeniu 15 lat Franciszek wstąpił do wspólnoty ojców kapucynów i przyjął imię Pio. Mimo słabego zdrowia po czterech latach złożył śluby wieczyste, a po kolejnych trzech przyjął święcenia kapłańskie. W 1918 roku, po dłuższych bądź krótszych pobytach w różnych klasztorach oraz przerwanej chorobą służbie wojskowej przybył do San Giovanni Rotondo, by nigdy już stamtąd nie wyjechać.

Największa misja


Piątkowy ranek 20 września 1918 roku nie wyróżniał się niczym szczególnym. Może tylko tyle, że klasztor był bardziej opustoszały, bo przygotowywano się do święta św. Mateusza Apostoła. Po skończonej Mszy św. Ojciec Pio modlił się jak zwykle na chórze, przed wizerunkiem ukrzyżowanego. To wtedy otrzymał stygmaty: "Byłem na chórze, składając dziękczynienie po Mszy świętej - mówił później - czułem, jak powoli unoszę się ku jakiejś słodyczy, która ciągle wzrastała, tak że im bardziej się modliłem, tym większa stawała się radość. Nagle wielka jasność uderzyła moje oczy i w ogromnym świetle ukazał mi się poraniony Chrystus. Nic nie mówił, znikł. Gdy doszedłem do siebie, leżałem na ziemi. Dłonie, stopy, serce krwawiły i sprawiały taki ból, iż nie znajdowałem siły, żeby powstać. Na czworakach dowlokłem się do celi, przebywając długi korytarz. Wszyscy ojcowie byli poza klasztorem. Położyłem się na łóżku, zanosząc modły o ujrzenie Jezusa jeszcze raz, ale potem opanowałem się, z zachwytem patrzyłem na rany i płakałem, wznosząc hymny dziękczynne i modlitwy".
Ojciec Pio niechętnie pokazywał rany. Czynił to tylko na wyraźne polecenie przełożonych i jak przyznawał, czuł wtedy wielki wstyd i upokorzenie. Był gotowy bez słowa skargi przyjmować ból, jaki sprawiały, jednak błagał Boga, by go uwolnił od znaków widzialnych. Bóg jednak chciał inaczej. Stygmatyk nosił je przez kolejne 50 lat, z wielką pokorą przyjmując zarówno uwielbienie tłumów, jak i niesłuszne oskarżenia o mistyfikację, oszustwa i sprzeniewierzenie się ślubom zakonnym. Mimo zamieszania, jakie sprawiała jego osoba, zachował pogodę ducha i pozostał wierny swej największej misji - uświęcaniu siebie i innych.

Apostoł konfesjonału


Niemal całe swoje kapłańskie życie Ojciec Pio spędził przy ołtarzu i w konfesjonale. Spowiadał niejednokrotnie po 19 godzin dziennie. Pocieszał, radził, dodawał otuchy, ale i napominał, karcił, a nawet odmawiał rozgrzeszenia. Nie godził się na żaden kompromis z grzechem. Dla nieszczerych penitentów był cierpki i surowy, mawiał: "nie daję słodyczy komuś, kto potrzebuje środka przeczyszczającego". Równie szorstki był dla tych, którzy nie szanowali miejsca modlitwy. Szmery i szepty podczas swych blisko dwugodzinnych Mszy św. uciszał ostrą uwagą: "Cisza i na kolana". W głębi serca był jednak człowiekiem łagodnym, który z dziecięcą radością przyjmował najmniejszą nawet niespodziankę. Przez pół wieku niczym magnes przyciągał niezliczone tłumy wierzących i ateistów. Uzdrawiał ich dusze i ciała, biorąc na swe barki każde cierpienia i ból. Mówił: "za wszystko trzeba płacić, muszę płacić za to wszystko, o co proszą mnie moje dzieci". Dzięki jego modlitwie tysiące osób odzyskało zdrowie, spokój ducha i kontakt z Bogiem. Zmarł 23 września 1968 roku o godzinie 2.30. Rany na dłoniach, stopach i piersi znikły. Na krótko przed śmiercią powiedział:
"Będę mógł uczynić dla was znacznie więcej, kiedy będę w niebie, niż teraz, gdy żyję na tej ziemi". Po 31 latach, w 1999 roku, został beatyfikowany, a w trzy lata później kanonizowany. Ten prosty zakonnik, biedaczyna z Pietrelcinie, jak go nazywano, nie posiadający żadnych tytułów naukowych, był i zawsze będzie czytelnym znakiem obecności ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Zbawiciela. Będzie charyzmatycznym stygmatykiem i dobrym człowiekiem, który z ojcowskim oddaniem powtarzał: "Należę całkowicie do każdego, każdy rzec może: Padre Pio jest mój".

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki