Logo Przewdonik Katolicki

Czy jesteśmy papistami?

Paweł Milcarek

W dniach modlitw o jedność chrześcijan w Kościele Chrystusowym, na początku roku z okrągłą rocznicą początku rozłamu w chrześcijaństwie zachodnim w 1517 r. – przypomniało mi się słowo „papista”.

Słowo, którym reformatorzy odchodzący z Kościoła katolickiego nazywali tych, którzy w nim pozostali. „Papiści” – to my, katolicy. Pięćset lat temu to pogardliwe określenie miało znaczyć, że Kościół katolicki przestał być rządzony przez Słowo Boże, a wyżej od niego postawił papieskie nauczanie i zarządzanie. Było to uzasadnieniem, żeby z tego Kościoła odejść – i do niego nie wracać.
O ile się nie mylę, nasi bracia odłączeni nie nazywają nas już papistami. Dręczy mnie jednak inna kwestia: czy my sami, katolicy, wiemy o tym, że nimi nie jesteśmy? To wcale nie jest niemądre pytanie. Przez wieki nazbierało się wiele różnych powodów, żebyśmy nawet obelgę o „papieżnikach” zaczęli przyjmować jako opis zasługi: katolicy to ci, którzy słuchają się papieża. Zawsze, we wszystkim, cokolwiek powie?
Nie, oczywiście nie. Każdy katolicki katechizm potrafił zawsze uratować katolika przed „papieżnictwem”. Jednak nie wszyscy sięgali i sięgają aż po katechizm, by wyrobić sobie sąd, co jest czym, a kto kim w Kościele. Czasami komuś wystarczało urocze zdanie św. Katarzyny Sieneńskiej – że papież to „słodki Jezus na ziemi” – wypowiedziane w czasach gdy w chwiejnych następcach Piotra trzeba było z lupą wiary szukać wielkiego misterium ich misji. Czasami zaś komuś innemu było światłem dumne „To ja jestem Tradycją!”, czyli zdanie ponoć wypowiedziane przez błogosławionego Piusa IX jako uzasadnienie poprawności proponowanej doktryny. A jeszcze potem świat – katolicki i niekatolicki – napatrzył się na papieży wielkich i świątobliwych, w XIX i XX wieku. Aż tyle skrótów myślowych, anegdot i zachwytu – czy wystarczą, by się w końcu przyznać, z dumą: owszem, jestem papistą?
Jednak: nie, nie jestem. Tak jak mocą urzędu Piotrowego jest to, że strzeże on czegoś, czego sam nie może zmienić – tak całe zdrowie naszego stosunku do papieży, urzędujących i nieurzędujących, polega na widzeniu ich w tym ograniczeniu. Non plus ultra. Nie oczekujemy od papieża ani nowych znaków, ani nowych objawień. Nie chcemy z niego uczynić króla naszych zachcianek. Wystarczy, że jest – niezależnie od światowej wiary czy niewiary w to – wikariuszem Chrystusa.
Kiedyś modny był żart o katolikach „bardziej katolickich niż papież”. Dodam do tego żart o katolikach bardziej papieskich niż Kościół. Oba żarty są na czasie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki