Logo Przewdonik Katolicki

Matrymonialny targ

Marzena Gursztyn

Według ówczesnych medyków bezżenni wyróżniali się negatywnym wyglądem i „zboczeniami sfery uczuciowej”, które mogły prowadzić do utraty zdrowia i życia. Nic dziwnego, że dla miłości na wszystko gotowe były nie tylko kobiety.

Dla miłości wszystko
Znana z powieści Prusa Izabela Łęcka liczyła sobie lat 25 i zaczynała już uchodzić za starą pannę (o czym z racji jej wysokiej pozycji społecznej nie mówiono głośno w towarzystwie, natomiast w kuluarach i owszem). Kilka balowych sezonów młodości, szczególnie dla kobiet mijało bardzo szybko, dlatego przy dyskretnym wsparciu rodziny, starsze panny na wydaniu stosowały podawanie fałszywej daty urodzenia (wielokrotnie przyłapiemy na takim wyznaniu autorki pamiętników czy wspomnień).
„Jak szybki jest lot czasu nie wiedzą niewiasty, bo dopiero w dwudziestym liczą rok szesnasty” – czytamy w satyrycznym piśmie „Bocian”. Stwierdzenie „wchodzisz w lata” brzmiało jak wyrok, dlatego oprócz „korekty” metryki za wszelką cenę starano się zatrzymać czas na... płaszczyźnie wizualnej. Lekarz domowy miejski i wiejski z 1870 r. podaje ekologiczną recepturę na uzyskanie gładkiej cery: „żab ziemnych dwie lub więcej w oliwie usmażyć i smarować”. Może stąd wzięło się powiedzenie o całowaniu żabki?
Wkrótce na szczęście jednak biedne zwierzęta, palony korek, sok z buraka, mąkę ryżową, śmietankę i maślankę (oj, ten „zapach młodości” nie należał do przyjemnych) zastąpiono profesjonalnymi kosmetykami. W wydanym w 1897 r. Poradniku higieniczno-kosmetycznym, który dziś określilibyśmy raczej mianem katalogu kosmetyków, możemy przyjrzeć się gamie środków pomagających dbać o  prezencję. Furorę zaczęło robić pojęcie „kalotechniki” – sztuki zachowania urody za pomocą środków kosmetycznych. Dla pań polecano „mydło wschodnich piękności”
posiadające „znakomite własności spędzania zmarszczek” czy preparat „Wenezuela”, który „usuwa piegi i plamy skórne, oraz udelikatnia i nadaje białość cerze”. Dla zachowania „dziewiczości płci” kobiety stosowały pudry i róże o nieznanym składzie, często zwierające biel ołowianą, bizmut, alizaryn, anilinę i rtęć.
Na skutki nie trzeba było długo czekać. „W kuracyi (...) znajduje się pewna dama, która ciężko zapadła na zdrowiu wskutek długotrwałego używania pudru płynnego. Kosmetyk ten zawierał merkurjusz (rtęć), który zatruł cały organizm. Młoda 27-letnia kobieta już utraciła wszystkie zęby”, donosi w artykule „Środki trujące, fałszowane” jeden z warszawskich lekarzy. Również z „Przewodnika Higjenicznego” dowiadujemy się, że w 1895 r. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ogłosiło listę zabronionych środków kosmetycznych, na której znalazły się m.in.: barwidła na włosy Krinchrom z powodu zawartości związków ołowiu czy Eau de fleurs de Lys pour le teint ze względu na chlorek rtęci w składzie.
 
Niewiele ładniejszy od diabła
Aby się podobać, truły się i umierały nie tylko kobiety. W Przewodniku zakochanych, czyli jak zdobyć szczęście  miłości i powodzenie u kobiet Konstantego Krumłowskiego z 1903 r., natykamy się na  krytykę „różowania policzków, podkreślania oczu i czernienia brwi” wśród mężczyzn jako „nieodpowiednie męskiej godności”. Widać wyraźnie, że na starych fotografiach nie tylko retusz dodawał kolorków. Już wtedy mężczyźni zaczynali być metroseksualni (sic!).
Co prawda Zofia Kowerska pisze, że „piękność w mężczyźnie jest mało cenionym darem, niewiele może mu dopomóc”, babcie i matki powtarzały stare porzekadła, że „mężczyzna niewiele musi być ładniejszy od diabła” i że „z ładnej a pustej miski nikt się nie najadł”, jednak panowie też pragnęli ująć sobie lat, żeby zwiększyć swoje szanse na matrymonialnym targowisku. Przyciemniali włosy (na przykład pomadami z liśćmi orzecha włoskiego, które niestety na siwych włosach dawały mało romantyczny kolor zgniłej zieleni). Za wszelką cenę chcieli zachować bujną czuprynę, stosując wszelakiej maści eliksiry, spirytusy i lotiony – najczęściej bezskutecznie. Stąd też mnóstwo ogłoszeń o peruczkach i tupecikach, bo wchodząca w modę fryzura „przy skórze”, spotykała się z oporami arbitrów elegancji: „byle nie wystrzyżone maszynką przy skórze jak to dzisiaj wielu robi, bo nie masz wyglądać jak człowiek wypuszczony co tylko z domu wariatów”.
W pogadankach B.L. Kaliny Abecadło życia powszedniego (na uwagę zasługuje podtytuł Pogadanki popularne o najprostszych sposobach uszczęśliwiania samego siebie), część „Co robić, ażeby się ludziom podobać” wykłada punkt po punkcie, jak powinien zadbać o siebie mężczyzna udający się w zaloty. Skupia się właściwie tylko na wyglądzie. Najpierw ogląd całości: „W niedzielę rano wstawszy z łóżka, poddaj siebie samemu rewizyi i zbadaj, czy jesteś gruntownie czystym”. Potem następuje korekta ewentualnych niedociągnięć: „Jeżeli nogi masz brudne, umyj je; jeżeli masz paznogcie za długie, obetnij je; jeżeli ulegasz łatwo poceniu, posyp pocące się miejsca proszkiem, którego dadzą ci za parę groszy w każdej aptece”. Dalej uśmiech: „Zęby i gardło wypłucz, brud z zębów usuń za pomocą kredy z miętą, węgla lub popiołu z cygara”. I oczy, które są zwierciadłem duszy: „Okulary lub nanośniki to zawsze cecha pewnego upośledzenia lub kalectwa (...) Wykształcaj w sobie siłę wzroku tak, ażebyś mógł się bez szkieł obyć.” Jak? „Dla wzmocnienia nerwów ocznych, zanurz twarz trzykrotnie w misce z czystą wodą, w której oczy otwieraj i otwarte trzymaj, dopóki tchu starczy”. Poradnik instruuje również w sprawach gimnastyki, garderoby, a nawet bielizny: „Majtki w pasie zapinaj na wszystkie guziki, bo nic przykrzejszego, jak niedokładność w tej mierze (...) Majtki wiecznie podciągać? (...) Wyglądałoby to tak, jakbyś był dotknięty chorobą świeżby lub jakby cię gryzło robactwo. Za takiego niechluja nie chciałbyś przecie uchodzić!”. Wrażenia wizualne należą do najważniejszych, tu nie ma wątpliwości: „Chcąc się podobać, trzeba sobie nadać pozór elegancyi i urody, choćby nawet sztucznej”.
 
Wielka mistyfikacja
Sztuka pozyskania w krótkim czasie oblubienicy, jakiej kto sobie życzy, z posagiem albo bez posagu z 1867 r. (w tym samym roku ukazał się odpowiednik dla dam Sztuka wydania się za mąż w jak najkrótszym czasie) to tytuł, który mówi sam za siebie i wskazuje na to, co liczyło się w pierwszym rzędzie przy wybieraniu drugiej połówki. Mówiono żartobliwie, że „panna jest dodatkiem do posagu lub posag do panny”. Nietrudno się domyślić, że pierwszy wariant cieszył się znacznie większym powodzeniem.
„Gdy była panną, wiedziano, że bogata i z trudnością dawała się obracać w walcu, mówiono o niej, że miljon waży”, mówiono z uznaniem o pewnej litewskiej dziedziczce. Panna pierwszej klasy to nie nazwa towaru, ale określenie dziewczyny o wielu zaletach i w dodatku ze znacznym zapleczem finansowym. Kobietę dosłownie wydawano za mąż i czynili to rodzice. Częstokroć ludzie o szerokich horyzontach, wrażliwi, a jednak... Dorota Sumińska wspomina smutne mariaże swoich pradziadków: „Tu zabrakło najważniejszego – miłości. Nie wiem, jak Adam i Ewa (Halka-Ledóchowscy) mogli zapomnieć o swoim płomiennym uczuciu, kiedy popchnęli córkę w ramiona człowieka, którego niewiele znała i którego nie kochała. Dlaczego moja druga prababka ze strony ojca, hrabina Sabina Sumińska, kobieta jak na lata dwudzieste niezwykła i postępowa, ożeniła syna z właściwie nieznaną mu kobietą”.
Roman Mycielski opisuje niuanse poznania i małżeństwa swoich rodziców, które „byłoby korzystne ze względów rodzinnych, towarzyskich i majątkowych” jako plan dziadków z obydwu stron. Mało tego, plan rozpisany nawet z... wersją rezerwową. Rodzice ze strony matki bowiem, Czarkowscy-Golejewscy przywieźli na zapoznawczą wizytę do Wrześni dwie córki, po to, żeby Stanisław Mycielski mógł wybrać „pomiędzy przepiękną, 20-letnią brunetką, Marią, a piękną 19-letnią blondynką, Klementyną”.
W każdym przypadku rodzice musieli udzielić błogosławieństwa, a robili to z bardzo nielicznymi wyjątkami, tylko wtedy, kiedy byli przekonani o słusznym wyborze. A prześwietlano przeszłość bardzo skwapliwie, do prapradziadków włącznie, z drugiej strony niefrasobliwie stawiając na pierwszym miejscu rodowy interes. „W niektórych rodzinach traktowano własną krew rodową jako swego rodzaju klejnot, którego czystość poprzez małżeństwa zawierane w arystokratycznym czy choćby szlacheckim, ziemiańskim środowisku, chroniono tak jak tradycję rodzinną, choć skutki bywały fatalne”, konkludował Zdzisław Morawski.
O ile w kręgach arystokracji wiedziano o sobie nawzajem bardzo wiele, o tyle w karnawale trudno było sprawdzić kandydatów i kandydatki z najdalszych zakątków kraju. Dlatego też bale zamieniały się w prawdziwy „targ matrymonialny pełen największych mistyfikacji”. Świetnie podsumowuje to Roch Sikorski w swoich pamiętnikach Łyki i kołtuny: „Wieluż to bowiem konkurentów za pożyczone od Żydów pieniądze, sprawiało cugi i liberye, żeby się strojnie okazywać pannie młodej i rodzicom, a później spłacało się to z posagu panny młodej”.
„Kupowałam w sklepie kolorową krepinę, bibułkę, że której robiło się abażury, a potem do tej wody wkładałam suknię. Raz była zielona, raz niebieska a jeszcze innym razem różowa. Po balu gotowałam ją aż znów robiła się biała”, wspominała ze śmiechem Helena z Zanów Stankiewiczowa. Wielu łowców posagów w taki oto prosty sposób zostało zrobionych na… szaro.
 
Miłość z happy endem
Gdybyż chodziło tylko o przekłamania dotyczące stanu finansów rodzin… Dobre wychowanie nie było znakiem tamtych czasów, skoro dużym wzięciem cieszyły się poradniki takie jak Niezawodny zdobywca serc, czyli sztuka przypodobania się z 1867 r., które udzielały wskazówek z dziedziny kindersztuby, wydawałoby się podstawowych. A jednak... „Nie plądruj w damskich stoliczkach do szycia, nie ruszaj nic na biurku do pisania, nie baw się, nie tnij czegoś bezmyślnie nożyczkami damskimi, a tym bardziej nie waż się nimi obcinać sobie paznokci” – przestrzega autor. „Nie drap się w głowę, nie dłub w ustach i w nosie, a choć trudno wierzyć, ażeby w porządnym towarzystwie ktoś się tego dopuścił, jednak to się zdarza niestety”, dorzuca na wszelki wypadek. I już pro forma, miejmy nadzieję: „Nieobyczajne rzucanie na siebie gałkami z chleba przy stole już dawno wyszło z mody – strzeżże się zaprowadzać je na nowo”. Dziś trudno nam wyobrazić sobie adoratora ciskającego w podobającą mu się pannę gałeczką z chleba po to, żeby zwróciła na niego uwagę…
Po co więc były bale, wzniosłe gesty, pojedynki? Chyba po to, żeby zapełnić wolny czas i wraz z upływem lat mieć co wspominać. Bo tak naprawdę od początku było wiadomo, kto jest dla kogo i w jakich rewirach mogą poruszać się zgodnie z regułami społecznymi poszczególne osoby. „Co do zamążpójścia, wiedziałam z wszelkich towarzyskich względów, że pan Władysław Dzwonkowski ani może, ani myśli żenić się ze mną” – pisała w swoich wspomnieniach Narcyza Żmichowska zauroczona bez pamięci świetnym tancerzem, z którym porozmawiać mogła tylko w trakcie mazura lub kontredansa. Poradnikowe biblie ówczesnego savoir-vivre'u – Zwyczaje towarzyskie... i Przewodnik zakochanych... – precyzyjnie bowiem określały, co powinno być tematem rozmów. Pojawiały się też gotowe przykłady dialogów, z których wiele osób onieśmielonych, skrępowanych etykietą i własną pruderią, skwapliwie korzystało. Bywało więc, że w trakcie jednego wieczoru ta sama osoba odbywała kilka identycznych rozmów, z różnymi partnerami do tańca.
Czy było tam miejsce na spontaniczność? Ano bywało. Zofia Malanowska opisuje sytuację ze swojej najbliższej rodziny: „Życie osobiste Wuja potoczyło się w sposób szczególny. Nieśmiałość utrudniała mu zawsze kontakty towarzyskie z pannami z jego sfery. W Słabuszewicach była służąca Kasia, córka pastucha. Spodobała się wujowi i postanowił się z nią ożenić. Żeby ją jakoś przygotować do nowej roli, wziął dla niej nauczycielkę”. I była to historia z prawdziwym happy endem.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki