Logo Przewdonik Katolicki

Ksiądz na pełnych obrotach

Janusz T. Skotarczak
fot. Anna Kaczmarz Dziennik Polski REPORTER

Jak katechizować dziś? – zapytałem pewnego razu ks. Mieczysława Malińskiego. – Spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział: – Katecheta nie może być ,,taśmą magnetofonową”.

Pamiętam tamten zachwyt do dziś. Byłem wtedy w szkole podstawowej. Książka nosiła tytuł To nie takie proste, mój drogi. Zacząłem ją czytać po kolacji. Skończyłem nad ranem. Autor – ks. Mieczysław Maliński. W czasach licealnych szukałem innych jego książek. Rozpocząłem studia teologiczne. Po jednym z wykładów postanowiłem go odszukać. Po tym pierwszym spotkaniu były kolejne. Jeździłem na jego rekolekcje, na pogadanie do Krakowa, a także do Dębek, gdzie przebywał podczas wakacji. Czytałem wszystko, co napisał. Z nim szukałem odpowiedzi na pytania, które stawiało mi życie, wiara i nauczanie religii.
 
Chwyć się za tę robotę
Zapytałem go kiedyś przy herbacie, jak odkrył swoje powołanie kapłańskie? Zamyślił się, jak gdyby cofał w czasie i po chwili powiedział: – Miałem 17 lat i wychodząc pewnego razu z kościoła, spotkałem Jana Tyranowskiego – krakowskiego krawca. U niego poznałem Karola Wojtyłę. Tyranowski wymyślił kurs kształcenia charakteru oparty na Żywym Różańcu. Spotykaliśmy się u niego raz w tygodniu. I tak powoli pojawiło się u mnie powołanie kapłańskie – usłyszałem. Kiedyś jednak powiedział mi wprost: „Powołanie kapłańskie, gdybym chciał tak ściśle to określić, wyrosło u mnie z tego, że mi się księża nie podobali. W jakiś sposób uznałem Ewangelię za bardzo ważną, ale nie akceptowałem sposobu jej realizacji przez księży, z którymi miałem kontakt. Powiedziałem więc sobie: chwyć się za tę robotę i pokaż, co potrafisz”.
 
Na pełnych obrotach
Po święceniach kapłańskich został skierowany do Rabki. Zapamiętał ten czas jako najpiękniejsze lata swej pracy. Pojechałem tam kiedyś, licząc, że spotkam jego uczniów. Spotkałem tych, których uczył 50 lat temu. Pamiętali go dobrze. Powtarzali: „Żył na pełnych obrotach”. Co sam zapamiętał z tamtego czasu? „Najbardziej lubiłem uczyć dzieci z pierwszej i drugiej klasy, które z oczyma jak filiżanki patrzyły na mnie i nie wiedziały, o co mi chodzi. Uwielbiałem też uczyć młodzież”.
Młodzież – to po dzieciach jego druga miłość. Miłość odwzajemniona. Dowiedziałem się, że przychodziła do niego w porę i nie w porę; we dnie i w nocy. Mogła tak robić, bo dom miał otwarty. Wchodził, kto chciał. W pokoju pełnym książek gadali często do późnej nocy. Grał z młodzieżą w piłkę i jeździł zimą na nartach. Wystawiali jasełka i pasje. W soboty palili ogniska po górach. Zabierał na nie często najtrudniejszych. Czekali z radością na wakacje, żeby być razem na kajakach, motorach, rowerach albo pieszo. Spał z nimi po stodołach i dźwigał tak samo plecak. Bywał u nich na kolacji. Chciał pobyć, pogadać, zobaczyć, jak żyją. Uważał, że ma obowiązek poznać tych, których katechizuje. Uznał, że nie będzie dobrym katechetą, jeżeli nie będzie wiedział, do kogo mówi. Słuchałem tego wszystkiego z podziwem. – Jak katechizować dziś? – zapytałem go pewnego razu. – Spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział: – Katecheta nie może być ,,taśmą magnetofonową”, którą sobie raz nagrał i odtwarza. Musi pamiętać, że każda lekcja musi być nowa. Będzie skończony w momencie, kiedy stwierdzi, że się nie musi już przygotowywać, bo już to robił w tamtym roku. Powinien szukać okazji do bycia razem z uczniami.
 
Najkrótsze kazania
W Rabce zaczął głosić bardzo krótkie kazania. To była rewelacja. Zapytani księża mówili o nich różnie. Jedni krytykowali, a drudzy mówili: – My ludzi zagadujemy, a on zostawia ich z kilkoma zdaniami do przemyślenia.
Pewnego razu zapytałem go: Czy to prawda, że ksiądz powiedział: „Pan Jezus zmartwychwstał, ale wy i tak w to nie wierzycie. Amen”? – Nie – powiedział – to było inaczej. W Wielkanoc powiedziałem: „Pan Jezus zmartwychwstał. My zmartwychwstaniemy. Ale wy i tak w to nie wierzycie”. Bez amen. A więc to pewna różnica.
To było jedno z jego najkrótszych kazań, ale słyszałem też, jak podczas kazania powiedział: „Teściowa – też człowiek. Amen”. Zdarzały się jeszcze krótsze: „Chamiejemy – bez amen”.
 
Pisarz nietuzinkowy
Po 11 latach nadszedł czas rozstania z Rabką. Ściągnięto go do Krakowa, do parafii św. Szczepana, gdzie był tylko rok. Pewnego razu usłyszał, że powinien zrobić doktorat. Bp Wojtyła powiedział mu: „To jest szansa dla ciebie i dla ludzi. Będziesz miał ludziom więcej do przekazania”. I tak go przekonał.
Studiował na KUL-u, w Rzymie, Monachium i Münster. Po sześciu latach studiów powrócił do Krakowa. Był rok 1967. Pomagał w duszpasterstwie akademickim w kościele św. Anny. Odprawiał Mszę św. o 21.30. Przychodziły na nią tłumy. I znowu żył na pełnych obrotach.
Po dziewięciu latach mianowano go rektorem kościoła sióstr wizytek z zadaniem pisania książek. Zaczął już pisać w Rabce. To były słynne „ramki”, czyli krótkie kazania pisane najpierw do „Przewodnika Katolickiego”, a później do „Tygodnika Powszechnego”. Pierwszą książkę napisał dla dzieci w 1961 r. Nosiła tytuł: Jezus i ty. Od tamtego czasu napisał przeszło 160 książek. Wiem, że uformowały nie tylko mnie, ale wielu.
 
Biograf Wojtyły
Najbardziej cieszył się z tego, że przepowiedział kardynałowi Wojtyle, że zostanie papieżem. Był z nim w Rzymie po śmierci papieża Pawła VI. W przeddzień konklawe kardynał Wojtyła poprosił go: „Powiedz jakieś krótkie kazanie, bo ty mówisz krótko”. „Nie mogę – powiedział Maliński. To jest ostatnie Twoje kazanie jako kardynała. Następne będzie jako papieża”.
Wojtyła nie odpowiedział mu nic, tylko zrobił kółko na czole. W czasie tej Mszy, podczas modlitwy wiernych, każdy wypowiedział, co mu leżało na sercu. A ks. Mieczysław powiedział: „Módlmy się, aby kardynał Wojtyła został wybrany na papieża…”. Wszystkich zatkało. Zrobiło się cicho w kaplicy, ale w końcu wszyscy powiedzieli: „Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie”. Na konklawe wybrano na papieża Jana Pawła I. Po jego śmierci nie pojechał do Rzymu. Kiedy dowiedział się, że Wojtyła został wybrany na papieża natychmiast przesłał mu telegram: „A nie mówiłem! Mietek”.
 
Pogłoski i oskarżenia
Po śmierci św. Jana Pawła II pojawiły się pogłoski o jego współpracy z SB. Zaprzeczył zarzutom. Głos w tej sprawie zabrał między innymi bp Tadeusz Pieronek: „Nigdy nie przyjąłem do wiadomości, że ksiądz Mieczysław Maliński był świadomym współpracownikiem SB. Za takim stanowiskiem przemawia przede wszystkim całe jego życie, w którym był szermierzem wiary i postaw chrześcijańskich. Robił to po swojemu, w sposób oryginalny, autentyczny. Nie podzielam oskarżeń, że rozmawianie z SB było zawsze przestępstwem”.
Osobiście nie miałem odwagi go o to zapytać. To, co napisał na ten temat w książce Ale miałem ciekawe życie mi wystarczało. Zawsze radosny i uśmiechnięty, jakby przygasł. Nasze pożegnania stały się jakoś dłuższe, a uściski rąk mocniejsze.
 
To, co najważniejsze
Zapytałem go kiedyś: „Gdyby księdza zapytano: «kim jesteś?» i gdyby trzeba odpowiedzieć nie imieniem i nazwiskiem, to co by ksiądz powiedział?”. Popatrzył na mnie tym swoim charakterystycznym spojrzeniem i powiedział: „Nie mam innych określeń jak to jedno: ksiądz. Chcę być księdzem, bo to jest dorastanie do czegoś, co jest ideałem. Chcę być księdzem tak, jak potrafię, tak jak mi Pan Bóg serwuje okoliczności, które mnie wciąż w jakiś sposób stwarzają, bo ja muszę wciąż na nie odpowiadać. I tak buduję to, co się nazywa: być księdzem. Najważniejsze dla księdza, to przekazywanie Boga słowem, głównie w czasie Mszy św.”.
Uczestniczyłem w nich. Każda sprawowana przez niego Msza była świętem. Jej intencja przewijała się w modlitwach od początku do końca. Było – takie zwykłe, od serca – przywitanie i pożegnanie zgromadzonych. Do czytań zapraszał kogoś z kościoła. Zachęcał do głośnego wypowiadania swoich próśb w czasie modlitwy wiernych. Na znak pokoju obchodził kościół, ściskając serdecznie ludzi. Zostawał po Mszy, aby pośpiewać z ludźmi i z nimi pogadać. I takim zachwyconym Mszą św. go zapamiętałem.
 
*
Ostatni raz spotkaliśmy się w sierpniu ubiegłego roku nad morzem. Na pożegnanie powiedziałem: „Do zobaczenia – najpóźniej w niebie”. Popatrzył na mnie i powiedział: „Tu albo tam się spotkamy”. Gdy odchodziłem, mój wzrok padł na stojący obok stolik. Leżała tam otwarta Biblia. To w niej szukał natchnień i siły, by służyć ludziom na pełnych obrotach.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki